statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
czwartek, 09 marca 2017

 

Ostatni wypad nie był górski lecz objazdowy, ponieważ wybraliśmy się z Ernestem i Olą którzy mieszkają w Polsce. Plan noclegowy - pierwsza noc na Skye, druga w Lochinver - nie pozostawiał dużo miejsca na improwizację: wiadomo że przy takich odległościach główną atrakcją będzie sama jazda przez Highland. 

Nocleg mieliśmy w Portree Hotel >>LINK<<. Było bardzo czysto, pokoje przytulne, sympatyczny personel, śniadanie rewelacja: bogaty bufet "kontynentalny" oraz kilka solidnych opcji na ciepło z karty. Jedyne do czego mogę się przyczepić to akustyka - pomiędzy naszymi poddaszowymi pokojami było jedynie przepierzenie co na dłuższą metę byłoby wybitnie krępujące. Jedną noc jakoś jednak przetrwaliśmy.

Przed wieczorną eskapadą do hotelowego baru wyskoczyliśmy popod The Storr, najwyższe (719m n.p.m.) i najbardziej południowe z pasma Trotternish Hills, popularne głównie z powodu wyrastającego u jego podnóża obelisku Old Man of Storr. To tu kręcono np. otwierającą sekwencję Prometeusza (i pewnie coś jeszcze jak znam życie, filmowcy uwielbiają wyspę Skye). Poniżej wszystko elegancko widać: 



Napisałam że wybraliśmy się "popod" Storra, bo nikt też nie zamierzał na niego wchodzić. Do samego Old Mana też zresztą nie doszliśmy zadowalając się widokiem z dołu. Jeśli o mnie osobiście chodzi to perspektywa wiszących nade mną osiemdziesięciu munrosów - oraz świadomość że pracowicie wdrapałam się na dzieście dwa - sprawia iż czerpię radość z rzadkich okazji kiedy mogę w Highlandzie wrzucić bardziej luźny tryb. Żeby było jasne, nadal kocham munrosowanie, tyle że to jest przy naszym pracowitym trybie życia i napiętym grafiku naprawdę wielkie i wymagające samozaparcia przedsięwzięcie.



Światło tego wieczoru było jak marzenie fotografa i musiałam się mocno zastanowić które zdjęcia wybrać.



Pamiętam że patrzyliśmy na Cuilliny i zastanawialiśmy się ile osób będzie się niedługo szykować do noclegu na grani - początek weekendu, pogoda nie z tej ziemi, wspaniała okazja żeby zrobić grań główną w warunkach zimowych.



Kolejnego dnia musieliśmy się przemieścić do Lochinver, ale przed rozpoczęciem podróży wyskoczyliśmy jeszcze na Quirang po drugiej stronie Trotternish Hills. Pod >>LINKIEM<< relacja z mojej i Mariusza poprzedniej wycieczki lata temu (niestety imageshack zeżarł część zdjęć ale wciąż polecam).

Tym razem coś nam się pomerdało i nie poszliśmy wzdłuż krawędzi klifów podziwiać leżący w dole park skalny, a jakimś cudem zabrnęliśmy na najwyższy punkt wzniesienia, Meall na Suiramach (543m n.p.m.). Z kolei wracając również nie weszliśmy pomiędzy skalne formacje a obeszliśmy je dołem - miało to o tyle sens że w parku skalnym zeszło by nam o wiele dłużej. No ale fakty są takie że najciekawszą część opuściliśmy.



A propos kinematografii, fragment krajobrazu na zdjęciu poniżej pojawia się w "Gwiezdym pyle".



Było bardzo zimno a niektóre miejsca pokryte warstewką lodu - Mariusz się nieco stresował jak któreś z towarzystwa podchodziło za blisko klifu ;)



Poniższe zdjęcie zaispirowało nieco bardziej niż zwykle poetycki tytuł notki:



W takiej minimalistycznej bez-scramblingowej wersji wycieczka zajęła około dwóch godzin ale jak ktoś chce na Quiraing można się bawić cały dzień.



Podróż ze Skye do Lochinver w taką pogodę była sama w sobie wielką przyjemnością. Nie starczyło czasu żeby napierać przez Applecross ale za to przejechaliśmy przez Torridon:



Kiedy zaś wyjeżdżaliśmy z Ullapool zaczynał się jeden z tych przepięknych zachodów słońca kiedy człowiek zawsze żałuje że nie ma aparatu, albo jest w pracy i nie może wyjść na zewnątrz popstrykać. No więc tym razem było wszystko, także bajkowa sceneria.





