statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS

Inne miejsca

czwartek, 09 marca 2017

 

Ostatni wypad nie był górski lecz objazdowy, ponieważ wybraliśmy się z Ernestem i Olą którzy mieszkają w Polsce. Plan noclegowy - pierwsza noc na Skye, druga w Lochinver - nie pozostawiał dużo miejsca na improwizację: wiadomo że przy takich odległościach główną atrakcją będzie sama jazda przez Highland. 

Nocleg mieliśmy w Portree Hotel >>LINK<<. Było bardzo czysto, pokoje przytulne, sympatyczny personel, śniadanie rewelacja: bogaty bufet "kontynentalny" oraz kilka solidnych opcji na ciepło z karty. Jedyne do czego mogę się przyczepić to akustyka - pomiędzy naszymi poddaszowymi pokojami było jedynie przepierzenie co na dłuższą metę byłoby wybitnie krępujące. Jedną noc jakoś jednak przetrwaliśmy.

Przed wieczorną eskapadą do hotelowego baru wyskoczyliśmy popod The Storr, najwyższe (719m n.p.m.) i najbardziej południowe z pasma Trotternish Hills, popularne głównie z powodu wyrastającego u jego podnóża obelisku Old Man of Storr. To tu kręcono np. otwierającą sekwencję Prometeusza (i pewnie coś jeszcze jak znam życie, filmowcy uwielbiają wyspę Skye). Poniżej wszystko elegancko widać: 



Napisałam że wybraliśmy się "popod" Storra, bo nikt też nie zamierzał na niego wchodzić. Do samego Old Mana też zresztą nie doszliśmy zadowalając się widokiem z dołu. Jeśli o mnie osobiście chodzi to perspektywa wiszących nade mną osiemdziesięciu munrosów - oraz świadomość że pracowicie wdrapałam się na dzieście dwa - sprawia iż czerpię radość z rzadkich okazji kiedy mogę w Highlandzie wrzucić bardziej luźny tryb. Żeby było jasne, nadal kocham munrosowanie, tyle że to jest przy naszym pracowitym trybie życia i napiętym grafiku naprawdę wielkie i wymagające samozaparcia przedsięwzięcie.



Światło tego wieczoru było jak marzenie fotografa i musiałam się mocno zastanowić które zdjęcia wybrać.



Pamiętam że patrzyliśmy na Cuilliny i zastanawialiśmy się ile osób będzie się niedługo szykować do noclegu na grani - początek weekendu, pogoda nie z tej ziemi, wspaniała okazja żeby zrobić grań główną w warunkach zimowych.



Kolejnego dnia musieliśmy się przemieścić do Lochinver, ale przed rozpoczęciem podróży wyskoczyliśmy jeszcze na Quirang po drugiej stronie Trotternish Hills. Pod >>LINKIEM<< relacja z mojej i Mariusza poprzedniej wycieczki lata temu (niestety imageshack zeżarł część zdjęć ale wciąż polecam).

Tym razem coś nam się pomerdało i nie poszliśmy wzdłuż krawędzi klifów podziwiać leżący w dole park skalny, a jakimś cudem zabrnęliśmy na najwyższy punkt wzniesienia, Meall na Suiramach (543m n.p.m.). Z kolei wracając również nie weszliśmy pomiędzy skalne formacje a obeszliśmy je dołem - miało to o tyle sens że w parku skalnym zeszło by nam o wiele dłużej. No ale fakty są takie że najciekawszą część opuściliśmy.



A propos kinematografii, fragment krajobrazu na zdjęciu poniżej pojawia się w "Gwiezdym pyle".



Było bardzo zimno a niektóre miejsca pokryte warstewką lodu - Mariusz się nieco stresował jak któreś z towarzystwa podchodziło za blisko klifu ;)



Poniższe zdjęcie zaispirowało nieco bardziej niż zwykle poetycki tytuł notki:



W takiej minimalistycznej bez-scramblingowej wersji wycieczka zajęła około dwóch godzin ale jak ktoś chce na Quiraing można się bawić cały dzień.



