statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
czwartek, 29 października 2015


Nr 162, Ben Klibreck

Wymowa: angielska

Znaczenie nazwy: hill of the speckled cliff (za MunroMagic)

Wysokość: 962 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 194.

Data wejścia: 27.10.15

 

Ben Klibreck był ostatnim z czterech munrosów Dalekiej Północy który jeszcze nam został. Robiliśmy na niego jak dotąd jedno podejście ale pogoda była wówczas tak paskudna że poprzestaliśmy na zlokalizowaniu początku trasy.

Klibreck to wielki, rozłożysty i plaskaty masyw. Jego rozmiary robią wrażenie, ponieważ ta wschodnia część Sutherlandu jest znacznie mniej pofałdowana od zachodniej i taki wyrastający pośrodku pustkowia munros wygląda spektakularnie. Sam wierzchołek (Meall nan Con) jest kształtny i nie trzeba się głowić, gdzie też znajduje się najwyższy punkt.

Świt w Durness był obiecujący. Zanosiło się na kolejny dzień pięknej pogody.

Ben Klibreck z trójkątem Meall nan Con z początku trasy. Widać że ścieżka pnie się najpierw na garb po prawej. Wyglądało że czeka nas długi ale raczej niezbyt żmudny marsz.

Wrażenie pustki było niesamowite. Klibreck leży w samym sercu Dalekiej Północy, wciąż blisko Atlantyku (inna sprawa że w Szkocji znikąd nie ma daleko nad morze, najdalej z Cairngormsów a też nie jest to wielka wyprawa) lecz na tyle daleko by wody nie było widać. Tereny na wschód są coraz lżej pofałdowane, do zupełnie płaskiego Caithness. Szczyty Assynt na zachodzie wydają się odległe. Najbliższe góry: korbet Ben Loyal i munro Ben Hope - leżą w odległości 18 i 23 kilometrów.

Ben Loyal:

Ben Hope:

O ile z wycieczki na Quinag wróciliśmy z suchymi butami, tu już na starcie przywitało nas bagno. Właściwie na każdym wypłaszczeniu, czyli na tej trasie w wielu miejscach, natykaliśmy się na klasyczne highlandzkie atrakcje:

Można tam wpaść w błoto po pachwinę i mnóstwo czasu się traci na obchodzenie (o ile obejście jest możliwe) tych bagien. Przez nie podejście na pierwszy pagór było dużo bardziej forsowne niż można by sądzić po samej rzeźbie terenu.

Ben Hope i Ben Loyal:

Za pagórem następuje obniżenie, kolejną kopę na szczęście można strawersować.

Niestety, wiatr ze wschodu się wzmagał i zaczęły na nas iść chmury. Już było raczej wiadomo że szanse na widoki z wierzchołka będą marne.

Na Meall nan Con podchodziliśmy w chmurze i silnym wietrze (nie przewracał ale powodował dyskomfort). Chmury kłębiły się tylko nad masywem który je zatrzymywał, przeświecało przez nie słońce i momentami widać było wciąż błękitne niebo a nawet jakieś fragmenty widoków. Z nawigacją jednak nie było problemów. Sam wierzchołek też jest ewidentny.

W drodze powrotnej z chmury wyszliśmy dopiero na trawersie. 

Tu fajnie widać kocioł jaki się przewalał nad Klibreckiem, tylko trzeba to sobie jeszcze wyobrazić w ruchu:

Do samochodu doszliśmy nieco wytrzepani. Długość trasy to zaledwie 14 kilometrów ale subiektywnie odczuliśmy ją jako dłuższą, częściowo na pewno ze względu na przedzieranie się przez błota. 

