statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
poniedziałek, 16 września 2013

Nr 121, A'Chralaig i nr 122, Mullach Fraoch-choire

Wymowa: a kralah; mulah fruah kori

Znaczenie nazwy: the basket;  summit of the heathery corrie (za MunroMagic)

Wysokość: 1120m n.p.m.; 1102m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 33.; 49.

Data wejścia: 14.09.13


Te dwa munrosy zdobywa się z Glen Shiel, choć Mullach leży już właściwie w Glen Affric. Parkujemy trochę przed Cluanie Inn. Góry są wysokie ale przynajmniej nie startujemy z poziomu morza, a z ok. 250m n.p.m. 

To zachodnie wybrzeże - góry mają tu znacznie więcej charakteru niż ich naleśnikowate rodzeństwo z centrum kraju, może nie ma tu wiele skały ale wierzchołki są kształtne i strzeliste, granie gdzieniegdzie wąskie, płaskowyżów brak. Ponadto szczyty Glen Shiel są łatwo dostępne gdyż doliną biegnie A87. Z Glen Affric jest pod tym względem ciężej.

Na A'Chralaig Walkinhighlands zaleca wchodzić ramieniem opadającym na parking. My weszliśmy kawałek w dolinę licząc że po zboczach będzie biegła na szczyt jakaś ścieżka, ale że żadnej nie znaleźliśmy, zaczęliśmy wchodzić tak jak było nam najwygodniej z uwagi na rzeźbę terenu. Podchodzenie było średnio przyjemne: mokra wysoka trawa oraz zbocze które nie chciało się skończyć.




Wszystkim nam ulżyło kiedy w końcu osiągnęliśmy grań. Z miejsca na które wyszliśmy na szczyt było jedynie krótkie podejście. Mogliśmy też po raz pierwszy obejrzeć sobie nasz cel nr. 2, Mullacha Fraoch-choire:


Wreszcie mieliśmy widoki na drugą stronę, na Gleann na Ciche oraz Glen Affric z jej jeziorem. Praktycznie ostatnia tegoroczna szansa żeby obejrzeć sobie ten krajobraz w zieleni. Trawy zaczynają już rudzieć.



Jako że miałam jeszcze sporo energii, musiałam zdobyć szczyt pierwsza :D


A także wejść na najwyższy punkt ;D


Jak widać na Mullacha nie jest daleko, choć po drodze będziemy przechodzić przez jeszcze jedną górę, Stob Coire na Craileig (to ten szczycik w słońcu). Choć ma 1008m n.p.m. nie jest munrosem ze względu na zbyt małą wybitność.


Z A'Chralaig schodzimy miejscami kamienistą granią - przyjemny odcinek, idzie ekspresowo, a widoki powalają. Najciekawiej wyglądał fragment przed szczytem Mullacha, wąska grańka z licznymi turniczkami:


Pogoda była w kratkę, chmury przychodziły i odchodziły, pokapywał deszcz. W niczym nie odbierało to jednak uroku krajobrazowi, powiedziałabym wręcz że wprost przeciwnie:


Schodzić mieliśmy ścieżką opadającą z przełęczy pomiędzy Stob Coire na Craileig a Mullachem, co oznaczało że grańkę będziemy przechodzić dwukrotnie. Zaczęła się niewinnie:





Niestety jak to bywa przyszedł moment który mi się nie spodobał. Chodzi o powyższego pinakla. Na górze trzeba wykonać jeden średnio trudny eksponowany manewr i cofnęłam się, pokonana obustronną ekspozycją. Trochę jak krótszy Rohacki Koń. W jakimś stopniu usprawiedliwia mnie fakt że moje wysłużone braschery mocno się na tej skale ślizgały. Ale w gruncie rzeczy nie przeszłam tego bo nie musiałam, taka prawda :( Chłopaki nie mieli problemów.

Tak to miejsce wyglądało - zdjęcie robione w dół - niby tylko kilka ruchów, ale...


Dalej podobno było już bezproblemowo:


Ja natomiast po cofnięciu się wpadłam na genialny pomysł schodzenia z grani prosto na omijankę, po bardzo stromych mokrych trawach. Po kilku metrach kiedy tylko złapanie się kamienia uratowało mnie przed pojechaniem na dupie pacnęłam się w głowę i (nie bez pewnych akrobacji) zdjęłam spodnie przeciwdeszczowe, które działały jak folia albo jabłuszko pod tyłkiem. Gdybym faktycznie na nich pojechała, zatrzymałabym się pewnie dopiero w Gleann na Ciche. Już bez większych problemów zsunęłam się na ścieżkę - poniżej widać jak wracam nią na grań:


Po drodze był jeszcze jeden grzebień skalny. Mariusz wspiął się na niego po czym kazał nam go ominąć ze względu na eksponowany i wymagający podciągnięcia się kawałek na górze.


Za grzebieniem pozostał już tylko króciutki odcinek na szczyt.


Para która szła za nami na zdjęciu przymierza się do przejścia feralnego pinakla. Oni jednak także się wycofali.