Jak zwykle będąc w Assynt nie mogliśmy nie zahaczyć o knajpę Am Fuaran w Altandhu. Mariusz miał intuicję żeby zadzwonić do nich z drogi i upewnić się że będzie stolik - udało się choć prawie wszystko było już zarezerwowane. Na zadupiu jakim jest półwysep Coigach, gdzie można dotrzeć tylko single track road i oprócz krajobrazu nie ma żadnych atrakcji turystycznych. Poza sezonem. To wiele mówi o tej miejscówce. Info pod >>LINKIEM<<



Langustynki kosztowały wprawdzie 17 funtów ale kiedy składaliśmy zamówienie były jeszcze żywe. Do świeżego pysznego żarcia dochodzi przemiła obsługa oraz fakt że bar jest okupowany przez miejscowych więc można poczuć się częścią lokalnego kolorytu.



Noc spędziliśmy w bed & breakfast Hillside w Lochinver - nie mają własnej strony więc podaję linka do info z Booking.com: >>LINK<<. Bardzo przytulna miejscówka, idealna na dłuższy pobyt. Klimat bardziej jak w (dobrym!!) hostelu bo co prawda w ofercie nie ma ciepłego śniadania (są produkty do śniadania "kontynentalnego" - zawsze biorę to określenie w cudzysłów ponieważ brytyjska wizja tego co "kontynent" jada jest tak raczej średnio adekwatna), za to jest w pełni wyposażona kuchnia gdzie można sobie samemu pichcić.

Z Lochinver ukochaną nadbrzeżną drogą - wariatką pojechaliśmy na północ. Poniżej tradycyjny postój przy punkcie widokowym w Drumbeg nad zatoką Edrachillis:



Jak zwykle, kierowaliśmy się do Durness - jest to chyba najbardziej ulubione moje i Mariusza miejsce w całej Szkocji, choć paradoksalnie gór tu nie ma (najbliższy jest masyw Foinavena ale zdecydowanie nie w odległości spacerowej). Spokój, Atlantyk, poczucie że od zabieganej codzienności oddziela cię potężna masa lądu oraz sześć godzin jazdy mnie osobiście resetują idealnie. Oraz zawsze lubię pokazywać znajomym i rodzinie którzy nie odwiedzali Szkocji wcześniej jak piękne są północne plaże. Ten fragment Europy raczej z nich nie słynie a wizualnie nie ustępują śródziemnomorskim, chociaż kąpać się oczywiście raczej nie da, chyba że w piankach, co zresztą ludzie robią.



Nie zapomnę nigdy imprezy jaka na plaży Sango urządziliśmy sobie z dwójką przyjaciół w 2013 roku... :) Those were the days! ;)



Wspinanie się po skałkach także należy do tradycji. 



Po plaży wybraliśmy się do niedalekiej jaskini Smoo. W sezonie można ją zwiedzać pontonem z przewodnikiem, poza sezonem pieszo dostępna jest jedna komora. Smoo Cave jest bardzo popularna i jak widać niektórzy uważają że to idealne miejsce na podzielenie się swoim światopoglądem:



Do zwiedzania nie ma wiele ale jeśli już i tak jest się w okolicy, warto zajrzeć.



Wracaliśmy pustkowiami przez Altnaharrę i Bonar Bridge. Po drodze nie mogliśmy się nie zatrzymać żeby nie ustrzelić Ben Loyala, pięknego korbeta który jeszcze czeka na zdeptanie:



Im dalej na południe się kierowaliśmy tym bardziej pogarszała się pogoda, co miało tę zaletę iż przestaliśmy czuć przymus zatrzymywanie się na zdjęcia w związku z czym do domu udało się dotrzeć o ludzkiej porze a nie w środku nocy. 

Jak widać zaczęłam dodawać informacje o miejscach gdzie można przenocować czy coś zjeść - to krok który zamierzam kontynuować. Nie chcę się bawić w szczegółowe recenzje tym bardziej że podaję linki do konkretnych informacji m.in. o cenach, bardziej chodzi mi o przekazanie ogólnego wrażenia na temat miejsca i jakości serwisu. Jeśli komuś się to przyda to wspaniale :)

piątek, 27 stycznia 2017



Nr 202, Geal Charn

Wymowa: gel karn 

Znaczenie nazwy: white hill (za MunroMagic)

Wysokość: 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 260.

