statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
czwartek, 16 sierpnia 2007

Po Tatrach Zachodnich przyszła kolej na Wysokie. Nie chciałam na początek wybierać jakichś hardkorów, bardziej zależało mi żeby pokazać M., jak to wszystko w ogóle wygląda. Trasa przez Szpiglasową jest idealna: po drodze podwójna klasyka, czyli doliny Pięciu Stawów i Rybiego Potoku; szlak w górnej części z ułatwieniami, czy niezbędnymi, trudno powiedzieć, ale pozwala zobaczyć, jak to jest na tych straszliwych łańcuchach. Słowem, niebywałe walory edukacyjne:D

Tym razem nie trzeba było brać busa. Bezpośrednio z Małego Cichego pomaszerowaliśmy do celu, pokonując 2km drogi leśnej i kolejne dwa szosy, żeby w ogóle dostać się do parku. Doliną Filipką (mój masta pan Nyka podaje, że poprawna jest właśnie taka forma, a nie doliną Filipka, a ja panu Nyce wierzę we wszystko, z wyjątkiem jego ocen trudności szlaków, bo zdarza mu się IMO przesadzać w obie strony... Ale o tym kiedy indziej, w każdym razie niech będzie, że Filipką), szlakiem niebieskim, pomaszerowaliśmy w kierunku Rusinowej Polany. Szlak jest sympatyczny, nachylenie akurat takie, żeby się bezboleśnie rozchodzić, można sobie przysiąść na licznych ławeczkach ustawionych dla ludności zmierzającej do kościółka na Wiktorówkach. Gdzieniegdzie do drzew poprzybijane krzyże, Matki Boskie; ludzi zawsze się trochę spotka, bardzo często mocno starsze osoby - no nie jest to jednym słowem typowy tatrzański szlak. No więc tą Filipką a później Złotą idzie się jakieś pół godziny, by po drewnianych, strasznie długich stopniach które niby ułatwiają wchodzenie, ale ja ich nienawidzę, wbić się na wysokość kościółka.

Tu o samym kościele, są też zdjęcia. Najciekawsze jest jednak to, co obok: na kamiennym murku kilkanaście tabliczek upamiętniających osoby, które zginęły w górach. Obok Everestów, Eigerów i niewymawialnych skandynawskich lodowców znajome nazwy: Kozia Przełęcz, Kozi Wierch, Lodowy.

Do Rusinowej Polany jest stąd już bardzo blisko, a widok stamtąd tradycyjnie wlecze, wymiata, wbija z głową w murawę oraz uzależnia.

M.in. Gerlach (po lewej), Batyżowiecki, Ganek, Młynarz, Wysoka oraz Rysy (po prawej, w chmurce)

Z Rusinowej, która ze względu na pejzaż jest moim drugim obok Krzyżnego ulubionym miejscem w Tatrach, poszliśmy mało uczęszczanym czarnym, a w dalszej kolejności czerwonym szlakiem. Jak zwykle się tu bałam, ponieważ trasa trawersuje zbocze Wołoszyna, jedno z najbardziej niedźwiedziowatych miejsc w Tatrach (misie mają tu swoje stałe gawry). Droga jest kręta i na wielu odcinkach nie widać, co znajduje się za zakrętem: właśnie w takiej scenerii znajoma znajomej dosłownie wjechała kiedyś niedźwiedziowi w dupsko. Nic jej nie zrobił, bo niedźwiadki bez uprzednich złych doświadczeń z ludźmi nie są agresywne, ale sama myśl, że mogę się w podobnej sytuacji znaleźć, niezależnie od konsekwencji, nie jest mi miła, zwłaszcza jak sobie coś wcześniej nawkręcam.

Od Rusinowej do kolejnego punktu zwrotnego, tj. szosy na Morskie, idzie się (niespiesznie) niecałą godzinę. Szlak biegnie lasem, jest malowniczy i tłumów raczej się na nim nie spotyka. Na fotce poniżej widać, że tegoroczne lato musiało być wyjątkowo suche: potoki, przez które w co bardziej mokrych sezonach przeprawiało się w akrobacjach, w tym roku... zniknęły.

Rozstaj dróg znajduje się za maleńką Polaną pod Wołoszynem, miejscu o tyle interesującym, że tu kończyła się Orla Perć w czasach, kiedy jeszcze prowadziła przez Wołoszyn.

Na "czerwonej" połowie szlaku prześwity pozwalają podziwiać lekko przesuniętą panoramę z Rusinowej (fotka niżej). Idziemy zboczem ponad szosą na Morskie, na tym fragmencie słychać już daleki stukot kopyt i turkot bryczek, co mnie zawsze w moich niedźwiedziowych lękach pocieszało.

Szlak sprowadza prosto na szosę. Z leśnej, jak na ten rejon odludnej ścieżki wychodzimy na Krupówki. Lud miast i wsi maszeruje do najsłynniejszego jeziora Tatr. Lans, słynne japonki i torebeczki przez ramię faktycznie się zdarzają. Nie powinnam być złośliwa, bo to w końcu szosa i można dojść bezpiecznie (choć masochistycznie) nawet w szpilkach. Z drugiej strony TOPR regularnie ściąga ze ścian osoby nieodpowiednio ubrane i obute - i jak patrzę na te panienki z drogi na Moko, ogarnia mnie zgroza na myśl, co by było gdyby przyszła im ochota na pójście gdzieś indziej. Nie chce mi się wierzyć, że mają w bagażu górski obuw.

Odcinek szosą jest na szczęście krótki. Tuż za wodogrzmotami Mickiewicza (efektowne, ale moim zdaniem nieco przereklamowane) odbija zielony szlak przez Dolinę Roztoki. Z początku stromy, szybko łagodnieje i systemem lekka górka - lekki dołek - płasko idziemy lasami, kilkakrotnie przekraczając Potok Roztokę. Widoki zaczynają się dopiero, gdy wychodzimy z lasu i zaczynamy podchodzić pod ścianę stawiarską (próg, którym obrywa się do Roztoki Pięć Stawów). Potężny masyw Wołoszyna i wyraźnie widoczny, dłuuuugiiii i z tej perspektywy szalenie karkołomny (co jest nieprawdą, ale perspektywa zmienia wiele), pełen ludzi szlak na Krzyżne robią wrażenie.