Po Klibrecku nie spodziewaliśmy się szału, atutem tej góry jest jej lokalizacja. Pod tym względem faktycznie zrobił wrażenie. Nawet pomimo braku widoczności na szczycie, to co zdołaliśmy zobaczyć, klimat pustki i dzikości, było niesamowite. Warto odnotować że przez cały dzień nikt poza nami na Klibrecka nie szedł. Na Quinag z kolei spotkaliśmy jedynie pojedynczą trzyosobową grupkę. Daleka Północ o tej porze roku raczej nie jest popularna. Idealny kierunek dla koneserów ;)

Mapka z Walkhighlands.


 

środa, 28 października 2015

 

Tym razem zrobiliśmy dwudniowy wypad na najdalszą Północ, krainę chilloutu i jedyne tak duże zagłębie nie-munrosów gdzie górskie wrażenia są najwyższej klasy. 

Pierwszego dnia poszliśmy na Quinag, imponujący z każdej strony mur czy też mini pasmo górskie, który tyle razy podziwialiśmy znad Loch Assynt i z Kylesku. Trzy ze szczytów masywu mają status korbetów.

Z parkingu skierowaliśmy się na przełęcz z zamiarem zdobywania najpierw północnej (czyli po prawej ręce) połowy.

 

Za przełęczą rozpoczęliśmy podchodzenie na najwyższego korbeta, Sail Gharbh (całe 808 m n.p.m.) Widoki na tym etapie zaczęły już wymiatać.

Dalsza trasa. Dwa kolejne szczyty nie mają nawet nazw, rzecz nietypowa bo przynajmniej drugi z nich (przez nas ochrzczony "Pypkiem") jest bardzo charakterystyczny. Pierwszy nazwę roboczo Zwornikiem bo zbiegają się tu wszystkie granie masywu.

Oraz końcówka masywu, korbet Sail Gorm, ten który tak pięknie dominuje nad Kylesku.

Z grani wiodącej przez Pypka (jego fragment poniżej) są chyba najlepsze widoki, bo na Atlantyk. Widać pustkowie ciągnące się po wybrzeże - jak zauważył Mariusz, w prostej linii nie jest to aż tak daleko lecz w rzeczywistości szłoby się ze dwa dni. To co z góry wydaje się prawie płaskie jest w rzeczywistości labiryntem malutkich (po 100, góra 200 m n.p.m.) wzniesień poprzetykanych atrakcjami w postaci błot i zielonych terenów podmokłych. Wiemy bo testowaliśmy.

Formacja na której wszyscy zdobywcy Quinag robią sobie zdjęcia. Większość na samym końcu, niektórzy niekoniecznie ;)

Przy zejściu z Pypka jest moment delikatnego scramblingu.

Dalej - charakterystyczny żleb.

Finałowe podejście na Sail Gorm z całą kolekcją szczytów i szczycików Assynt w tle:

Most w Kylesku, z którego zawsze podziwiamy Quinag. Tym razem miejsca się odwróciły:

Powrót na przełęcz prawie tą samą drogą, tym razem jednak strawersowaliśmy wierzchołek Zwornika.

Dwa kolejne szczyty razem tworzą korbeta Spidean Coinich. Uważam że piękny stożek po prawej stanowczo zasługuje na osobą nazwę a nie tylko bycie północnym wierzchołkiem Spideana. Jest zdecydowanie najatrakcyjniejszym fragmentem trasy. Przy pewnym wysiłku można wypatrzeć jak biegnie ścieżka: najpierw zygzakuje po ciemnym zboczu by po osiągnięciu żebra kontynuować po nim na sam czubek.

To bardzo ładne podejście, bez trudności ale na węższych odcinkach czuć przestrzeń dookoła.

Z północnego wierzchołka już moment na ostatniego korbeta, Spidean Coinich. Też ma charakter.

Światło się zmieniało ale malowniczość nieba i krajobrazu nie malała. Ten dzień naprawdę nam się trafił. Jesień w Szkocji potrafi być przepiękna, a szanse na pogodę są znacznie większe niż latem.