Podróż ze Skye do Lochinver w taką pogodę była sama w sobie wielką przyjemnością. Nie starczyło czasu żeby napierać przez Applecross ale za to przejechaliśmy przez Torridon:



Kiedy zaś wyjeżdżaliśmy z Ullapool zaczynał się jeden z tych przepięknych zachodów słońca kiedy człowiek zawsze żałuje że nie ma aparatu, albo jest w pracy i nie może wyjść na zewnątrz popstrykać. No więc tym razem było wszystko, także bajkowa sceneria.





Jak zwykle będąc w Assynt nie mogliśmy nie zahaczyć o knajpę Am Fuaran w Altandhu. Mariusz miał intuicję żeby zadzwonić do nich z drogi i upewnić się że będzie stolik - udało się choć prawie wszystko było już zarezerwowane. Na zadupiu jakim jest półwysep Coigach, gdzie można dotrzeć tylko single track road i oprócz krajobrazu nie ma żadnych atrakcji turystycznych. Poza sezonem. To wiele mówi o tej miejscówce. Info pod >>LINKIEM<<



Langustynki kosztowały wprawdzie 17 funtów ale kiedy składaliśmy zamówienie były jeszcze żywe. Do świeżego pysznego żarcia dochodzi przemiła obsługa oraz fakt że bar jest okupowany przez miejscowych więc można poczuć się częścią lokalnego kolorytu.



Noc spędziliśmy w bed & breakfast Hillside w Lochinver - nie mają własnej strony więc podaję linka do info z Booking.com: >>LINK<<. Bardzo przytulna miejscówka, idealna na dłuższy pobyt. Klimat bardziej jak w (dobrym!!) hostelu bo co prawda w ofercie nie ma ciepłego śniadania (są produkty do śniadania "kontynentalnego" - zawsze biorę to określenie w cudzysłów ponieważ brytyjska wizja tego co "kontynent" jada jest tak raczej średnio adekwatna), za to jest w pełni wyposażona kuchnia gdzie można sobie samemu pichcić.

Z Lochinver ukochaną nadbrzeżną drogą - wariatką pojechaliśmy na północ. Poniżej tradycyjny postój przy punkcie widokowym w Drumbeg nad zatoką Edrachillis:



Jak zwykle, kierowaliśmy się do Durness - jest to chyba najbardziej ulubione moje i Mariusza miejsce w całej Szkocji, choć paradoksalnie gór tu nie ma (najbliższy jest masyw Foinavena ale zdecydowanie nie w odległości spacerowej). Spokój, Atlantyk, poczucie że od zabieganej codzienności oddziela cię potężna masa lądu oraz sześć godzin jazdy mnie osobiście resetują idealnie. Oraz zawsze lubię pokazywać znajomym i rodzinie którzy nie odwiedzali Szkocji wcześniej jak piękne są północne plaże. Ten fragment Europy raczej z nich nie słynie a wizualnie nie ustępują śródziemnomorskim, chociaż kąpać się oczywiście raczej nie da, chyba że w piankach, co zresztą ludzie robią.



Nie zapomnę nigdy imprezy jaka na plaży Sango urządziliśmy sobie z dwójką przyjaciół w 2013 roku... :) Those were the days! ;)



Wspinanie się po skałkach także należy do tradycji. 



Po plaży wybraliśmy się do niedalekiej jaskini Smoo. W sezonie można ją zwiedzać pontonem z przewodnikiem, poza sezonem pieszo dostępna jest jedna komora. Smoo Cave jest bardzo popularna i jak widać niektórzy uważają że to idealne miejsce na podzielenie się swoim światopoglądem:



Do zwiedzania nie ma wiele ale jeśli już i tak jest się w okolicy, warto zajrzeć.