Przy kolejnym rozstaju decyzja: czarnym, krótszym, ale bardziej stromym szlakiem, pełnym zakosów, prosto w górę - wychodzi się przy schronisku - czy zielonym, nieco łagodniejszym ale dłuższym, koło jednej z atrakcji Tatr, Wielkiej Siklawy, spadającej ok. 70m wysokości ze ściany stawiarskiej. Ja polecam czarny, bo zielony wychodzi na Pięciu jakiś kwadrans drogi za schroniskiem, a za dobry dają tam żurek i szarlotkę żeby dać sobie spokój. Po drugie, samą siklawą też się nie zachwycam:

Typ wbił się nam w kadr, ale zostawiłam jego łeb celowo, bo pomaga uzmysłowić sobie skalę. Wodospad faktycznie jest wysoki, ale... no jak zachwyca, jak nie zachwyca. Znaczy oczywiście bardzo ładne miejsce, ale nie wiem czemu uważane jest za jedną z głównych atrakcji Tatr Polskich. Stawy Piątki w pogodny dzień robią dużo większe wrażenie:

Na pierwszym planie Wielki, dalej Przedni Staw. Schronisko jest schowane, widać za to szlak przez Świstówkę Roztocką do Doliny Rybiego Potoku (bardzo po lewej)

W tle Szpiglasowy Wierch i Liptowskie Mury

Dolina Pięciu Stawów to jedno z najbardziej ruchliwych miejsc w Tatrach - odchodzą stąd liczne szlaki w rejon Orlej bądź, z drugiej strony, w kierunku Morskiego Oka. Jednak wysokogórskie położenie doliny sprawia, że atmosfera w moim ulubionym schronisku jest inna niż na Moku czy nawet na Kondratowej: tu już panien w klapkach i młodzieńców, którzy trafili tu tylko po to żeby się uraczyć browarem, raczej nie uświadczysz. Nie chciało by im się podchodzić.

Ze schroniska idziemy za znakami niebieskimi, później wyprowadzającymi na Zawrat - my skręcamy wkrótce na szlak żółty, biegnący już bezpośrednio na Szpiglasową Przełęcz.

Miedziane, Szpiglasowa Przełęcz, Szpiglasowy Wierch, Niżni Kostur

Początkowo podchodzimy klasycznym chodniczkiem. Szlak nie jest szczególnie męczący, idzie trawersami, większa stromizna pojawia się dopiero na końcowym odcinku, tuż przed ułatwieniami, gdzie na domiar złego dochodzi żwirek. Na szczęście męka nie trwa długo, wkrótce wchodzimy w skały.

Samo wejście na przełęcz jest bardzo łatwe. Łańcuchy w kilku miejscach, zwłaszcza na końcowym odcinku, są z pozoru zupełnie zbędne i rozwieszone siłą rozpędu - acz domyślam się, że inaczej to wygląda np. przy oblodzeniu. We fragmencie początkowym faktycznie ułatwiają, ale nie jako coś nieodzownego, raczej jako rozsądny reduktor niepotrzebnego ryzyka - tu z kolei w złych warunkach pogodowych mogłyby się pewnie okazać niezbędne. Jak dotąd przechodziłam przez Szpiglasową dwukrotnie, oba razy przy pięknej pogodzie, i w takich idealnych warunkach wejście nie nastręcza żadnych trudności, a żelastwa wydaje się być za dużo.

Widok ze Szpiglasowej Przełęczy w kierunku Doliny Pięciu Stawów - nad otoczeniem dominuje Świnica. Widać (od prawej do lewej) fragment Wielkiego, Czarny i Zadni Staw, ten ostatni pod samą Świnicą

Z przełęczy (2114m n.p.m.) na szczyt Szpiglasowego Wierchu (2172m n.p.m.) jest dosłownie moment, a widok zupełnie się zmienia: panorama wzbogaca się o kierunek zachodni. Najbardziej spektakularnie prezentuje się monumentalna bryła Hrubego Wierchu, opadającego obłędną ścianą do Doliny Hlińskiej. Zza grani wystaje czubek Krywania, w dole, w Dolinie Piarżystej połyskuje Niżni Staw Ciemnosmreczyński, wyglądający jak kałuża płynnego metalu:

Widok ze Szpiglasowego Wierchu na południowy wschód: Niżne Rysy, Rysy, Wysoka, Mięguszowieckie Szczyty i Cubryna

Tatry Zachodnie

Z przełęczy zbiega Ceprostrada, którą to wdzięczną nazwą ochrzczono kosmicznie długi chodnik prowadzący do samego schroniska nad Morskim Okiem. Widoki ze szlaku na najpiękniejszą dolinę polskiej części Tatr (a może i całych Tatr) oczywiście wloką, ale... On też się strasznie wlecze:) Poważnie, zejście jest tak długie dlatego że Dolina Rybiego Potoku jest dosyć nisko położona (schronisko bądź tafla Moka, w tej chwili nie pamiętam, znajduje się na wysokości 1395m n.p.m., dla porównania Piątka to o 300 więcej), za to otoczona przez najwyższe po naszej stronie Tatr ściany.

Widok z górnych partii Ceprostrady na Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami

Mnich jest maleńki, ale to prawdziwy kozak:

Samo Morskie to czysta poezja i ono zdecydowanie przereklamowane nie jest. Kontrast pogodnego otoczenia jeziora, które leży sporo poniżej górnej granicy lasu, z poszarpanymi ogromnymi ścianami, sama wielkość akwenu, budzący respekt Mięguszowiecki, którego szczyt znajduje się ponad kilometr nad jego powierzchnią - to sprawia, że Morskie Oko jest tak piękne i, niestety, tak popularne. W pogodny letni dzień koczują tam dosłownie tłumy. Nie mam nic przeciwko normalnym turystom, do których sama się zaliczam, ale niestety jest tam też pełno zachlajmordów, śmiecących małolatów i wrzeszczących dzieciaków - generalnie wyobraźcie sobie typowy festyn. Sceneria nieklasyczna, ale klimat ten sam.

Tutaj można dostrzec te dzikie hordy, nieco już przerzedzone, jako że pora była późnawa:

Potem jeszcze tylko 8 km na Polanę Palenicę, skąd odjeżdżają busy, i finito. Jeśli ktoś naprawdę złapie kryzys może skorzystać z bryczki - postój bryczek znajduje się na Polanie Włosienicy, może z kilometr od schroniska. Kiedyś bardzo współczułam biednym koniom, ale w ostatniej edycji swojego przewodnika pan Nyka zapewnia, że po licznych protestach ta sama para koni obecnie może pokonywać tę trasę tylko dwa razy dziennie, a co do nakazu zabierania nie więcej niż 15 dorosłych osób naraz, to sama widziałam, że jest przestrzegany. Także dla bryczki realnych przeciwwskazań nie ma, chociaż mnie osobiście jest jakoś głupio.

Szlak jest długi, ale można go wydatnie skrócić jeśli dysponuje się samochodem: zaparkować na Palenicy, stamtąd szosą, potem Wodogrzmoty, Roztoka i wiadomo. Przy tym wariancie rezygnuje się jednak z Rusinowej, więc jeśli ktoś go wybierze, niech koniecznie odwiedzi ją kiedy indziej. Widok z Rusinowej po prostu TRZEBA zobaczyć.

Trasa nie jest trudna. Wejście na przełęcz, pomimo paraliżującego wielu słowa "łańcuchy", w dobrych warunkach pogodowych - kiedy nie ma oblodzeń, śniegu ani deszczu - jest bardzo proste, jakie w gorszych spekulować nie będę, bo nie chcę tworzyć bajek. Po drodze dwie cudowne doliny i dwa schroniska, na większości szlaku jest woda.

Polecam i gwarantuję pełną satysfakcję.