Data wejścia: 21.1.17

 

Geal Charn leży w grupie Monadliath, należącej do płaskowyży na wschód od Great Glen. Monadliath, płaskowyż Mounth, Drumochtery - to wszystko jedna rozległa naleśnikowata rodzina flankująca od zachodu i południa również naleśnikowate, ale imponujące i monumentalne Cairngormsy. Dni jednak są wciąż krótkie więc szukamy po prostu munrosów które można urwać podczas jednodniowej wycieczki, niekoniecznie wstając o czwartej rano.

Na Geal Charn idzie się z parkingu przy starym moście w Garva Bridge w środku niczego. Jadąc od południa, za Dalwhinnie należy skręcić w A899, a potem na metropolię Laggan (nie mylić z Kinloch Laggan) i dalej w single track road aż do punktu startowego.

Geal Charn i prawie całą drogę wejściową widać z początku trasy, chowa się jedynie płaski odcinek już w rejonie samego wierzchołka.

Droga z początku idzie bardzo łagodnie wznoszącym się terenem. Normalnie musi tu być typowe highlandzkie bagno ale nam się upiekło jako że błota były w większości pozamarzane. Poniżej widok na mniej więcej połowę trasy: niewidoczny parking znajduje się parę minut drogi od oświetlonego słońcem lasku. Na tym etapie największym wyzwaniem była konieczność przekroczenia potoku po zalodzonych kamieniach. 

Pogodę mieliśmy bajkową (choć było bardzo, bardzo zimno), widoczność również - z pominięciem kierunku południowego nad którym stały jakieś opary.



W środku widać grupę obejmującą munrosy Ben Aldera, Loch Laggan i Rannoch Moor: potęga która skutecznie przesłaniała większość panoramy południowego zachodu. Tym razem nie było widać Ben Nevisa. Ta gromada munrosów stanowi obecnie największą białą plamę na naszej osobistej mapie i pod tym względem zdetronizowała Glen Affric.



Poniżej natomiast, najbardziej po prawej - co prawda przy tym rozmiarze zdjęcia ledwo widoczna - grupa Creag Meagaidh z przełęczą The Window.



Ponieważ teren tak bardzo przypomina położone znacznie bardziej na południe Glen Shee, łatwo zapomnieć że jesteśmy już nie tylko całkiem daleko na północ ale i - w porównaniu - na zachód. To już wysokość Glen Shiel i szczyty Gór Kaledońskich pięknie się lansują ponad obniżeniem Great Glen. Mojej radości nie było końca kiedy wypatrzyłam charakterystyczną piramidkę Sgurr na Ciche:



Jeszcze co do trasy. Po wpomnianym przekroczeniu potoku teren zaczyna sie spiętrzać (warto trzymać się dość wyraźnej ścieżki żeby nie wleźć w bagno) aż do finalnego wypłaszczenia wyprowadzającego na plaskaty wierzchołek. Wszystkiego 6-6,5 km w jedną stronę.



Poniżej masyw Cairngormsów. Tegoroczna zima jest szokująca. Gdzie jak gdzie ale w Cairngormsach śnieg zawsze był i to na masę, co roku ludzie giną tam w lawinach (nie żebym się cieszyła z tego tragicznego faktu ale uświadamia powagę warunków śniegowych) a tym razem - proszę spojrzeć:



Ponieważ munros jest jak wspomniałam plaskaty wybraliśmy się jakieś pięćset metrów na wschód żeby obejrzeć sobie kocioł opadający do Glen Markie. Faktycznie jest piękny i trochę zrehabilitował w moich oczach tę górę.





Góry poniżej przypominają przeklęte przez bogów Mullardoch Munros ale pewności nie mam - może to być również Strathfarrar Four. Albo w ogóle coś innego ;P



Te dwa szczyciki na horyzoncie to znowuż wypisz wymaluj Lurg Mhor i Bidein a'Choire Sheasgaich, ale założyć bym się nie zakładała.



Ten pagór to jednakowoż z pewnością Ben Wyvis!



Powrót - tą samą drogą. Walkhighlands podaje że trasa liczy sobie 12,5 kilometra.

Geal Charn, co widać aż nadto, nie jest munrosem spektakularnym pod żadnym względem (no dobra, ma kocioł, ale takich kotłów w Highlandzie jest jak meszek w torridońskich krzaczorach). Dla nie-baggerów taki sobie cel. Dla mnie, mimo wszystko, kolejne fantastyczne doświadczenie. Odkrywanie nowych zakątków, oglądanie tych samych rzeczy z nowej perspektywy, zgadywanki a czasem spory co właściwie widać, a potem ślęczenie nad mapą - to jest to co sprawia że wracam w Highland kiedy tylko jest możliwość, pomimo iż rzadko kiedy mam czas na późniejszą porządną regenerację.

