statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS

Mam na półce

niedziela, 01 września 2013

Z tegorocznych wakacji na Północy, podczas których po raz pierwszy zahaczyliśmy o Hebrydy Zewnętrzne, przywiozłam taką oto książkę:


O St Kildzie nigdy przedtem nie słyszałam (albo nie pamiętałam, co na jedno wychodzi), ale zaintrygował mnie podtytuł. Pomyślałam, że przeczytam wstęp żeby zobaczyć o co chodzi... I wsiąkłam. 

St Kilda to maleńki archipelag położony 64 km od najbliższego lądu, to jest wyspy Uist. cztery większe i trochę mniejszych wysepek; kilkaset hektarów skały, gdzie nie rośnie ani jedno drzewo, bezbronnej wobec żywiołów, dostępu do której bronią wysokie klify. W tym skrajnie niegościnnym środowisku od wieków żyli jednak ludzie. Społeczność zawsze oscylowała pomiędzy 100 a 200 mieszkańców, których codziennym zajęciem był po prostu survival, co biorąc pod uwagę przerąbaną lokalizację nietrudno sobie wyobrazić. Miejscowi, których językiem był specyficzny ze względu na izolację dialekt gaelic, z narażeniem życia polowali na klifach archipelagu na morskie ptaki, stanowiące podstawę ich diety - to pozwalało im przeżyć, jako że na St Kildzie mało co jest w stanie wyrosnąć. Jakkolwiek nigdy nie byli całkowicie odcięci od świata, kontakty z resztą Szkocji były sporadyczne. Społeczność St Kildy żyła według całkowicie własnych zasad, np. nie posługując się w ogóle pieniędzmi, bo choć idea była im oczywiście znana, w warunkach w jakich żyli była abstrakcją. Dzielono się tu wszystkim - nie ze względu na altruizm, a pragmatyzm: tylko współpraca i wzajemne wspieranie się zapewniało przetrwanie grupie. 

Im częstsze stawały się kontakty z mainlandem, tym bardziej jasne było, że tak dalej być nie może. Świat szedł do przodu, St Kilda trwała w miejscu. Mieszkańcy mieli świadomość jak ekstremalnie twarde życie wiodą w porównaniu do współplemieńców z innych części kraju. Nadal, było to jedyne życie, jakie znali.

Zwiększająca się częstotliwość kontaktu z szerokim światem, choroby - tężec dziecięcy oraz grypa która zdziesiątkowała populację, wreszcie chęć zapewnienia dzieciom lepszego losu - słowem, cały splot okoliczności zdecydował o wysłaniu przez St Kildańczyków petycji do rządu odnośnie ewakuowania ich na mainland i zapewnieniu pomocy na starcie. Był rok 1930.

Steel szczegółowo opisuje codzienne życie wyspiarzy, a wymagało ono umiejętności których nie powstydził by się Bear Grylls. Dowiadujemy się, jak misjonarze z lądu kształtowali ich religijność, a można się domyśleć że mieszkańcy kawałka targanej wichrem skały na Atlantyku byli dość podatni na nauki o gniewie bożym. Dowiadujemy się o ewakuacji która, choć konieczna, była dla tych ludzi dramatem. Który bynajmniej nie skończył się w momencie gdy wylądowali w porcie w Oban. Dla wielu z nich on dopiero się zaczął.

Historia jest fascynująca i pięknie napisana, choć nie wszystkie rozdziały były dla mnie równie interesujące, nie winię jednak autora, a tematykę. Tym co mnie interesowało byli ludzie, ich przeżycia i historie przed i po ewakuacji, zwłaszcza po. Oraz oczywiście samo życie na wyspie -  z naszego punktu widzenia niewyobrażalne - a jednak nadal nie wiem, czy bardziej bym je pokochała czy znienawidziła, i rozumiem dlaczego dla St Kildańczyków opuszczenie domu, choć dobrowolne, było wtedy oraz pozostało tragedią.

Że lektura nie górska? Za to highlandzko - celtycka zdecydowanie. Nie znalazłam informacji o przekładzie, ale polecam - jedna z tych historii które powodują ciarki na plecach.






wtorek, 28 czerwca 2011

Postanowiłam podzielić się opinią na temat dwu munro-przewodników z których korzystam. Na temat Highlandu zgromadziliśmy już małą biblioteczkę, którą może kiedyś bliżej przedstawię, bo jest bardzo ciekawa. Na razie zdecydowałam się przybliżyć te dwie pozycje bo dla munro baggera to one są kluczowe.
Moje dwa przewodniki to "The Munros" Camerona McNeisha



Oraz "The Munros" wydane pod patronatem Scottish Mountaineering Club, którą to książkę dalej będę nazywać SMC.