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

Szlak przez Grzesia - Wołowiec - Łopatę - Jarząbczy Wierch - Kończystą nad Jarząbczą - Trzydniowiański Wierch

Ponieważ mój M. nigdy wcześniej nie był w Tatrach (a przynajmniej nie na poważnie, sylwestry na Gubałówce czy kolejka na Kaspro się nie liczą), tegoroczne wycieczki starałam się dobrać tak, żeby w krótkim czasie mógł wyrobić sobie najszersze i najpełniejsze jak to możliwe pojęcie o tych górach. Coś z Tatr Zachodnich, coś z Wysokich, na finał jakiś trudniejszy szlak. W Zachodnich padło na grań główną ze względu na długość i widowiskowość drogi.

Będąc w Tatrach kwateruję w Małym Cichym, kilkanaście km na wschód od Zakopanego. Jest to niezły punkt wypadowy w Tatry Wysokie (1h pieszo do Rusinowej Polany, 3h do Morskiego Oka, z szosy biegnącej przez wieś pięknie widać Gerlach), za to żeby dostać się w część zachodnią trzeba jechać najpierw do Zakopanego, a tam pod barem FIS łapać busa, w tym wypadku do doliny Chochołowskiej. Nie jest to jakiś wielki problem, bo jak już się do tego Zakopca dotelepie, to busy odjeżdżają praktycznie non stop, ale jednak trochę czasu się traci. A że zaraz potem czeka nas długa i nudna droga przez dolinę Chochołowską, cierpliwość człowieka rwącego się do wspinaczki i widoków zostaje wystawiona na pewną próbę. Inna rzecz, że warto.

Chochołowską uważam za miejsce mało ciekawe. W Kościeliskiej, którą też się szczególnie nie zachwycam, są przynajmniej surprajsy typu Wąwóz Kraków czy Smreczyński Staw. Chochołowska jest w większości monotonna jak dupa węża. I o ile skorzystanie z konnej "kolejki" uważam, jeśli nie jest się emerytem / rencistą / dzieckiem / kobietą w ciąży za pewien przypał, o tyle już rower wypożyczyć warto. Kosztuje to tylko parę złotych, a pozwala zaoszczędzić czas. Na końcowym odcinku droga robi się dość niesympatyczna dla mniej wprawnego cyklisty (asfalt przechodzi w kamienie), ale tuż przed tym momentem jest możliwość oddania roweru, więc przez trzy czwarte trasy można sobie ułatwić życie.

Dopiero od Polany Chochołowskiej zaczynają się widoki:

Wołowiec, Rakoń i grzbiet Długiego Upłazu 

Schronisko Chochołowskie jest sympatyczne i podają tam rewelacyjną kawę z lodami i bitą śmietaną. I wreszcie - za schroniskiem zaczyna się nasza właściwa trasa. Można zacząć wchodzić.

Żółty szlak na Grzesia wznosi się z początku prosto w górę, by w połowie drogi na szczyt (po jakichś 30-40 min.) zacząć łagodnie trawersować stok. Idziemy lasem, prześwity w górnej części dają przedsmak widoków, które zobaczymy na górze. Po kolejnych 20 min. wychodzimy na łagodny, szeroki grzbiet porośnięty kosówką. Z tyłu mamy bryłę Bobrowca, po lewej piękny widok na grań, którą będzie biegła nasza trasa, po prawej Beskidy z Babią Górą. Kiedy wreszcie stajemy na Grzesiu (w sumie tak po 1 - 1.20h od schroniska, ale jestem pewna że można zrobić to szybciej - my byliśmy po baaardzo ciężkim weekendzie i szło się nam na tym pierwszym odcinku średniawo) i ukazują się słowackie Tatry Zachodnie, staje się jasne dlaczego ten niewybitny (1653m n.p.m.) szczycik jest tak licznie odwiedzany i rekomendowany w przewodnikach. Panorama z Grzesia jest naprawdę piękna. 

Widok na grań, którą biegnie nasz szlak: grzbiet Długiego Upłazu, Rakoń, Wołowiec oraz Łopata. W tle wystają szczyty Rohacza Ostrego i Płaczliwego

Słowackie Tatry Zachodnie: Trzy Kopy, Hruba Kopa, Banówka, Pachola, Spalona, Salatyński Wierch, Brestowa (wszystkie nazwy w wersji polskiej, słowacka często się różni, czasem znacznie)

Od Grzesia trasa (do Wołowca znaki niebieskie) już do końca wiedzie granią. Z początku idziemy względnie płaskim grzbietem Długiego Upłazu, by osiągnąć najbardziej wyodrębniony punkt na grani, Rakoń (1879m n.p.m.). Stąd jest już bardzo blisko na szczyt Wołowca, drugi w kolejności najwyższy punkt na trasie (2063m n.p.m. Punktem pierwszym jest wyższy o 174m Jarząbczy Wierch). Z przełęczy pomiędzy Rakoniem a Wołowcem schodzi zielony szlak do Chochołowskiej.

Wołowiec, Łopata i Jarząbczy z Rakonia

Tatry Wysokie z Rakonia

Podejście na Wołowiec jest trochę męczące, ale krótkie (40 min.?). Z wierzchołka najefektowniej przedstawiają się szczyty Rohaczy:

Rohacz Ostry i Rohacz Płaczliwy

Rohacz Ostry to prawdziwy wariat:))) Nie imponuje wysokością (2072m n.p.m.), ale ma jedyną w swoim rodzaju sylwetkę. Przykład góry z charakterem. Szlak, podobno trudny, co zresztą widać gołym okiem, będziemy testować w przyszłym roku. Na zdjęciu poniżej można dostrzec ludzi rozsianych od przełęczy aż po szczyt - przemieszczali się bardzo wolno, widać było że w wielu miejscach tworzą się zatory:

Rohackie Stawy

Szlak biegnie przez Łopatę, Jarząbczy i Kończystą. Za Jarząbczym widoczna Raczkowa Czuba, po lewej od niego Bystra (na dalszym planie) i Starorobociański

Grań pomiędzy Wołowcem a Niską Przełęczą (która oddziela Łopatę od Jarząbczego Wierchu; znaki od Woło aż do Kończystej czerwone) to najciekawszy odcinek trasy. Wąska, poszarpana, momentami przepaścista, a jednak nie nastręczająca żadnych trudności - piękne górskie widoki i pełny relaks:) Sam mało efektowny wierzchołek Łopaty szlak omija, dzięki czemu tworzy się spory skrót. W tej okolicy udało nam się zobaczyć żerującego świstaka, a nawet strzelić mu dwie fotki. Niestety, przy rozmiarach zdjęć takich jak te prawie nic nie widać.

Z tej perspektywy Rohacz Ostry wygląda chyba najpiękniej i widać, jaki to świr:)

W dole błyszczą Jamnickie Stawy przypominające jeziorka benzyny.

Podejście na Jarząbczy jest średnio miłe. Podchodzimy niby tylko ok. 300m, ale szlak prawie nie trawersuje, tylko daje prosto w górę, a jest to moment, kiedy ma się już w nogach sporo kilometrów.