Ze Spideana zeszliśmy na zachód jego łagodnym ramieniem. Walkhighlands poleca tę drogę jako wejściową ale ja jestem zdania że nasz wariant jest fajniejszy ponieważ od razu wpuszcza w samo serce masywu. 

Quinag, kiedy się już po nim łazi, absolutnie nie sprawia wrażenia że czegoś mu brakuje z racji nie posiadania statusu munro, raczej przeciwnie, wiele munrosów ma znacznie mniej charakteru. Na Dalekiej Północy to nasza trzecia mała góra (obok Suilvena i Stac Pollaidh) i potwierdza się że te małe wariaty dostarczają niezapomnianych wrażeń i jeśli ktoś ich nie odwiedzi tylko dlatego że nie są munrosami, jest frajerem.

Mapka z Walkhighlands.



czwartek, 20 sierpnia 2015

 

 Nr 161, Derry Cairngorm

Wymowa: angielska

Znaczenie nazwy: blue peak of Glen Derry (za MunroMagic)

Wysokość: 1155m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 20.

Data wejścia: 7.8.15

 

Derry Cairngorm deptany samodzielnie to jedna z krótszych wycieczek w Cairgormsach, niewiele ponad 20 km. Wycieczka składa się z dwóch etapów: najpierw drogą przez Glen Lui to Derry Lodge, a stamtąd niemal od razu marsz do góry, skąd długie ramię serią kop wyprowadza na szczyt. 

Spacer przez Glen Lui z jej starodrzewami i wijącą się wężowo rzeką to zawsze przyjemność. W tę stronę oczywiście ;)

Kawałek za Derry Lodge rozpoczyna się podchodzenie. Aż do samego końca ścieżka jest bardzo dobra i praktycznie niemożliwa do zgubienia. Ten wstępny kawałek jest najbardziej stromy, kiedy dostaniemy się na pierwszą kopkę reszta drogi jest na wielu odcinkach niemal pozioma. To na ostatnim planie to już okolice szczytu.

W panoramie wyróżnia się masyw Beinn a'Ghlo:

Niestety załamanie pogodowe uniemożliwiło ukazanie pełnego uroku Cairngormsów na zdjęciach. Na żywo skala i kubatura tych gór robią wrażenie niezależnie od ich względnie łagodnych linii. Piszę "względnie" bo kotły i zerwy też tam gdzieniegdzie są i prezentują się spektakularnie.

Ogólnie rzecz biorą owszem są to kopy ale kopy którym należy się szacunek.

Wierzchołki są dwa, niemal tej samej wysokości. Właściwy jest ten północny.

Po zrobieniu zdjęcia od razu rozpoczęliśmy odwrót bo deszcz zacinał, a tymczasem okazało się że gdybyśmy posiedzieli na szczycie ze 20-30 minut zrobiłyby się takie warunki:

Nie pierwsza i nie ostatnia taka sytuacja w górach. Przynajmniej powrotny spacer przez Glen Lui odbył się w przyjemnych okolicznościach przyrody. Ponadto po raz pierwszy wracając tamtędy nie czułam się kompletnie wypluta, tak łagodna i nieforsowna jest trasa na tę górę.

Poniżej widać całe podejście na Derry Cairngorm czyli tę symetryczną kopułkę na ostatnim planie.

 

Gdyby komuś było mało z Derry Cairngorma można kontynuować na Beinn Mheadhoin albo nawet Ben Mcdui. Tę pierwszą opcję rozważaliśmy, ale ostatecznie pogoda zdecydowała za nas. W takiej formie jak poszliśmy jest to lekka wycieczka a jednak wyprowadza w samo serce Cairngormsów.

 

poniedziałek, 03 sierpnia 2015
...........................................................
Będzie zwięźle i nie górsko. Tylko kilka zdjęć z Mojej Szkocji.

Moja Szkocja to zachodnie i północne wybrzeże. Kto nie posmakował tych terenów, ten nie widział niczego.