Wracaliśmy pustkowiami przez Altnaharrę i Bonar Bridge. Po drodze nie mogliśmy się nie zatrzymać żeby nie ustrzelić Ben Loyala, pięknego korbeta który jeszcze czeka na zdeptanie:



Im dalej na południe się kierowaliśmy tym bardziej pogarszała się pogoda, co miało tę zaletę iż przestaliśmy czuć przymus zatrzymywanie się na zdjęcia w związku z czym do domu udało się dotrzeć o ludzkiej porze a nie w środku nocy. 

Jak widać zaczęłam dodawać informacje o miejscach gdzie można przenocować czy coś zjeść - to krok który zamierzam kontynuować. Nie chcę się bawić w szczegółowe recenzje tym bardziej że podaję linki do konkretnych informacji m.in. o cenach, bardziej chodzi mi o przekazanie ogólnego wrażenia na temat miejsca i jakości serwisu. Jeśli komuś się to przyda to wspaniale :)

środa, 28 października 2015

 

Tym razem zrobiliśmy dwudniowy wypad na najdalszą Północ, krainę chilloutu i jedyne tak duże zagłębie nie-munrosów gdzie górskie wrażenia są najwyższej klasy. 

Pierwszego dnia poszliśmy na Quinag, imponujący z każdej strony mur czy też mini pasmo górskie, który tyle razy podziwialiśmy znad Loch Assynt i z Kylesku. Trzy ze szczytów masywu mają status korbetów.

Z parkingu skierowaliśmy się na przełęcz z zamiarem zdobywania najpierw północnej (czyli po prawej ręce) połowy.

 

Za przełęczą rozpoczęliśmy podchodzenie na najwyższego korbeta, Sail Gharbh (całe 808 m n.p.m.) Widoki na tym etapie zaczęły już wymiatać.

Dalsza trasa. Dwa kolejne szczyty nie mają nawet nazw, rzecz nietypowa bo przynajmniej drugi z nich (przez nas ochrzczony "Pypkiem") jest bardzo charakterystyczny. Pierwszy nazwę roboczo Zwornikiem bo zbiegają się tu wszystkie granie masywu.

Oraz końcówka masywu, korbet Sail Gorm, ten który tak pięknie dominuje nad Kylesku.

Z grani wiodącej przez Pypka (jego fragment poniżej) są chyba najlepsze widoki, bo na Atlantyk. Widać pustkowie ciągnące się po wybrzeże - jak zauważył Mariusz, w prostej linii nie jest to aż tak daleko lecz w rzeczywistości szłoby się ze dwa dni. To co z góry wydaje się prawie płaskie jest w rzeczywistości labiryntem malutkich (po 100, góra 200 m n.p.m.) wzniesień poprzetykanych atrakcjami w postaci błot i zielonych terenów podmokłych. Wiemy bo testowaliśmy.

Formacja na której wszyscy zdobywcy Quinag robią sobie zdjęcia. Większość na samym końcu, niektórzy niekoniecznie ;)

Przy zejściu z Pypka jest moment delikatnego scramblingu.

Dalej - charakterystyczny żleb.

Finałowe podejście na Sail Gorm z całą kolekcją szczytów i szczycików Assynt w tle:

Most w Kylesku, z którego zawsze podziwiamy Quinag. Tym razem miejsca się odwróciły:

Powrót na przełęcz prawie tą samą drogą, tym razem jednak strawersowaliśmy wierzchołek Zwornika.

Dwa kolejne szczyty razem tworzą korbeta Spidean Coinich. Uważam że piękny stożek po prawej stanowczo zasługuje na osobą nazwę a nie tylko bycie północnym wierzchołkiem Spideana. Jest zdecydowanie najatrakcyjniejszym fragmentem trasy. Przy pewnym wysiłku można wypatrzeć jak biegnie ścieżka: najpierw zygzakuje po ciemnym zboczu by po osiągnięciu żebra kontynuować po nim na sam czubek.

To bardzo ładne podejście, bez trudności ale na węższych odcinkach czuć przestrzeń dookoła.