Wołowiec i Rohacze z podejścia na Jarząbczy

Szlak nie wchodzi na sam wierzchołek Jarząbczego, ale to nie problem, na szczyt jest dosłownie pięć minut. Widoki są ciekawe - wszystko to już dzisiaj oglądaliśmy i to praktycznie podczas całej trasy, ale góra ta jest najwyższym (2137m n.p.m.) punktem szlaku i to widać. To dobry moment, żeby podjąć decyzję: czy idziemy dalej na Starorobociański i - wersja dla hardkorowców - Bystrą, czy schodzimy przez Kończystą. My od początku mieliśmy w planach ten ostatni wariant, ale jeśli ktoś chodzi naprawdę szybko, to na Starorobociański, najwyższy szczyt polskich Tatr Zachodnich, jest już w miarę blisko:

Po prawej Starorobociański Wierch, 2176m n.p.m.

Bardzo blisko jest natomiast na Raczkową Czubę po słowackiej stronie granicy. Ona i Jarząbczy to właściwie dwa wierzchołki tej samej góry, z tym że Raczkowa jest o jakieś 60m wyższa. Niby drobiazg, ale jakbym miała się jeszcze tam pakować, chyba by mnie trafił szlag:) To jednak naprawdę nie jest krótka trasa.

Z Jarząbczego żwirowa ścieżka sprowadza na grzbiet przypominający Długi Upłaz, widoczny nawiasem po przeciwnej stronie doliny Chochołowskiej, którą nasz szlak opasuje wielką podkową - a sama Kończysta nad Jarząbczą (bądź Kończysty Wierch), 2003m n.p.m., to trochę taki Rakoń. Stąd wreszcie widać, czemu Łopata ma taką a nie inną nazwę: jej potężne zbocze opadające do Chochołowskiej wygląda jak ogromna szufla do śniegu. Można też dostrzec, jaki mikry jest Grześ.

Trzydniowiański Wierch z Kończystej, na dalszym planie Grześ, Bobrowiecka Przełęcz i Bobrowiec

Szlak (na odcinku Kończysta - Trzyd. znaki zielone) obniża się na Trzydniowiański (1758m n.p.m.), sympatyczny szczycik wart, jeśli ktoś nie lubi długich tras, samodzielnej wycieczki, skąd mamy dwie opcje zejścia: czerwonym szlakiem przez Dolinę Jarząbczą bądź również czerwonym dalej obniżającą się granią. Pierwszy wariant jest dłuższy, ale dużo przyjemniejszy. Idzie się wygodnym chodnikiem, nachylenie jest łagodne, niżej, jeśli kogoś kręcą te sprawy, czerwony szlak łączy się z biało-żółtym papieskim (Jan Paweł II przeszedł się tamtędy AFAIR w 1983r.) Opcja druga jest jedną z bardziej wkurzających w Tatrach. Droga najpierw biegnie przez ciągnący się w nieskończoność kosodrzewinowy grzbiet, by po osiągnięciu lasu zacząć opadać bardzo stromo w dół, w dużej części po wysokich, niewygodnych drewnianych stopniach. Te stopnie i znaczne nachylenie powdują, że odcinek ten bardzo daje w kość, obojętnie w którą stronę się idzie. Pamiętam, jak klęłam na nim rok temu, wspinając się na Trzydniowiański. Poniżej, kiedy stopnie się kończą i znajdujemy się już w głębokim lesie, wcale nie jest lepiej: wchodzimy do stromego żlebu pełnego żwiru, który też nie chce się skończyć. Ten wariant ma tylko jeden plus - pozwala ściąć kawałek Doliny Chochołowskiej. W wariancie pierwszym wychodzimy prosto na schronisko, tu około kilometra dalej.

Jeszcze tylko trzeba przejść Chochołowską, i to koniec.

Szlak nie jest trudny technicznie (*, odcinek Wołowiec - Niska Przełęcz **), ale długi. Zejście awaryjne na polską stronę tylko jedno i to na początku trasy, pomiędzy Wołowcem a Rakoniem. Nie polecam tej wycieczki jako rozruchowej, jeśli ktoś przez dłuższy czas nie był aktywny fizycznie. Przejść zapewne da radę, ale kosztem unieruchomienia na kolejnych parę dni. Jeśli natomiast komuś mało, można przedłużyć sobie trasę idąc na Starorobociański, a stamtąd zejść do Chochołowskiej (dwie drogi) bądź Kościeliskiej. W takim wypadku oba zejścia z Trzydniowiańskiego byłyby wariantem awaryjnym.

Trasa jest przepiękna, przy dobrej pogodzie w pełni bezpieczna, polecam z pełnym przekonaniem:)

sobota, 11 sierpnia 2007

Jak co roku od ośmiu już lat, udało mi się wyrwać na wakacje w Tatry. Nieważne, że obecnie mam do nich ponad 2k km - to jest rzecz, której nie umiem sobie odpuścić. Rezultatem jest kilkaset zdjęć z trzech rewelacyjnych wycieczek (opiszę), kilka książek o mojej ulubionej tematyce i zarażenie M. uczuciem do Tatr. To ostatnie bezcenne:)

Tatry i Highland to dwa zupełnie różne światy. Atutem szkockich gór jest na pewno rozległość i dzikość. Surowe krajobrazy nie wypadają może najefektowniej na pocztówkach, ale kiedy się tam jest, dają niesamowite poczucie odrealnienia. Jakby się znajdowało na innej planecie. Nie ma reżimu szlaków, pakujesz się na szczyt tak jak ci wygodnie. Często z poczuciem pewnego ryzyka, co jest bardzo przyjemne.

Tatry to góry pozornie (pozornie, bo niebezpieczeństw nie da się wyeliminować) oswojone. To zrozumiałe: są niewielkie, to tylko jedno rozczłonkowane pasmo. Są też parkiem narodowym, więc ruch turystyczny musi być poddany kontroli, żeby tego wszystkiego nie zadeptać. Rezultatem jest erozja najbardziej uczęszczanych szlaków i tłok, obie rzeczy nie do uniknięcia. Ale coś za coś.

Tatry, nawet Wysokie, prezentują się milej i wdzięczniej niż szkockie góry, z prostego powodu: obfitej roślinności. W Higlandzie drzew jest niewiele, dominują wrzosowiska, niektóre partie to wręcz księżycowy krajobraz. Zdarzają się śliczne zakątki takie jak Zagubiona Dolina czy Glen Orchy, niemniej wrażenie ogólne jest jakie jest. Ta surowość ma swój smak, można się w niej wręcz zakochać, ale jest w niej jednak coś przygnębiającego, czego w tatrzańskich uroczych widoczkach nie uświadczysz.

Oczywiście próba oceny, które góry są fajniejsze miałaby tyle samo sensu co dowodzenie wyższości brunetek nad blondynkami lub odwrotnie. Mnie fascynują jedne i drugie (góry, góry;>), fascynuje mnie też kontrast pomiędzy nimi. Poza tym szkockim górom zawdzięczam rozbudzenie apetytu na zwiedzanie gór całego świata, bo wcześniej były tylko Tatry i Tatry, bo przecież to najpiękniejsze miejsce na Ziemi i na pewno nic innego mi się nie spodoba. A jednak nie warto się ograniczać.