Może i lepiej, że największe tłumy kłębią się jednakowoż nad nudnym Loch Ness - wcale mi nie zależy, żeby ktoś mi tereny zadeptał.

Gairloch:


Gdzieś za Kylesku:


Okolice Durness:


I samo Durness:






Widok na Edrachillis Bay z okna naszej kwatery (najlepsza miejscówka na Północy):



Ardvreck Castle:


Quinag:


W tych okolicach będzie można nas znaleźć kiedy w końcu wygramy w Euromillions ;)

I jeszcze link do jednej z innych naszych wycieczek objazdowych, która obfitowała w piękne widoki:
niedziela, 19 lipca 2015

W ostatnie weekendy nie udało się nigdzie wybrać, więc przynajmniej w poniedziałkowe popołudnie zrobiliśmy sobie mały spacer.
Ben A'an leży w samym sercu Trossachs i Queen Elizabeth Forest Park, co oznacza iż są tu drzewa - choć trwają intensywne prace żeby ten stan rzeczy zmienić (jak wiadomo, w Szkocji wszak czego jak czego ale drzew jest zdecydowanie za dużo). Prace leśne okazały się przyczyną tymczasowej zmiany standardowej trasy:
   

Standardowa będzie otwarta dopiero na jesieni i gdyby ktoś chciał się wybrać na Ben A'an to polecam zaczekać - jest ona utwardzona w przeciwieństwie do tymczasówki którą szliśmy, i gdzie zapadaliśmy się w błoto po kolana. Uwaga: oba parkingi są płatne. Nie sprawdziwszy tego zapomnieliśmy wziąć drobnych, i byliśmy zmuszeni parkować na dziko przy drodze.

Ben A'an ma 454m n.p.m.:


Sąsiad Ben Venue - graham, 729m n.p.m.:


Wyszliśmy z domu po 15, potem jeszcze obiad w Callander - cały dzień lało, a właśnie wieczorem miało zacząć się wypogadzać.



Ponownie Ben Venue:


Ben A'an jest świetnym punktem widokowym, przede wszystkim na zachód, na Loch Katrine za którym widać Alpy Arrocharskie z Cobblerem. Na południu leży Loch Achray a horyzont zamykają Campsie Fells. Liczyłam na widoki na Ben Mora i Stob Binneina od nietypowej strony, ale kiedy byliśmy na wierzchołku nie dotarła tam jeszcze ładna pogoda przesuwająca się znad Glasgow.


Na wierzchołku są śmieszne skałki, które jak widać na załączonym obrazku można wykadrować tak by sugerowały niemal Matterhorn:



W domu byliśmy przed 22 (a zaliczyliśmy jeszcze postój przy sklepie). Myślę że musimy częściej wybierać się w ten rejon - jest bardzo blisko a nawet taka mini-wycieczka jest lepsza niż brak kontaktu z górami w ogóle.

środa, 01 lipca 2015

Nr 160Seana Bhraigh

Wymowa: szona wrei

Znaczenie nazwy: old height (za MunroMagic)

Wysokość: 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 262.

Data wejścia: 27.6.15

Na ostatnią wycieczkę porzuciliśmy rejon Kintail i udaliśmy się na (prawie) Daleką Północ. Seana Bhraigh cieszy się opinią jednego z najbardziej odległych od cywilizacji munrosów (choć z tych które już zdeptaliśmy przebija ją Lurg Mhor z naszej rocznicowej wyrypy).

Start z A835 nieco na południe od Ullapool. Nie do przegapienia - u początku drogi stoi klasyczna, nieco tylko zdewastowana, brytyjska czerwona budka telefoniczna.

Krótki spacer przez Inverlael Forest, po czym skręcamy w lewo by zacząć podchodzenie na plateau, najostrzejsze podejście tego dnia.

Niekiedy naprawdę można zrozumieć czemu Highlandy maja największy wskaźnik samobójstw w Szkocji:

Acz wystarczy, że słońce nieco przyświeci, i nawet największe szare kopy robią się piękne.