Z północnego wierzchołka już moment na ostatniego korbeta, Spidean Coinich. Też ma charakter.

Światło się zmieniało ale malowniczość nieba i krajobrazu nie malała. Ten dzień naprawdę nam się trafił. Jesień w Szkocji potrafi być przepiękna, a szanse na pogodę są znacznie większe niż latem.

Ze Spideana zeszliśmy na zachód jego łagodnym ramieniem. Walkhighlands poleca tę drogę jako wejściową ale ja jestem zdania że nasz wariant jest fajniejszy ponieważ od razu wpuszcza w samo serce masywu. 

Quinag, kiedy się już po nim łazi, absolutnie nie sprawia wrażenia że czegoś mu brakuje z racji nie posiadania statusu munro, raczej przeciwnie, wiele munrosów ma znacznie mniej charakteru. Na Dalekiej Północy to nasza trzecia mała góra (obok Suilvena i Stac Pollaidh) i potwierdza się że te małe wariaty dostarczają niezapomnianych wrażeń i jeśli ktoś ich nie odwiedzi tylko dlatego że nie są munrosami, jest frajerem.

Mapka z Walkhighlands.



poniedziałek, 03 sierpnia 2015
...........................................................
Będzie zwięźle i nie górsko. Tylko kilka zdjęć z Mojej Szkocji.

Moja Szkocja to zachodnie i północne wybrzeże. Kto nie posmakował tych terenów, ten nie widział niczego.

Może i lepiej, że największe tłumy kłębią się jednakowoż nad nudnym Loch Ness - wcale mi nie zależy, żeby ktoś mi tereny zadeptał.

Gairloch:


Gdzieś za Kylesku:


Okolice Durness:


I samo Durness:






Widok na Edrachillis Bay z okna naszej kwatery (najlepsza miejscówka na Północy):



Ardvreck Castle:


Quinag:


W tych okolicach będzie można nas znaleźć kiedy w końcu wygramy w Euromillions ;)

I jeszcze link do jednej z innych naszych wycieczek objazdowych, która obfitowała w piękne widoki:
niedziela, 19 lipca 2015

W ostatnie weekendy nie udało się nigdzie wybrać, więc przynajmniej w poniedziałkowe popołudnie zrobiliśmy sobie mały spacer.
Ben A'an leży w samym sercu Trossachs i Queen Elizabeth Forest Park, co oznacza iż są tu drzewa - choć trwają intensywne prace żeby ten stan rzeczy zmienić (jak wiadomo, w Szkocji wszak czego jak czego ale drzew jest zdecydowanie za dużo). Prace leśne okazały się przyczyną tymczasowej zmiany standardowej trasy:
   

Standardowa będzie otwarta dopiero na jesieni i gdyby ktoś chciał się wybrać na Ben A'an to polecam zaczekać - jest ona utwardzona w przeciwieństwie do tymczasówki którą szliśmy, i gdzie zapadaliśmy się w błoto po kolana. Uwaga: oba parkingi są płatne. Nie sprawdziwszy tego zapomnieliśmy wziąć drobnych, i byliśmy zmuszeni parkować na dziko przy drodze.

Ben A'an ma 454m n.p.m.:


Sąsiad Ben Venue - graham, 729m n.p.m.:


Wyszliśmy z domu po 15, potem jeszcze obiad w Callander - cały dzień lało, a właśnie wieczorem miało zacząć się wypogadzać.



Ponownie Ben Venue:


Ben A'an jest świetnym punktem widokowym, przede wszystkim na zachód, na Loch Katrine za którym widać Alpy Arrocharskie z Cobblerem. Na południu leży Loch Achray a horyzont zamykają Campsie Fells. Liczyłam na widoki na Ben Mora i Stob Binneina od nietypowej strony, ale kiedy byliśmy na wierzchołku nie dotarła tam jeszcze ładna pogoda przesuwająca się znad Glasgow.