Mam nadzieję, że w ciągu kilku najbliższych lat pojawią się tu notki o górach Słowenii i Norwegii, a potem się zobaczy...

Na wszystkich zdjęciach jest widok na Tatry z Gubałówki.

poniedziałek, 16 lipca 2007

Za kolejny cel obraliśmy pięknego munrosa Ben Cruachana. Ben Cruachan (1126m n. p. m.) położony jest w West Highland, nad brzegami wielkiego Loch Awe, już całkiem blisko otwartego morza. Wygląda to tak, że znad jeziora wystrzela efektowne i potężne gniazdo górskie, Cruachan Horseshoe. W środku podkowy znajduje się niewielka dolina wisząca, a w niej - sztuczne jezioro Cruachan Reservoir (więcej o jeziorze i elektrowni na stronie Scottish Power). Wymyśliliśmy sobie, że przejdziemy całą podkowę, zaliczając oprócz BC jeszcze jednego munrosa, Stob Diamh. Taki też szlak rekomenduje pan szanowny autor naszej książki o munros, z którego rad korzystaliśmy do tej pory. Podejście pierwsze miało miejce jakoś pod koniec czerwca.

Szlak zaczyna się koło stacji kolejowej Falls of Cruachan. Na próg doliny wspinamy się stromo, początkowo lasem. Droga biegnie powyżej strumienia spadającego po stromych progach z Cruachan Reservoir, pośród bujnej roślinności, w dole błyszczy Loch Awe. Ten odcinek jest trochę męczący, za to bardzo ładny:

W pewnym momencie trzeba pokonać taki wynalazek, ustawiony pewnie dlatego, żeby nie robić wyrwy w płocie i uniemożliwić lokalnym owcom ucieczkę:

Po czasie krótszym niż pół godziny osiąga się próg doliny, w której leży zbiornik.

 

Ben Cruachan po lewej w chmurach

Tu góra po raz pierwszy pokazała, gdzie nas ma. Zaczęło lać, chmury opuściły się nisko nad ziemię i z żalem musieliśmy zrezygnować z dalszego wchodzenia.

Kolejny raz próbowaliśmy wejść na Cruachana wczoraj, 15 lipca. Pogoda nadzwyczajnie dopisała, nie było więc powodów przypuszczać, że może się nie udać.

Loch Awe

Nie mieliśmy mapy, zasugerowaliśmy się więc tą zamieszczoną w "The Munros" (Cameron McNeish, wyd. Lomond Books 2006). Pan autor zaleca tam, żeby zrobić pętlę po całej grani otaczającej jezioro, o w taki sposób:

Mapka pochodzi ze strony Ordnance Survey, nie z "The Munros"!

Zanim jednak zaczęliśmy się wspinać, trzeba było popodziwiać tamę (jak to ujął M., nie Solina, ale też ładnie)...

Oraz jezioro (nie Morskie Oko, ale... Chociaż nie. Tu jednak nie ma co porównywać, nawet żartem).

Zbiornik został przez nas ochrzczony mianem Loch Bobka, ze względu na to iż jego bezpośrednia okolica jest, pardon, niemożebnie wprost obsrana przez owce.

Ponieważ nie mogliśmy znaleźć szlaku ani niczego, co by go przypominało (Loch Bobka okrążała jakaś ścieżka, ale my zgodnie z instrukcjami z książki chcieliśmy wbijać się od razu na grań), zaczęliśmy wchodzić ubitą drogą, znajdującą się tam prawdopodobnie po to, żeby było którędy dostawać się do położonej trochę wyżej stacji przekaźnikowej.

Droga z początku trawersowała górę, potem jednak zaczęła opadać, wobec czego porzuciliśmy ją i zaczęliśmy wchodzić szerokim zboczem, pokonując kolejne garby. Jakiekolwiek widoki mieliśmy jedynie za plecami:

W międzyczasie zdaliśmy sobie sprawę, jak cała ta podkowa jest wielka. Przejście całości odpuściliśmy sobie z góry, nie o tej porze, ale postanowiliśmy osiągnąć przynajmniej nasz główny cel, BC.

Krajobraz powyżej towarzyszył nam prawie przez całą trasę. W dole widoczny jest wąwóz, w którym na tym odcinku leży Loch Awe. Sceneria zdecydowanie nie ma wysokogórskiego klimatu - w kierunku południowym gór już właściwie nie ma, w zachodnim znajduje się morze z wyspą Mull, z kolei highlandzkie widoki na wschód i północ skutecznie zasłaniało bądź zbocze, po którym wchodziliśmy, bądź przeciwległa część The Cruachan Horseshoe:

Beinn a' Bhuiridh, 897m n. p. m.

Wreszcie po długiej, monotonnej i nudnej wspinaczce zbocze przeszło w grań, z jednej strony opadającą ładnymi urwiskami do doliny ze zbiornikiem - wreszcie zobaczyliśmy Ben Cruachana, sami znajdując się na przełączce pod jakimś mniejszym szczytem.

Meall Cuanail (918m n.p.m.) i Ben Cruachan

Ben Cruachan ze swoim sąsiadem Stob Dearg (1104m n.p.m., ale za słabo wyodrębniony by być munro) prezentowały się wyjątkowo imponująco.

Niestety, było już za późno żeby wchodzić na Cruachana. Nie przypuszczaliśmy, że będzie nas od niego dzieliła tak głęboka przełęcz, po której trzeba jeszcze pokonywać potężną różnicę wysokości. Na naszej niekoniecznie precyzyjnej mapce tych rzeczy po prostu nie było widać. Mając do wyboru wchodzenie z ryzykiem zaskoczenia przez ciemności w drodze powrotnej, bądź wejście tylko na Meall Cuanail, pod którego szczytem już się znajdowaliśmy, wybraliśmy to drugie.

Na Meall Cuanail, z widokiem w wyspę Mull

Zejście na przełęcz zajęło nam około kwadransa.

Widok z przełęczy na Meall Cuanail

Zejście

Z przełęczy w dolinę schodziliśmy widocznym, ładnym szlakiem, biegnącym wzdłuż strumienia. Loch Bobka przez dłuższy czas nie było widać, a droga nad niego zajęła nam prawie godzinę. Nie przypuszczaliśmy, że ta dolina jest aż tak długa, podobnie jak nie mieliśmy pojęcia o tej najprostszej i najoczywistszej możliwości. Sugerując się książkową mapką nawet nie zastanowiliśmy się, czy nie lepiej byłoby sprawdzić drogę naokoło jeziora. Tymczasem sytuacja wygląda tak, że szlak ten po względnie płaskim terenie doprowadza pod samego Ben Cruachana - tu wspina się na przełęcz, i stąd już bezpośrednio na szczyt. Gdybyśmy wiedzieli o tej opcji, nie marnowalibyśmy czasu na bezsensowną wspinaczkę na dzika i może, pomimo zbyt późnego rozpoczęcia wchodzenia, udało by nam się jednak wejść na BC.