Pogoda z biegiem dnia robiła się coraz lepsza i kiedy wyszliśmy na szczyt zdążyła się już ustalić. Pięknie było. Cudny, dziki, tajemniczy rejon, jeden z ciekawszych w Szkocji. Fajnie że mamy tu jeszcze tyle munrosów do zdeptania.




Na ten kopiec nie weszłam, bo był luźny :P Ale dotknęłam, więc się liczy ;P


Zejście z przełęczy było... mokre. Trzeba było się trochę nagimnastykować żeby nie przemoczyć butów (mnie się to nie do końca udało). Na dole to samo: klasyczne highlandzkie całoroczne pół-bagno. Nie mogliśmy się doczekać kiedy wątła ścieżka przejdzie w utwardzaną drogę i nie będzie trzeba skakać z kępy na kępę żeby ocalić buty.

Trasa liczy ok. 14 km i nie jest bardzo męcząca z wyjątkiem tego pierwszego podejścia. Ponieważ scrambling jest w pełni opcjonalny wycieczka nadaje się polecenia każdemu. Bardzo mi się podobało i mam nadzieję na w miarę szybki powrót w ten rejon. Korci mnie też żeby coś tu zdeptać zimą - cóż to musi być za widok, te wszystkie piękne góry w śniegu.
 
No i w porównaniu z Walią jaki niesamowity spokój: spotkaliśmy tylko dwie osoby, z daleka widzieliśmy kolejne dwie. Rozumiem że te akurat dwa munrosy nie są aż tak oczywistym celem jak Ben Nevis, ale pamiętam wycieczkę sprzed lat na najsłynniejsze w tym rejonie The Saddle: również dwie czy trzy osoby. Rok temu na Pięciu Siostrach nieco więcej (lampa!) ale nadal żaden tłum. Można odetchnąć od ludzi, co zwłaszcza w takiej scenerii jest bezcenne.


niedziela, 15 września 2013

Po rozgrzewce na Tryfanie postanowiliśmy przejść lokalną klasykę, the Snowdon Horseshoe. Masyw Snowdona wywarł na mnie duże wrażenie. Jest wielki: rozległy i mocno rozgałęziony, wysyłający macki grani we wszystkich kierunkach. Na Snowdona można zatem wejść na bardzo wiele sposobów (samych turystycznych ścieżek naliczyłam 8), a nawet wjechać kolejką. Choć góra nie jest wysoka (1085m n.p.m.) sprawia wrażenie konkretu i niewątpliwie zasługuje na swoją popularność. W Highlandzie podobnie przytłaczające wrażenie wywierają na mnie the Mamores oglądane z Kinlochleven albo Nevis Range spod pomnika komandosów.

Nasza trasa miała prowadzić następująco: wspin na grań Crib Goch - odcinek granią - za podejście na Garnedd Ugain - finalny atak na wierzchołek Snowdona - powrót przez Y Lliwedd:



Przyznam że miałam pietra przed granią Crib Goch, ponieważ nie lubię obustronnej ekspozycji, co udowodniłam chociażby na Lodowym Koniu. Z drugiej strony był to wg wszystkich przewodników łatwy scrambling, w skali angielskiej jedynkowy (na 3. Skala szkocka jest bardziej szczegółowa: ma pięć poziomów, więc angielska jedynka to byłaby chyba zarówno nasza jedynka jak i dwójka).
Start z malowniczej przełęczy Pen-y-Pass położonej na 360m n.p.m. Jest tu hostel i kafejka oraz parking, za który zdzierają jak za zboże: 10 funtów!

Pass of Llanberis i przebiegająca przez nią A4086 z początku trasy:

Image Hosted by ImageShack.us

Crib Goch aka Czerwony Grzebień to góra po prawej (widok z Pen-y-Pass), czyli samo gęste mamy zaraz na starcie. Z przełęczy idziemy kamiennym chodnikiem by na ramieniu góry dojść do rozstaju szlaków: w lewo odchodzi tu Pyg Track, czyli lokalna ceprostrada, najłatwiejsza i najbardziej popularna trasa na Snowdona, a w prawo ścieżka podchodząca pod zbocza Grzebienia.

Image Hosted by ImageShack.us

Podejście na Crib Goch skojarzyło nam się mocno z Zawratem, a konkretnie z początkowym odcinkiem podejścia, przed łańcuchami, ewentualnie z kawałkiem pod Kazalnicą przed klamrami. Skała cudnie rzeźbiona, lita, wiele wariantów wejścia. 

Image Hosted by ImageShack.us

Ten fragment to raczej szkocka dwójka, ponieważ ręce zdecydowanie były potrzebne:

Image Hosted by ImageShack.us

Pogoda była nieco denerwująca. Wiatr się wzmagał i przywiewał chmury, momentami podmuchy były całkiem mocne i miałam wizje jakaż to wichura rozpęta się na grani - a potrafi, nie raz i nie dwa wiatr mnie przewracał albo skądś spychał. Na wierzchołku okazało się że jednak nie jest tak źle.