 


czwartek, 01 grudnia 2016

 

Nr 201, Beinn Mhanach

Wymowa: bin wanah

Znaczenie nazwy: monk's hill (za wikipedią)

Wysokość: 953m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 211.

Data wejścia: 26.11.16

 

 

Jadąc z Tyndrum na północ ciężko przeoczyć spektakularny widok na piramidę Beinn Doraina o południowych zboczach opadających w malowniczą dolinę Auch Glen, którą przecina wiadukt kolejowy. Widok highlandzki z tych najbardziej klasycznych. Gdzie w tym wszystkim Beinn Mhanach? Ano, jest to taka sobie kopka na trzecim planie widoczna w głębi wspomnianej doliny. 

Zjechaliśmy kawałek w kierunku Auch Estate (jest znak) i zaparkowaliśmy na skraju mijanki dla ciężarówek. Kiedy miniemy Estate ta sama droga będzie nas prowadziła już do końca, więc problemów z nawigacją być nie powinno, przynajmniej zanim rozpocznie się włażenie do góry.

Poranek:

Wiadukty są dwa. Linia kolejowa ciągnie się dalej przez Rannoch Moor (przez środek którego nie ma żadnej drogi, A82 jedynie ścina skrawek), by przez z kolei Glen Spean osiągnąć Fort William, a potem Mallaig. Mariusz kiedyś się tak przejechał do FW, ja jeszcze nigdy.

Masyw Beinn Mhanach wygląda jak cycki ewentualnie wypięta dupa składa się bowiem z dwóch kop połączonych płytką przełęczą. Bliższa kopa to Beinn a'Chuirn która munrosem nie jest, ma bowiem tylko 923m n.p.m.

W dolinie jedynym problemem był potok Kinglass, który meandruje niczym Mississipi i trzeba było go przekraczać około ośmiu razy. Nalało mi się do butów i pierwsze wyjście tej zimy zaliczyłam na mokro, co w skarpach jeszcze mi się nie zdarzyło :/

Poniżej wyłaniający się w tle Ben Lui:

Przez Auch Glen idzie się poza tym przyjemnie, teren wznosi się prawie niezauważalnie ale jednak widać, że zyskujemy wysokość. 

Beinn Dorain (nasz pierwszy munro!) i Beinn an Dothaidh:

Na Beinn Mhanachu ścieżek próżno szukać. Poszliśmy tak jak nakazywała logika: po osiągnięciu sporego żlebu którym spływał strumień, zaczęliśmy włazić jego prawym ograniczeniem. A dalej to już tak jak było najwygodniej ze względu na ukształtowanie terenu oraz oblodzenia.

Osobiście zawsze fascynował mnie korbet Beinn nan Fuaran (kopulasty szczyt na zdjęciu), o którym zresztą przez długi czas sądziłam iż to właśnie jest Beinn Mhanach. Niestety sam Beinn Mhanach niczym się nie wyróżnia jeśli chodzi o linie.

Zbliżenie na Ben Lui, jedną z moich ulubionych gór chociaż byłam tam tylko raz:

W tle Beinn Dorain, z którego niczego nie widzieliśmy a mimo to wycieczka utwierdziła nas w postanowieniu że będziemy eksplorować Highland:

Jak widać, trochę śniegu było. Póki co niewiele i mokry, przepadający, trochę lodu. 

Zbliżenie na Koronę czyli Cruachana z satelitami. To góra na którą trzeba będzie jeszcze wejść, tylko tym razem zamiast trawersu całej podkowy zaliczyć przedwierzchołek po prawej.

Kiedy zbocze zaczyna się kłaść oznacza to że jesteśmy blisko szczytu. Może i Beinn Mhanach jest wyjątkową kapustą ale widoki z niego są zacne. Tu w centrum widać grupę Lawersa:

Tu natomiast Ben Nevisa i The Mamores (czy jest w Highlandzie jakiś munros z którego nie widać Ben Nevisa?):

A poniżej Shiechallion i sąsiadujące z nim, a niedawno przez nas zaliczone munrosy.

Podziwiać można było także Rannoch Moor, grupę Ben Aldera, wypatrzyłam nawet Drumochtery chociaż to naprawdę była sztuka bo ciężko o większe naleśniki. 