Ponieważ nic już nie można było poradzić na to, iż Ben Cruachan wciąż nie znalazł się na naszej osobistej munro-liście, pocieszaliśmy się, że COŚ (Meall Cuanail) jednak zostało zaliczone, odbyliśmy ładną wycieczkę i pożegnał nas śliczny, ładniejszy niż z rana widok na spokojną toń Loch Bobka.

Cruachan Reservoir aka Loch Bobek

Wracaliśmy przez Glen Orchy i zaprawdę powiadam wam: jeśli kiedyś znajdziecie się w okolicy, dysponując pewną ilością wolnego czasu, wybierzcie drogę przez tę dolinę w celu popodziwiania potoku Broighleachan. Jest co.

Woda wyżłobiła w brzegach prawdziwe cuda.

Sam potok jest bardzo rwący i niebezpieczny. Na moście znaleźliśmy przywiązany do balustrady, całkiem już uschły bukiet. Może to tam utopiła się nastolatka, o której czytaliśmy jakiś czas temu? Nie kojarzę nazwy która wystąpiła w artykule, ale rzecz jest bardzo prawdopodobna.

A poniżej coś, czemu już od dawna chcialiśmy strzelić fotkę: stoi sobie taki wariat przy drodze za Crianlarich jako reklama, i za każdym razem kiedy go w naszych highlandzkim tripach mijamy, wywołuje szerokie uśmiechy - ależ wynalazek! Chciałabym takiego na własność, pojeździło by się po górach:D

Szlaku wyjątkowo oceniać nie będę, ponieważ go nie polecam. Odcinkiem prawidłowym jedynie schodziliśmy, zresztą nie całym. Mogę natomiast następująco doradzić wszystkim, którzy planują wycieczkę na Ben Cruachana:

- droga jest długa, tej górze trzeba poświęcić trochę czasu;

- jeśli macie w planie większą część grani, zarezerwujcie cały dzień;

- szlak okrąża jezioro od lewej, po czym odbija w górę przy wiatraczku.

Życzę wyprawy bardziej efektywnej niż nasza i mam nadzieję, że w końcu wejdziemy jednak na tego Cruachana:)

A powinno się iść tak:

czwartek, 21 czerwca 2007

Nr 2, Stob Coire Sgreamhach

Wymowa: stob kori skrijah

Znaczenie nazwy: peak of the fearful corrie , szczyt przerażającego kotła

Wysokość: 1072m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 65.

Data wejścia: 17.06.07

Nr 3, Bidean nam Bian

Wymowa: bitien nam bią

Znaczenie nazwy: pinnacle of the mountains, szczyt szczytów

Wysokość: 1150m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 23.

Data wejścia: 17.06.07

Potężny, o ciężkiej sylwetce Bidean nam Bian razem ze swymi trzema satelitami (Stob Coire Sgreamhach, Stob Coire nan Lochan i Stob Coire nam Beith) rozsiada się majestatycznie pomiędzy Glencoe a Glen Etive. Zaliczany do Glencoe hills, z głównej doliny jest jednak praktycznie niewidoczny (trzeba wiedzieć, gdzie i kiedy patrzeć). Z trzech położonych opodal szczytów tylko SCS uznany został za dostatecznie wyodrębniony, by zaliczono go do munros, pomimo iż gabarytowo na listę łapią się wszystkie sąsiadujące wierzchołki. Osobiście uważam że Stob Coire nan Lochan, zresztą wyższy od SCS, jak najbardziej powinien być munro. No ale jak lista, to lista, trudno.

Wędrówkę rozpoczęliśmy przy czwartym parkingu w Glencoe (patrząc od strony Bridge of Orchy). Wybiega stamtąd wyraźna ścieżka, która początkowo wspina się lekko, wyprowadzając do doliny. Szlak biegnie po płaskim, wzdłuż potoku Allt Lairig Eilde, po prawej stronie mając poszarpaną grań Beinn Fhady, po lewej zaś ścianę Buachaille Etive Beag z piramidą Stob Dubh (958m n.p.m.).

Nie bardzo mieliśmy pomysł, jak iść - wiedzieliśmy tylko, że przed nami powinien się znajdować SCS, no i skoro jest szlak, to pewnie nas GDZIEŚ wyprowadzi. Nasza droga, jak się okazało, miło i spacerowo łączy Glencoe z Glen Etive, co tłumaczyłoby, że spotkaliśmy na niej trochę ludzi i psów (potem, do samego końca wycieczki, tylko raz w ogóle widzieliśmy człowieka). Istotnie wyprowadziła nas bez pudła, bo pod samą grań SCSa.   

Grań Stob Coire Sgreamhach zamyka dolinę. Jest to sam początek, zasłonięty zboczami Beinn Fhady szczyt znajduje się o wiele wyżej

Postanowiliśmy wbić się na przełęcz i kontynuować marsz po grani. Innych bezpiecznych możliwości zresztą nie było.

Przełęcz (741m n.p.m.)

Wspinaczka ma przełęcz była niedługa, ale strasznie mozolna z powodu znacznego nachylenia. Na szczęście przewyższenie w tym miejscu wynosi zaledwie circa 300 metrów.

Grań Buachaille Etive Beag, najbardziej po prawej Stob Dubh

Widoki z przełęczy na dolinę, choć piękne, nie mogły równać się z tym, co zobaczyliśmy po drugiej stronie: lśniącym w słońcu Loch Etive i jego wspaniałym otoczeniem. Dla czegoś takiego warto żmudnie brnąć pod górę, przeklinając wczorajsze używkowe ekscesy:

Ku wierzchołkowi SCS pięliśmy się bardzo szeroką granią, z jednej strony płynnie przechodzącą w łagodne zbocze, z drugiej opadającą urwiskami. Ten odcinek jest mniej męczący, denerwuje tylko, że przez dłuższy czas nie widać szczytu, przed nami tylko trawa i kamienie. Za to widoki z boków i tyłu z każdym krokiem zyskują na bogactwie - na północnym zachodzie błyszczy Loch Linnhe, po przeciwnej stronie Blackwater, naokoło morze wzniesień:

Nareszcie widać szczyt

W kierunku szczytu

Na wierzchołku Stob Coire Sgreamhach stanęliśmy po mniej więcej godzinie od ruszenia z przełęczy (ale można ten odcinek przejść szybciej, nie robiąc długich postojów na pikniki i robienie zdjęć:>). Widoki wzbogacają się o kierunek północny, ale z panoramy da się dostrzec tylko fragment (za to z grzbietem Ben Nevisa) - plan pierwszy zasłaniają masywne sylwety Bideana i Stob Coire nan Lochan, rozdzielone głębokim siodłem.

Przełęcz między BnB a SCnL

Zwłaszcza Bidean robi wrażenie.