Na wierzchołku są śmieszne skałki, które jak widać na załączonym obrazku można wykadrować tak by sugerowały niemal Matterhorn:



W domu byliśmy przed 22 (a zaliczyliśmy jeszcze postój przy sklepie). Myślę że musimy częściej wybierać się w ten rejon - jest bardzo blisko a nawet taka mini-wycieczka jest lepsza niż brak kontaktu z górami w ogóle.

wtorek, 03 lutego 2015

Niestety z górami od jesieni kompletnie nam nie idzie pomimo chęci - na szczęście sytuacja pracowa nam się już unormowała, więc teraz tylko czekać na pogodę - za to przynajmniej w zeszły weekend udało się nam trochę poeksplorować Highland, a konkretnie półwysep Ardnamurchan. 


Na Ardnamurchan po raz pierwszy zapuściliśmy się poniekąd przypadkowo w czerwcu. Ta wstępna eksploracja pozwoliła zaplanować fajną wycieczkę.

Zatrzymaliśmy się w Glenuig, w hotelu Glenuig Inn (czerwony krzyżyk). Bardzo sympatyczne miejsce, tym bardziej że byliśmy jedynymi gośćmi, oraz rewelacyjne jedzenie, zwłaszcza tamtejszy cullen skink >>LINK<<. Brak tradycyjnego scottish breakfast kosztem zdrowszych ale o ileż mniej atrakcyjnych alternatyw to w zasadzie jedyna rzecz jaką mogę przybytkowi zarzucić.


Rankiem wybraliśmy się na Ardnamurchan Point, który jest jakoby najdalej wysuniętym na zachód kawałkiem brytyjskiego mainlandu. Co prawda na mapie Kornwalia wygląda mi na bardziej wysuniętą więc przyjmijmy, że na 100% mainlandu szkockiego. To bardzo przyjemny rejon, paradoksalnie także dlatego że w okolicy nie ma munrosów. Tutejsze górki są przyjemne i gdzieniegdzie charakterne, ale niezadeptane i w wielu miejscach okolica ma charakter równie dziki co najdalsza północ.


Najnowsza szkocka destylarnia, uruchomiona w zeszłym roku. Kiedy byliśmy tu w czerwcu była jeszcze w budowie:



Ben Hiant, piękne 528m wyrastające prosto z morza. Do wejścia następnym razem.



Krowy już dawno powinny nam się znudzić ale jakoś nigdy nie możemy się oprzeć żeby je pofocić.


Ardnamurchan Point zaznaczyłam czarnym krzyżykiem. Latarnia  >>LINK<< stoi od 1849 roku.


Wiało tak że tym razem oparłam się pokusie połażenia po skałkach żeby mnie nie zdmuchnęło. Temperatura odczuwalna zdecydowanie poniżej zera. Ale właśnie na takie warunki liczyliśmy ponieważ morze dawało niesamowity spektakl. 


W tle wyspa Muck a za nią góry na Rùm - Rùm Cuillin.


Tu z kolei wyspa Eigg z charakterystyczną "płetwą" Ann Sgurr >>LINK<< wznoszącą się 393m n.p.m.





W drodze powrotnej spontanicznie skręciliśmy do Kilchoan (zielony krzyżyk) skąd odpływają promy na wyspę Mull, żeby zobaczyć jakie są ceny, tak na przyszłość. Maleńki prom akurat przypłynął (perfect timing!), okazało się że jeśli zostawimy samochód przeprawa wyniesie naszą czwórkę ok. 30 funtów w obie strony... Nie było się nad czym zastanawiać.



Rejs (rejsik?) do Tobermory to było jedne z najpiękniejszych 35 minut w moim życiu, nawet pomimo przenikliwego zimna. Fale, bujanie pokładu pod stopami, widoki... Poniżej Ben Hiant:



Wpływamy do zatoki w której leży stolica wyspy:


W Tobermory mieliśmy tylko półtorej godziny do kolejnego, ostatniego tego dnia promu. Wystarczyło akurat na przespacerowanie się główną reprezentacyjną ulicą oraz zjedzenie obiadu. Ponieważ rano nie przypuszczaliśmy nawet że znajdziemy się w tym miejscu, nawet taki plan minimum okazał się atrakcyjny.