Uwielbiam światło o tej porze roku.

Zeszliśmy w drugą stronę, w dolinkę pomiędzy Beinn a'Chuirn a wspólne zbocza Beinn Achaladaira i Beinn an Dothaidh, od pewnego momentu drogą która zbiega do Auch Glen. Ścięliśmy w ten sposób nieco odległości tak że powrotny marsz doliną był nieco krótszy niż rano.

Wycieczka była przyjemna ale odczułam ją jako pewne obniżenie standardów - pomijając Mount Keen które miało być pojedyncze żeby dobić do numeru 200, ostatnimi czasy robiliśmy raczej trzy- i czteromunrosówki. Oczywiście narzekam dla sportu bo wybór trasy był gruntownie przemyślany i odpowiedni na obecne krótkie dni. 


piątek, 04 listopada 2016

 

Nr 200, Mount Keen

Wymowa i znaczenie nazwy: angielskie

Wysokość: 939m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 235.

Data wejścia: 29.10.16

 

Mount Keen "wybrał się" sam, bo na jubileuszowego munrosa mieliśmy jechać na Gulvaina ale okazało się że na zachodzie będzie paskudnie a na wschodzie okno pogodowe. 

Góra ta nie powiem żeby mnie kiedykolwiek fascynowała (szczególnie odkąd przeczytałam że zdobywano ją na rowerze), ale na pewno interesowała, jako najbardziej wysunięty na wschód munros i potencjalnie ciekawy punkt widokowy.

Wybraliśmy najdłuższą ale też jakoby najładniejszą opcję dojściową, przez Glen Tanar. Z B976/968 w Bridge of Ess należy skręcić w single track road, u której końca jest parking skąd zaczyna się trasa.

Glen Tanar na swoją opinię zapracowało chyba dzięki pięknym iglastym starodrzewom, teraz na jesieni szczególnie widowiskowym (złociste modrzewie!). Niestety zdjęcia z tego etapu wycieczki wyszły za słabo żeby je wrzucać, coś się musiało poprzestawiać w aparacie.

Kiedy mijamy drewnianą budę "Half-way Hut" oanacza to że za chwilę wyjdziemy z lasu i że przed nami faktycznie połowa drogi tyle że po wrzosowiskach. Gdzieś na tym etapie Mount Keen wreszcie się odsłania. Muszę powiedzieć że munros zaskoczył mnie dość pozytywnie, bo spodziewałam się placka w rodzaju cairngormskiego Mullach Clach a'Bhlair a dostałam owszem dość kapuścianą ale jednak górę. Nie najwyższy punkt płaskowyżu lecz - łagodny bo łagodny - ale suwerenny szczyt.

Za widocznym poniżej mostkiem rozpoczyna się podchodzenie - wcześniej aż do tego momentu idziemy po prawie płaskim terenie.

Na wierzchołek wyprowadza taka bardziej autostrada:

Widoki mnie nieco rozcarowały, nie stroną estetyczną tylko tym że ciężko mi było cokolwiek konkretnego wypatrzeć. Bryła nieodległego Lochnagaru była w zasadzie jedynym ewidentnym znajomym punktem. Cairngormsy były w chmurach, a reszta kapuścianego płaskowyżu Mounth z tej odległości nie pozwalała się rozeznać w szczegółach. Wydawało mi się że na horyzoncie widzę morze, ale nie byłam w 100% przekonana.

Glen Tanar:

Szczytowe na munrosie który - jaki by nie był - okazał się dla nas kamieniem milowym rozpoczynając trzecią setkę:

A taki widok (w interpretacji Pam Carter albo JOLOMO) mogłabym mieć na ścianie:

Na wierzchołku nie siedzieliśmy długo ponieważ trasa liczy ponad 13 km w jedną stronę a ja miałam na drugi dzień pobudkę do pracy. Powrót oczywiście tą samą drogą. Muszę przyznać że na wysokości Half-way Hut zaczęłam czuć w nogach przebytą odległość a dalej było już tylko gorzej. Na drugi dzień zaś chodziło mi się znacznie słabiej niż po poprzedniej czteromunrosowej wycieczce. Rozum nie jest w stanie tego ogarnąć.

Poniżej jedno z dwóch zdjęć na  których udało się oddać cudowną szkocką jesień:

Wycieczka nie była spektakularna ale bardzo przyjemna, w fajnym towarzystwie (pozdro Janek i do następnego razu!), samo Mount Keen okazało się fajniejsze niż się spodziewałam. Uważam że numer dwieście odhaczyliśmy w ładnym stylu.