Bidean nam Bian - widok z przełęczy łączącej go z SCS

Żeby dostać się na Bideana, musieliśmy zejść na mocno wciętą przełęcz i uwaga! W razie niedyspozycji, załamania pogody czy innych niesprzyjających okoliczności tu można zacząć schodzić - z przełęczy opada stromy, ale bezpieczny szlak do Lost Valley i dalej do Glencoe.

Na szczyt wiedzie wyraźna i wygodna ścieżka. Do końca prowadzi granią, miejscami wąską i nieco eksponowaną, jednak bez żadnych trudności technicznych. Po pół godzinie marszu w towarzystwie biegnącej kilkadziesiąt metrów niżej owcy indywidualistki, osiągnęliśmy niższy wierzchołek Bideana. Warto się tam zatrzymać na kilka chwil - już tu mamy przedsmak tego, co czeka nas na górze - dookolna panorama szczytów uległa cudownemu rozmnożeniu, a za Loch Linnhe widać otwarte morze.

W tle właściwy wierzchołek BnB

Na szczyt już tylko chwilka.

Stob Coire nan Lochan i Stob Coire nam Beith wydają się być na wyciągnięcie ręki.

Stob Coire nam Beith, 1107m n.p.m.

Za to zejście na przełęcz jest średnio przyjemne. Idzie się po stromym kamiennym usypisku, które przejawia spore tendencje do mobilności - dziewięć na dziesięć kamulców trzyma się ściśle siebie nawzajem, a ostatni wyjeżdża ci spod nóg. Zdecydowanie ostrożność jest tu wskazana. Bokiem usypiska biegnie co prawda ścieżka, ale wypatrzyliśmy ją nad samą przełęczą, tak że nie wiem w którym punkcie się zaczyna.

Na przełęczy po raz pierwszy w życiu widziałam widmo Brockenu.

Zejście z Bideana

Na SCnL wchodzi się szybko, w wejściu atrakcji brak, jest nawet słabo widoczna dróżka. Szczyt jest rozległy, za to ku Glencoe opada stromymi ścianami, u podnoża których widnieje rogalik utworzony przez dwie z Three Sisters, Aonach Dubh i Gearr Aonach.

Po lewej Aonach Dubh, po prawej Gearr Aonach. Środkiem biegnie ten szlak

Na grani SCnL

SCS, przełęcz i zbocze Bideana wznoszące się nad Lost Valley

Zdecydowaliśmy się schodzić w kierunku Gearr Aonach i szukać miejsca, gdzie będzie można zejść na dzika do Zagubionej Doliny. Próbę zejścia podjęliśmy w dolnych partiach grani SCnL - zbocze, choć bardzo strome, spełniało nasze kryteria bezpieczeństwa (nachylenie mniejsze niż 90 stopni, przyczepne podłoże: trawa). Choć się powiodło, uważam, że zrobić głupiej się po prostu nie dało. Przyjemne trawiaste zbocze okazało się cholernie długie i usiane kamulcami, kamieniami, kamykami, kamyczkami oraz żwirkiem. Przy potężnej stromiznie oznaczało to dupozjazdy, uwagę natężoną dziesięć razy powyżej normy i nadwerężenie mięśni pleców podczas prób utrzymania równowagi. Do Zagubionej Doliny zeszliśmy zmordowani, źli i ze sztywnymi łydkami. Od tego momentu każdy zaczął czuć w nogach zrobione kilometry - dobrze, że chociaż można było się napić: dnem płynie, tworząc malownicze wodospadziki, Allt Coire Gabhail.

Lost Valley naprawdę mnie zachwyciła. Jest to dolina wisząca, obrywająca się do Glencoe stromym progiem, z którego z hukiem spada potok. Węższa od swojej sąsiadki którą zaczynaliśmy trasę, w cieniu Bideana nam Bian i Stob Coire nan Lochan, jest też mniej surowa dzięki ilości flory: rosną tu drzewa i krzewy. W ogóle COŚ tu rośnie:) Szlak puszczony został w górnych partiach dnem doliny, w niższych sporo powyżej. Można podziwiać potok daleko w dole.

Tuż przed skalnym progiem otoczenie wygląda sielsko i niewinnie, śliczny lasek po prostu zaprasza... Tymczasem ten ostatni odcinek dopiero dał nam popalić!:D W lasku zaczyna się szaleństwo, scenografia do filmu fantasy: plątanina wiatrołomów, skałek, wodospadów, ogromnych głazów, wykrotów; szlak co chwila się gubi albo naprawdę znika, trzeba przeciskać się pod pniami, szukać zejścia ze ścianek, przekraczać po śliskich kamieniach rwący potok. Coś cudownego, a zarazem strasznie irytującego człowieka, któremu po ciężkim zejściu dygocą łydki i który zrobił po górach potężny dystans. Na ten szlak wybierzemy się kiedy indziej, tylko dla podelektowania się wszystkimi pułapkami i zakątkami, ale wypoczęci i z naładowanymi bateriami w aparatach - będzie oddzielna sesja i oddzielna notka. 

Glencoe pożegnało nas cudownym zachodem słońca, w którego ostatnich promieniach toczyliśmy się złachani do parkingu. Podczas dyskusji podsumowującej już w samochodzie wyprawę uznano zgodnie za absolutnie fantastyczną.

Trasę po wyciągnięciu średniej oceniam na **. Spora część jest banalna, ale kilka odcinków (droga ze szczytu Bideana na przełęcz, grań Stob Coire nan Lochan, wreszcie nasze dzikie zejście oraz końcowy lasek) zasługuje na ***. Droga jest długa i męcząca, przy czym chyba więcej schodzenia niż wchodzenia. Jako szlak zejściowy z SCnL zdecydowanie rekomenduję trasę przez Gearr Aonach i niżej Coire nan Lochan, pomiędzy Siostrami. Przy czym prawdziwych trudności technicznych - tzn. takich, do których potrzeba więcej niż przeciętnej sprawności fizycznej - brak, wystarczy iść ostrożnie.

Bardzo polecam :)

PS (03. 01. 2008): dopiero po którymś z kolei kontrolnym czytaniu połapałam się, że to nie wynika jasno z tekstu - na odcinku pomiędzy pierwszą przełęczą a przełęczą między Stob Coire Sgreamhach i Bideanem ścieżki NIE MA. W przewodnikach / na mapach jako rekomendowane wejście i zejście z Bideana zaznaczona jest trasa Glencoe - Zagubiona Dolina - SCS - BnB - SCnL - Coire nan Lochan - Glencoe. Na całej jej długości biegnie szlak, oczywiście w rozumieniu szkockim, bo nie jest w żaden sposób oznaczony, za to wyraźny.

Naszą "autorską" opcję ogromnie polecam, jest fajna, nie chcę po prostu wprowadzać nikogo w błąd. 

wtorek, 12 czerwca 2007

Na początku kwietnia wybraliśmy się do Glencoe z zamiarem ponapawania się widokami i ewentualnie zrobienia jakiejś łatwej trasy (w wyższych partiach leżał na masę śnieg). Nie mieliśmy mapy ani koncepcji, za to dużo zapału. Okazało się, że to wystarczy, żeby było wesoło.