Rejs powrotny nie obył się bez przygód. Pogoda zrobiła się taka bardziej sztormowa, zaczęło walić śniegiem i załoga stanowczo zasugerowała pozostanie w środku. Bujało nieziemsko a w dodatku tym razem płynęło z nami jakieś trzy razy więcej osób, więc w ciasnej kabinie panowała duszna, hałaśliwa i nieco imprezowa atmosfera. Na szczęście wszyscy zdołaliśmy utrzymać obiad w żołądkach.

Kolejnego poranka wreszcie zaczęło konkretniej sypać. Zanosiło się na malowniczy powrót.



Takich rzeczy w Lowlands się nie znajdzie:


Loch Sunart:


Powrót przedłużyliśmy sobie nieco przejeżdżając przez Lochuisge. Ruch samochodowy: 0, za to fresh venison meat mnóstwo.


Najbardziej malowniczy odcinek trasy wypada wzdłuż brzegów Loch Linnhe, skąd widać The Mamores a później także kawałek Glencoe.





Ostatnią atrakcją wodną była przeprawa promowa przez Corran Narrows. Powrót przez pokryte śniegiem Glencoe, Rannoch Moor i Trossachs też był wyjątkowo malowniczy, ale to już bliskie, swojskie rejony, bez tego epickiego oddechu Północy.


Po tak udanym weekendzie marzy mi się tylko jedno: żeby w sobotę lub niedzielę pogoda również sprzyjała i pozwoliła na wyjście w góry. Wypad był fantastyczny ale wyżej wspomniany powrót przez Glencoe etc. odczułam jak lizanie cukierka przez papierek. Wstępny plan mamy dość skromny, bo po tak długim okresie nie łażenia nie ma co zaczynać z wysokiego C... Niemniej zaciskam kciuki.
piątek, 01 sierpnia 2014


Wrzucam fotki które nie zmieściły się w notkach górskich, bądź były robione podczas dni odpoczynku, a są tak ładne że szkoda by było ich nie upublicznić. Piękno Szkocji uwidacznia się nie tylko w górach, ale i w ich połączeniu z wodą, przestrzenią, klifami, pustkowiem...

Skye, gdzieś z zejścia ze Sgurr na Banachdich:


Red Hillsy na Skye z tegoż zejścia. Glamaig (uwielbiamy tę nazwę!), ten po lewej, jest najwyższy (stanowi połowę korbetów na wyspie ;P):



Cmentarzysko łódek w urokliwym Gairloch, klasycznym (choć większym) miasteczku północnego zachodu, czyli najlepszej części Szkocji:


Nasz hotel, Shieldaig Lodge. Raczej polecam choć trzeba lubić psy - jeden mieszka tam na prawach głównej maskotki, rozwala się zadem na kanapach na których siedzisz a przy śniadaniu gra oświęcimski zamorzony szkielet.


Beinn Alligin (te linie! Ta góra jest kobietą) z Gairloch:


Panorama poniekąd Torridonu (jest Beinn Alligin oraz Northern Pinnacles of Liathach), tyle że z Gairloch więc od dupy strony:


Fragment Fisherfield Six - chyba najkonkretniejsza, w sensie wysiłkowo i czasowo, wyrypa w Szkocji:


Not sure (okolice Gairloch):



Fionn-abhain, dopływ rzeki Carron:


Loch Torridon:


Sgurr Ruadh w zachodzącym słońcu:


Wyspa Soay ze szczytu Sgurr nan Eag na Skye (w pakiecie z niemieckimi nastolatkami):


Loch Coire Ghrunnda:



Szkocjo kocham cię :))

 
1 , 2 , 3 , 4