Czym się różnią i który jest lepszy, oczywiście moim subiektywnym zdaniem?


1. Podział geograficzny

McNeish wyróżnił 31 rejonów / grup górskich, w przewodniku SMC jest podział na 17 sekcji, czyli nieco więcej niż połowę tego. Jak to się przekłada na przejrzystość? W tym wypadku uważam że jednak SMC rozwiązał sprawę lepiej: na początku omówienia każdej sekcji znajduje się jej mapka. Mamy więc tam mapę ogólną Szkocji z podziałem na sekcje, mapki szczegółowe danych sekcji, oraz mapki poszczególnych tras. U Camerona jest tylko ta pierwsza bardzo ogólna poglądowa mapa plus mapki trasowe, co nie pozwala wyrobić sobie przestrzennej wizji poszczególnych obszarów. Tzn. od Camerona dowiadujemy się tylko o przebiegu konkretnych tras, ale nie widzimy w jakiej relacji przestrzennej względem siebie są poszczególne munros w danej sekcji, bo na głównej mapie dało się zaznaczyć tylko najwyższe. Co prawda na części mapek trasowych udało się umieścić większą połać terenu i więcej niż jedną trasę, ale nie wszędzie.
Jednak jest też coś na korzyść McNeisha! Szczegółowszy podział wymusza szczegółowsze opisy, każdy z rozdziałów jest bowiem w obu przypadkach poprzedzony krótkim wstępem.

2. Mapki trasowe

Ich jakość oceniam podobnie, graficznie są w kompletnie różnych stylach ale jedne i drugie wystarczająco przejrzyste. Na mapkach SMC dodatkowo zaznaczone są przedwierzchołki wyższe niż 3000 stóp, a także korbety i grahamy z ich analogicznymi przedwierzchołkami. Może to być informacja użyteczna, choć dla mnie osobiście nie ma większego znaczenia.

3. Opisy tras

Te w SMC są bardzo konkretne, rzeczowe, suche. U McNeicha jest za to osobiste spojrzenie i niekiedy ciekawe dygresje. Z tego powodu wolę Camerona, czasem te nie do końca na temat uwagi mogą się okazać użyteczne. Na przykład opisując trasę na Stob Ghabhar Mcneish napomknął o alternatywnej ciekawej opcji, przez grańkę Aonach Eagach. Nie rekomendował jej a jedynie wspomniał, ale to nam wystarczyło, i właśnie tą drogą weszliśmy na munrosa. Punkt dla Mcneisha, nic nie ujmując solidnym i jasnym opisom z SMC.

4. Informacje dodatkowe

W obu przewodnikach mamy wstępy, wprowadzające w ideę zdobywania munrosów. Dodatkowo w SMC mamy także "notes", a w nich info techniczne nt m.in. prawa przejścia, lambingu, erozji, schronów, lawin itp. Bardziej doświadczonym są one raczej zbędne, mogą się natomiast przydać początkującym. Ponadto na końcu jest informacja nt Hillphones service, której jednak nie pofatygowałam się przeczytać do końca bo mnie nie interesuje.

5. Zdjęcia

SMC ma ich więcej i są ładniejsze (przypominam, opinia w pełni subiektywna).

6. Munro tables

Są jak najbardziej obecne w obu książkach, podobnie jak indeksy - w zależności od tego czy wolimy wyszukiwać / zaznaczać zdobycze na liście alfabetycznej, czy wg wysokości.

Reasumując, SMC jest bardziej profesjonalnie zrobione i zapewnia więcej informacji, a jednak nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić że jest lepsze od Camerona. Camerona przyjemniej się czyta, lektura bardziej zachęca i inspiruje. Moim zdaniem oba przewodniki doskonale się uzupełniają i cieszę się że je mam, zresztą przy planowaniu wyjść korzystam zazwyczaj z obu. Jeśli ktoś jednak nie czuje potrzeby inwestowania w dwie książki, może zdecydować czy bardziej pasuje mu profesjonalne i rzeczowe SMC czy pełen pasji, nieco gawędziarski Cameron.