 


poniedziałek, 03 października 2016

 

Nr 196, Geal Charn; nr 197, A'Mharconaich; nr 198, Beinn Udlamainnr 199, Sgairneach Mhor

Wymowa: gel karn; a warkonah; ben udlaman; skarnah wor

Znaczenie nazwy: white peak; place of the horse; gloomy hill; big scree (za MunroMagic)

Wysokość: 917 m n.p.m.; 975 m n.p.m.; 1011 m n.p.m.; 991 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 279.; 179.; 119.; 155.

Data wejścia: 2.10.16

 

Do osiągnięcia numeru 200 zostało nam po ostatniej wycieczce pięć munrosów. Piątka od jednego machu to sporo, poza tym nie mamy raczej takich tras w zasięgu jednodniowej wycieczki - postanowiliśmy zastępczo ogarnąć jakąś czwórkę żeby na kolejnej wycieczce już na sto procent można było celebrować dwójkę z przodu.

Drumochtery flankują Drumochter Pass, szczelinę w płaskowyżach która od najdawniejszych czasów używana była do przeprawiania się z południa na północ. Dlatego biegnie nią zarówno bardzo ruchliwa A9 jak i linia kolejowa. Od kolejnego słabego punktu którym można było poprowadzić drogę (A93 przez Glen Shee) dzieli ją lotem wrony 51 km (odległość pomiędzy Drumochter Pass a Cairnwell Pass). 

Po zachodniej stronie A9 znajdują się cztery munrosy, po wschodniej trzy. Zachodnie postanowiliśmy ogarnąć za jednym razem zgodnie z sugestią McNeisha (Walkhighlands proponuje rozbić tę trasę na dwie wycieczki). Start z parkingu obok B&B Balsporran Cottages. Po przekroczeniu torów droga zaczyna się wspinać na łagodne ramię pierwszego munro, Geal Charn. Dla takich poranków uwielbiam jesień:

Widać parking, B&B oraz linię kolejową. Sezon porannych przymrozków został niniejszym oficjalnie otwarty.

Drumochtery mają słabą prasę - zarówno u McNeisha jak i SMC są opisane jako wyjątkowo nudne i pozbawione charakteru pagóry. Nie bardzo rozumiem dlaczego, ponieważ pod tym względem absolutnie nie odbiegają na niekorzyść od wielu innych szkockich gór w tej części kraju, chociażby płaskowyżu Mounth czy totalnie plaskatego Monadhliath. Tak to po prostu w tym zakątku Highlandu wygląda i wszak nie dla adrenaliny się tam chodzi. 

A'Mharconaich

Atutem Drumochterów jest bezpornie ich centralne położenie. Widać z nich (co częściowo pokażą fotki) zarówno Cairngormsy z przyległościami jak i munrosy Glen Lyon/Rannoch Wall, leżącą po sądziedzku grupę Aldera, a nawet fragmenty Glencoe i Grey Corries.

To co z podejścia na Geal Charn wydaje się być wierzchołkiem jest dopiero początkiem grzbietu wyprowadzającego na widoczny poniżej szczyt. W krajobrazie do końca będa dominowały Loch Ericht oraz monumentalna grupa Ben Aldera, jednego z trudniej dostępnych munrosów (ze względu na zakamuflowanie głęboko w dziczy gdzie trzeba się dostać z buta).

Daleko za jeziorem widoczne są munrosy Rannoch Wall a trójkącik który wyłania się po lewej to Meall Ghaordaidh:

The Grey Corries:

A tu Ericht Estate. Jeśli ktoś ma plus minus pięć tysięcy funtów do wydania na tydzień, to mają nawet kryty basen i lądowisko dla prywatnych helikopterów. 

Przewyższenia pomiędzy munrosami są na tej trasie umiarkowane, nachylenie terenu łagodne. Poniżej grzbiet wyprowadzający na szczyt A'Mharconaich.

Najciekawiej - bo raz że blisko, a dwa że dzięki charakterystycznym kształtom są łatwe do identyfikacji - prezentują się murosy Glen Lyon plus Shiechallion (poniżej):

Ben Lawers i satelity:

Niestety większość Glencoe, The Mamores oraz Nevis Range jest zasłonięta mamucimi bryłami munrosów z grupy Ben Aldera.