Z plateau wspaniale widać góry Assynt i Sutherlandu, w tym wypadku Cul Beag, Cul Mor i Suilvena:

Jak widać na mapce, po wejściu na płaskowyż najpierw długo idziemy po względnie płaskim, by wreszcie osiągnąć upstrzony jeziorkami przesmyk pomiędzy dwoma wzniesieniami, z których jedno, Eididh nan Clach Geala (na suicydalnym zdjęciu kopa najbardziej po prawej) jest munrosem. Rozważaliśmy czy nie dodać go do wycieczki, ale zwyczajnie nie wyrobilibyśmy się czasowo.

Za przesmykiem jest niewielka równia, a potem obniżamy się niestety dość znacznie (ja wiem że to wszystko brzmi niewinnie, ale w realu to są całkiem konkretne odległości oraz wysiłek) do początku płaskowyżu tworzącego Seanę Bhraigh. Wierzchołek Seany to ten po lewej.

Kocioł Cagha Dearg robi wrażenie. Klimaty na razie bardziej cairngormskie niż rodem z zachodniego wybrzeża ale cairngormskie pozytywnie, monumentalne.

Plateau z czterema co prawda niezbyt strzelistymi munrosami też prezentuje się monumentalnie. Na najwyższym, Beinn Dearg, byliśmy dwa lata temu ale być może wycieczkę powtórzymy bo ze szczytu nie widzieliśmy nic.

Atak szczytowy na Seanę nie stanowi raczej wyzwania:

Za to widoki na drugą stronę... To już zdecydowanie nie Cairngormsy. Oj nie. raz, niesamowite jest że ta góra ma kotły po obu stronach - nie widziałam czegoś takiego w Highlandzie; dwa, kocioł Luchd Choire jest taki że można umrzeć z głodu w locie; trzy, scramblingowa grań kulminująca w Creag an Duine jest po prostu przepiękna. Dojście do niej jest jeszcze (i to sporo) dłuższe niż nasze, ale jeśli jeszcze kiedyś będziemy chcieli wejść na Seanę, to tylko tamtędy.

Krzesanice podszczytowe:

Kolejna porcja gór Dalekiej Północy, w centrum lansuje się Stach Polej (w oryginale Stac Pollaidh - kolego Ścibor, który sprzedałeś nam tę nazwę, jeśli masz ochotę się jeszcze wybrać razem w góry to daj znać!!!) :)

Klasyczny kadr, acz na większości podobnych zdjęć człowiek stoi nieco bliżej krawędzi. Co robić, wiało! ;)

Szczytowe z Bugi:

Przez cały dzień udało nam się nikogo nie spotkać a kiedy napawaliśmy się szczytem i mielonką pojawiła się ekipa Mountain Rescue z trzema psami. Psy zwąchały mielonkę więc trzeba było się podzielić, ekipie (na ćwiczeniach) zrobiliśmy zdjęcie grupowe na życzenie. Po czym zaczęło lać i wymiotło nas w drogę powrotną.

Powrót po własnych śladach. Było pięknie - po tym jedynym prysznicu cudownie się wypogodziło, po raz pierwszy w czasie tego urlopu mieliśmy słońce i doskonałą widoczność. Tak lansował się An Teallach:

Oraz The Fannaichs:

A także (na obu zdjęciach) wspomniany Beinn Dearg:

Wycieczka na Seanę była z całą pewnością klejnotem tego wyjazdu i tripem który będę wspominać najlepiej. Być może gdybyśmy mieli widoki na trasie przez Sgurr na Ciche mogłyby one to przebić, na pewno swoje zrobiła też fotogeniczna pogoda - niemniej góra jest piękna, poczucie pustki i ucieczki od cywilizacji niesamowite, chillout 10/10.

Na tym niestety trzeba było zakończyć urlop, ale co przeżyłam, to moje :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34