Jeśli ktoś z czytających korzysta jeszcze z czegoś innego wszelkie opinie będą mile widziane :)
środa, 11 czerwca 2008

Niedługo kolejny wypad w Tatry. Jak zwykle mam mnóstwo planów, z których dobrze, jeśli uda się zrealizować połowę. Potrzeba mi jeszcze tylko lepszych butów i zestawu viaferratowego, a tymczasem wprowadzam się w klimat książkami.
Skończyłam po raz trzeci Wołanie w górach Michała Jagiełły. Mój egzemplarz wydany został przez Iskry w 2006 r. i wygląda tak:



Pan Jagiełło
przez dziesięć lat był ratownikiem TOPRu, z czego przez trzy również naczelnikiem tegoż. Alpinista, taternik, znany także ze swojej działalności pozagórskiej (ale z tym już nie do mnie, bo ta część mnie niezbyt interesuje), generalnie taki dzik, że czapki z głów.
Książka - smacznie grubaśna - jest relacją z wypadków w Tatrach. I właśnie przez taki pryzmat dowiadujemy się mimochodem bardzo wiele o Tatrzańskim Pogotowiu Ratunkowym, rozwijaniu się od samych początków turystyki tatrzańskiej i taternictwa, wreszcie o tym, co dzieje się w głowie ratownika. Tylko opowieści o akcjach ratunkowych, czasem bardzo rozbudowane, czasem jednozdaniowe; plus komentarz, próba analizy bądź refleksja, a także sporo ciekawostek*, płynnie wynikające jedne z drugich dzięki talentowi narracyjnemu autora.
Generalnym przesłaniem książki jest: kochajmy góry, bo są tego warte, ale kochajmy je rozsądnie. Autor naoglądał się w swojej toprowskiej karierze mnóstwa tragedii bądź sytuacji, które o włos by się nimi stały, w wielkiej części wynikłych z bezrefleksyjności ofiar i nie tyle błędnej oceny sytuacji, co raczej niepodjęcia w ogóle próby takiej oceny. A przecież (nie jest to cytat, ale dość wierne odtworzenie myśli zawartej w książce) jeśli ktoś nieświadomie wystawia się w górach na niebezpieczeństwo, to nie dlatego że jest debilem, tylko zwyczajnie brak mu elementarnej wiedzy, a może także wyobraźni, która wszak różnie u różnych ludzi pracuje. Dlatego zamiast potępiać, należy edukować i tę wyobraźnię pobudzać.
O ile opisy akcji czyta się genialnie, to mam nieco mieszane uczucia co do strumienia świadomości, jakiemu Pan Jagiełło co pewien czas daje upust, przerzucając się na refleksje na temat istoty bycia ratownikiem i tego, co dzieje się w ratowniczej duszy. Z jednej strony bardzo mnie te zagadnienia ciekawią i lektura tych fragmentów dała mi co nieco do myślenia. Z drugiej - momentami naprawdę popłynął, a ja wciąż nie jestem pewna, czy jeśli czegoś nie da się powiedzieć prostymi słowami, to nie lepiej nie mówić tego wcale...
Ach no i wiersze, oczywiście. Autor ma niekwestionowalny talent do snucia opowieści i posługuje się przepiękną polszczyzną, niemniej poetą to on jest tylko wannabe. Na szczęście zaserwował nam tylko dwa - i więcej naprawdę nie chcę.
Generalnie, dla Pana Michała wielki szacun i za działalność, i za będącą jej rezultatem świetną książkę, do której wracam regularnie i za każdym razem mam z niej taką samą przyjemność. Wołanie w górach polecam wszystkim zakochanym w Tatrach. Nie jest to fabuła, więc można czytać na wyrywki, z dołu do góry i od prawej do lewej, a co się nie podoba, ominąć bez szkody.
Każde wydanie - a parę ich już było - jest aktualizowane.


* ja tam np. znalazłam opis wypadku, którego byłam PRAWIE świadkiem. Znaczy, i ja i ofiara byłyśmy na Orlej, ale w innych częściach. Ale widziałam śmigłowiec i na dole słyszałam dramatyczne relacje, co i jak. Książkowy opis, data, okoliczności i miejsce zdarzenia zgadzają się idealnie.