Glencoe (bądź Glen Coe), Dolina Łez, jedno ze słynniejszych miejsc w Szkocji (rzecz jasna po pierwszej lidze, którą stanowią Edynburg, Glasgow, Loch Ness i Rosslyn:>), jest miejscem bezdyskusyjnie przepięknym. Położona w West Higland, razem z sąsiednią Glen Etive stanowi konkretne skupisko munrosów oraz wzniesień mniejszych, ale równie dekoracyjnych. Wylotem wschodnim obie doliny opierają się o pustkowie Rannoch Moor. Do zachodniego sięga morze, a powstała zatoka (Loch Linnhe), wżynająca się w ląd głęboko jak fiord, wysuwa w stronę doliny swoje wąskie odgałęzienie, Loch Leven. Patrząc na LL z góry w życiu by się człowiek sam nie domyślił, że to nie jezioro.

Co do naszej trasy, wybraliśmy ją zupełnie przypadkowo. Zatrzymaliśmy się po prostu na jednym z dwóch parkingów i zaczęliśmy kombinować, jakie szlaki odchodzą w polu widzenia. Wybór był dość oczywisty, za niskie by pokrywał je śnieg Three Sisters, niższe piętro z nieznanych mi przyczyn nie będącego munrosem imponującego Stob Coire nan Lochan, wznosiły się tuż nad nami i widać było, że prowadzi tam droga:

Dwie z Three Sisters, Gearr Aonach i Aonach Dubh

Szlak z początku zbiega w dół, do faktycznego dna doliny (szosa puszczona jest nieco wyżej), przekracza potok River Coe i zaczyna piąć się w górę, trawersując zbocze Gearr Aonach. Ścieżka jest dobrze widoczna, raczej wygodna, w znacznej części ułożona z kamieni, choć sporo jest i wkurwiającego żwirku.

Ten pierwszy odcinek jest mało nachylony, wysokość zyskujemy powoli. Daleko w górze widnieje coraz wyraźniejszy szczyt Stob Coire nan Lochan, który z tej odległości wydaje się strasznie daleki, wysoki i ogólnie nie do zdobycia:]

Kiedy osiągamy środek podkowy i zaczynamy się piąć równolegle do potoku, robi się stromiej - już nie trawersujemy ściany, ale walimy centralnie, obrzeżami wielkiego żlebu. Sceneria raczej bez zmian - szczyt bliżej i bliżej, ale wciąż budzący respekt; za plecami coraz głębsza dolina i coraz cieńsza nitka szosy A82.

Im wyżej, tym stromiej, więcej żwiru i słabiej widoczna ścieżka. Pod koniec idzie się już bez zwracania uwagi, jest droga czy nie, skoro jedyny logiczny kierunek prowadzi tak czy inaczej prosto w górę.

Ostatnie podrygi wyraźnego szlaku, zaraz będzie stromo a ścieżka się rozmyje

Kiedy w końcu osiągamy najwyższy punkt zbocza, znajdujemy się na - mniej więcej - równi, lekko tylko pofałdowanej. To szczyt podkowy, czy też półksiężyca, budowanego przez Gearr Aonach i Aonach Dubh. Jeśli te dwie kolumny są nogami krzesła, to równia jest siedziskiem, a urwiska SCnL oparciem. Porównanie tylko z pozoru wydumane, bo dokładnie tak to wygląda:

Na Gearr Aonach, w tle Stob Coire nan Lochan

http://leisure.ordnancesurvey.co.uk/leisure

Widoki oczywiście wymiatają.

Stob Coire Sgreamhach

Grań Aonach Eagach po przeciwnej stronie doliny

Z pogodą wyjątkowo się nam poszczęściło, ale o tym, że to jednak wczesny początek wiosny, nie dawały zapomnieć płaty śniegu:

Na szczyt SCnL nie próbowaliśmy wchodzić. Panowie chcieli, ale zaprotestowałam stanowczo. Było za dużo śniegu. Może to przesadna ostrożność, ale moje doświadczenia ze śniegiem w górach ograniczają się do seryjnych zjazdów na dupie w Tatrach w czerwcu 2006, kiedy warunki (czego się spodziewałam, ale nie miałam możliwości pojechać w innym terminie) były klasycznie zimowe już w wyżej położonych dolinach. Było średnio, czuję się na coś takiego nieprzygotowana i wolę nie ryzykować, tym bardziej że cóż za problem zaliczyć tę samą trasę latem.

Pomimo zmiany planu na mniej ambitny, otoczenie wprawiło ekipę w taką euforię, że zwiedziliśmy całą (a konkretna owszem jest) podkowę, od krańca do krańca. Przepaście po obu stronach były imponujące, ale tym, dla czego naprawdę warto było się tą trasą wybrać, okazały się widoki z Aonach Dubh, siostry wyższej, zachodniej, liczącej 892m npm.

Idziemy na Aonach Dubh

Droga A82

Wyraźnie widać, że szosa jest puszczona powyżej dna doliny

Miejscowość Glencoe nad brzegami Loch Leven

W końcu trzeba było przerwać tę sielankę i zacząć złazić, ale nikt nie miał ochoty wracać żlebem wzdłuż potoku. Postanowiliśmy zejść na dzika bezpośrednio z AD, ścinając hektar starej trasy i zaoszczędzając czas (jeden z kolegów śpieszył się do Edynburda w sprawach mocno prywatnych:P). Szlak w dole było pięknie widać, a zbocze, choć bardzo strome, nie wyglądało jakoś strasznie hardkorowo. Zaczęliśmy schodzić.

Ten odcinek okazał się - oprócz oczywiście widoków - najfajniejszym punktem całej wycieczki. Złaziliśmy prawie pionowym trawiasto - skalistym stokiem, gdzie nachylenie powodowało, że w wielu miejscach trzeba było przysiadać na dupie i trzymać się trawy, kamulców czy co tam jeszcze się znalazło do trzymania. Groźnie nie było AFAIR w żadnym momencie (chociaż przy pewnym pechu jak najbardziej było gdzie połamać nogi), ale w kilku miejscach (skały plus żwirek my love:]) trzeba było jednak następny krok przemyśleć.

Teren naszego zejścia z przyległościami

Łatwy moment

Szlaku tą metodą faktycznie ścięliśmy sporo, w dodatku w malowniczy sposób. Kolega zdążył na swoją randkę;)

Wycieczkę na Aonach Dubh polecam wszystkim, którzy mają ochotę na wysokogórskie widoki, ale niekoniecznie lubią ryzyko. Pierwszoligowe wrażenia estetyczne zapewnione. Trudności technicznych w trasie żlebem brak, w naszej dzikiej właściwie też - choć tu trzeba zachować minimum ostrożności. Droga może być dość męcząca dla osób o słabszej kondycji, ale nie jest na tyle długa, by nie można było sobie pozwolić na częste postoje. Trudności orientacyjnych brak, po prostu należy się wspinać / schodzić zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Niewolnicze trzymanie się ścieżki na tej akurat trasie nie jest konieczne.

Odcinek żlebem oceniam na *, nasze zejście z AD na mocne **.