Aczkolwiek z najwyższego z Drumochterów, Beinn Udlamain, udało się dostrzec sam czubek Ben Nevisa!! 

Najdłuższe podejścia są na pierwszego i drugiego munrosa. Kolejne dwa zdobywa się już spacerowo.

Buachaille Etive Mor oraz masyw Bideana nam Bian z podejścia na Sgairneach Mhor:

Ze Sgairneach Mhor należy jeszcze "tylko" dojść do Balsporran Cottages - biały domek można dostrzec w centrum zdjęcia.

Niżej grunt zrobił się paskudnie bagnisty, a ścieżka niemal znikła. Przy widoczności nie jest to problem, należy po prostu kierować się na most na Allt Coire Dhomhain za którym zaczyna się już konkretna droga. Nią kontynuujemy pomiędzy pomniejszymi wzniesieniami określanymi malowniczo (i nie do końca formalnie) jako Boar of Badenoch oraz Sow of Atholl, przechodzimy pod torami oraz wychodzimy na biegnące wzdłuż A9 resztki starej wojskowej drogi która obecnie służy jako ścieżka rowerowa. Nią do parkingu jest jeszcze ok. 5,5 kilometra.

Poniższa tablica zaznacza początek administracyjnego, nie geograficznego, rejonu Highlands. Czego tu nie ma. Jest i wiernie odwzorowany kontur Aonach Eagach, i błękitny loch a nawet Nessie, chyba na wczasach bo gdzie Aonach Eagach a gdzie Loch Ness. 

Drumochtery okazały się bardzo sympatycznym i widokowym celem. Dzięki zrobieniu tej trasy dobiliśmy do 199 munrosów więc na kolejną wycieczkę wybierzemy jakąś pojedynczą górę, żeby godnie świętować rozpoczęcie ostatniej setki.

PS. Wiem że ostatnio odpuściłam z mapkami - postaram się wrzucić niedługo wszystkie których brakuje. 


poniedziałek, 05 września 2016

 

Nr 192, Carn Gorm; nr 193, Meall Garbh; nr 194, Cairn Mairg; nr. 195, Meall nan Aighean

Wymowa: karn gorm; mil garw; karn merg; mil nan ijan

Znaczenie nazwy: blue cairn shaped hill; rounded rough hill; cairn shaped peak of sorrow; hill of the hinds  (za MunroMagic)

Wysokość: 1029 m n.p.m.; 968 m n.p.m.; 1041 m n.p.m.; 981 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 103.; 186.; 91.; 169.

Data wejścia: 2.9.16

W tym bliskim domu rejonie została nam już tylko garstka munrosów. Na początku łażenia, kiedy jeszcze nie planowaliśmy że skompletujemy wszystkie, jeździliśmy po prostu głównie tam gdzie było blisko. Nieliczne niedobitki obecnie zostawiamy na krókie jesienne i zimowe dni acz wiadomo było że dla tej konkretnej trasy zrobimy wyjątek - cztery munrosy to jednak cztery munrosy i potrzeba nieco więcej czasu, nawet pomimo iż tura liczy sobie zaledwie 18 km.

Owa czwórka znajduje się w Glen Lyon dokładnie pomiędzy grupą Lawersa a Shiechallionem. Start z miejscowości Invervar. Polecam zapoznać się z info dotyczącym polowań na jelenie (sprawa musi być poważna, skoro ktoś pofatygował się włożyć nam ulotkę za wycieraczkę): >>LINK<<.

Samochód można zostawić na malutkim parkingu po południowej stronie drogi. Potem mijamy budkę telefoniczną i skręcamy w prawo by przejść przez bramę. Kontynuujemy wzdłuż potoku. Niestety na tym fragmencie odbywają się teraz prace leśne przez co kawałek jest dość nieprzyjemny i męczący do przejścia oraz jeździ tam ciężki sprzęt. Alternatywną opcją jest nasza trasa zejściowa (choć jak możecie przeczytać w notce o polowaniach z nie do końca jasnych dla mnie przyczyn zalecane jest pokonywanie tej trasy zgodnie z ruchem wskazówek zegara). Po przejściu przez teren robót należy przeprawić się przez strumień po metalowym mostku a dalej już bez komplikacji wyraźna ścieżka wyprowadza na ramię pierwszego munrosa, Carn Gorma. Nie bardzo jest gdzie i jak się rozchodzić, od razu uderzamy do góry.

Ramię jest długie i przechodzimy przez kilka fałszywych wierzchołków. Poniżej widok z tego podejścia na wierzchołki Carn Mairg i Meall nan Aighean:

Na tym etapie pogodę mieliśmy dość paskudną. Cóż, nie pierwsze to i nie ostanie takie zdjęcie szczytowe. BBC zapowiadało jednak poprawę pogody z biegiem dnia i tej nadziei się trzymaliśmy.

Droga na munrosa numer dwa. Pomniejszy szczycik An Sgorr można zupełnie strawersować co też uczyniliśmy bo przy tak nędznej widoczności włażenie nań nie miało sensu.

Najgorzej jest wejść na pierwszego munrosa, potem jest już aż do ostatniego naprawdę łatwo. Przewyższenia są niewielkie i dużo płaskiego. Ścieżka jest na tyle wyraźna by nie zgubić drogi we mgle.

Na Meall Garbh, czyli jakie realia taki Żelazny Tron plus bonusowy Shiechallion w tle:

Tym razem Shiechallion po lewej. Była to nasza pierwsza wycieczka gdzie testowaliśmy chodzenie w rakach. Udało mi się wtedy założyć je - nie kłamię - zębami do tyłu, co Mariusz z regularnościa zegarka wypomina mi do dzisiaj i zapewne będzie wypominał już do końca życia. Jak ten dziadek z Syberii, co podczas posiłku znienacka wali babcię w łeb drewnianą łyżką - "Bo jak se przypomnę, żem jak cię brał toś dziewicą nie była"...

Po prawej z kolei widnieje wierzchołek Cairn Mairg.

Tuż przed osiągnięciem Cairn Mairg pogoda zaczęła się poprawiać w piorunującym tempie, zresztą zgodnie z prognozami BBC. I do końca dnia miało już być tylko lepiej.

Szczyt - ponownie wszędobyslki Shiechallion kradnie show.

Żadna z gór zdeptanych tego dnia nie jest charakterna, w ogóle munrosy w tym rejonie (south-eastern highlands) są bardzo mało spektakularne. A jednak ich nagromadzenie, dzikość terenu nie aż tak zaawansowana jak na Północy ale jak na sąsiedztwo Pasa Centralnego zadziwiająca, wreszcie mnogość lasów - to wszystko składa się na piękny klimat.

Droga na Meall nan Aighean:

Oraz spojrzenie z jego szczytu na Cairn Mairg. Dawno już nie byłam tak relatywnie świeża na czwartym zdobytym z rzędu munrosie. Przez świeżość należy oczywiście rozumieć zachowaną wolę życia, resztki energii oraz poczucie że jednak nie umrze się podczas zejścia, a nie kondycję skarpet.

Na południu widać fragment Loch Tay.

Tu z grubsza cała trasa, widać trzy zdeptane munros a my jesteśmy na czwartym:

Mariusz nie mógł się dość napstrykać żeby zrekompensować sobie widokową biedę z początku wycieczki.

Po lewej w tle Meall Ghaordaidh. Po prawej Carn Gorm - widać że to jednak jest całkiem niezła wyrypa żeby się na niego wbić:

Meall Greigh i Ben Lawers. Na Lawersa, dziesiątego na liście munrosów, który oglądany na żywo od strony Glen Lyon rozwala kubaturą, trzeba będzie jeszcze wejść. Nie mieliśmy z niego bowiem żadnych widoków.

Glen Lyon w wieczornym świetle wyglądała przecudownie, wynagradzając nam mizerię pogodową z przedpołudnia.

Z niższego wierzchołka Meall nan Aighean schodzi się charakterystycznym ramieniem. W pewnym momencie należy opuścić drogę na rzecz słabo widocznej myśliwskiej ścieżki (nie umiem sprecyzować kiedy dokładnie, może Mariusz wytłumaczy w komentarzach). Sprowadza ona, łagodnie i malowniczo trawersując (rozkosz dla kolan) do drogi już za terenem leśnych robót. który tak nas umęczył z rana. Moment wyjścia na drogę - gdyby ktoś wolał tym wariantem wchodzić - widać na zdjęciu. Ścieżka jak już się na nią wejdzie jest wyraźna, ale na tym początkowym odcinku trudno ją wypatrzeć z drogi ze względu na wybujałe paprocie.

Jak na czteromunrosówkę wyprawa okazała się relatywnie lekka - to tylko 18 km acz podejście na Carn Gorma może dać popalić.

Jeszcze raz przypominam o przeczytaniu info o deer stalking. Czy się zastosujecie to wasz wybór ale niech będzie świadomy.


 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34