Image Hosted by ImageShack.us

Grań okazała się znacznie mniej przerażająca niż to sobie wyobrażałam. Przede wszystkim lufy w rozumieniu tatrzańskim tam nie ma. Po jednej stronie owszem (nie pion ale konkret), ale po drugiej jest zaledwie strome zbocze. Crib Goch opisywana jest w przewodnikach jako dosłownie ostrze noża, i może się taka wydawać w lokalnych warunkach, ale kto chociażby widział (już nawet nie przechodził) ostrą tatrzańską grań tego to określenie raczej by rozśmieszyło. Nie chcę brzmieć protekcjonalnie: tak jak było bardzo mi odpowiadało ponieważ do śmigania po tych ostrych się średnio nadaję. Niemniej z tym "ostrzem noża" trochę pojechali po bandzie.

Image Hosted by ImageShack.us

Można iść górą, można po lewej stronie, wedle upodobania:

Image Hosted by ImageShack.us

To wielkie w tle to sam Snowdon - 163m wyższy od Grzebienia.

Image Hosted by ImageShack.us

Tu dobrze widać iż grań faktycznie jest dość wąska ale kąt nachylenia zbocza po prawej stronie nieco psuje efekt:

Image Hosted by ImageShack.us

Grzebień finiszuje w trzech pinaklach, które na pierwszy rzut oka wyglądają trochę przerażająco. Tymczasem dwa pierwsze bez najmniejszych problemów trawersuje się od lewej (trochę ścieżki, trochę łatwego scramblingu):

Image Hosted by ImageShack.us

Ostatni pinakiel wygląda jakby ktoś skopiował go i wkleił z Aonach Eagach. Na tego dla odmiany wchodzi się od prawej. Za plecami jest trochę lufy ale trudność techniczna żadna, włazi się po pięknych półach, z mnóstwem chwytów i stopni.

Image Hosted by ImageShack.us

Za tym odcinkiem okazuje się, że to już... Grzebień jest króciutki. Miłośnicy używania czterech kończyn nie powinni jednak czuć się rozczarowani. Za płytką przełęczą rozpoczyna się podejście na przedwierzchołek Snowdona, Garnedd Ugain, na którego prowadzi grańka Crib-y-Ddysgl. Nie jest tak efektownie wąska jak Crib Goch i spokojnie można ją strawersować, ale fajniej jest wbijać skałą:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Rzut oka za siebie na pinakle Crib Goch:

Image Hosted by ImageShack.us

Wierzchołek Snowdona:

Image Hosted by ImageShack.us

Tu natomiast widać końcówkę Pyg Track. Jedyną zaletą tej trasy zdaje się być to że jest krótka, jako że również wychodzi z Pen-y-Pass. 

Image Hosted by ImageShack.us

Na kolejkę czekaliśmy ponad kwadrans - Mariusz był zdeterminowany ją obfotografować. Niby fajna rzecz, ale generuje straszne tłumy na szczycie.

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejka wywozi praktycznie na sam wierzchołek. W stacji znajduje się bar i sklep. I znów, niby fajnie, ale klimat totalnie jak na Kasprowym. 
Na szczycie nie zabawiliśmy długo, był dosłownie oblepiony ludźmi. Odzwyczaiłam się już od tłumów w górach. 

Crib Goch ze Snowdona:

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz Y Lliwedd, piękna góra przez którą prowadziła nasza trasa zejściowa:

Image Hosted by ImageShack.us

Na pierwszy rzut oka, jak dla mnie, Tatry Zachodnie pełną gębą:

Image Hosted by ImageShack.us

Ostatnie ujęcie Czerwonego Grzebienia - knife-edged czy nie, to był niezwykle malowniczy odcinek drogi. 

Image Hosted by ImageShack.us

Zejście było niesamowicie zerodowane i parę razy mało brakowało a wywinęłabym kozła na piargu. Na szczęście nie jest długie. 

Na Y Lliwedd można wchodzić lekko scramblingowo (jak już to już ;P), należy w tym celu trzymać się blisko krawędzi:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na opadających do dna podkowy krzesanicach wypatrzyliśmy wspinaczy:

Image Hosted by ImageShack.us

Obniżając się z wierzchołka Y Lliwedd warto jak najdłużej trzymać się grani. Na zdjęciu poniżej widok z tejże na Blwch a Sathenau, czyli szerokie siodło pomiędzy Y Lliwedd i Snowdonem, gdzie jakoby pochowany jest olbrzym którego zaciukał król Artur.  

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

W dół sprowadza ścieżka która na dole przechodzi w nieomal autostradę i na Pen-Y-Pass dochodzimy nie musząc patrzeć pod nogi.

Trasa jest przefantastyczna i polecam ją z całym przekonaniem, zwłaszcza wejście przez Crib Goch. Osobie z prawdziwym lękiem wysokości mogłoby być ciężko ale przeciętny cykor spokojnie przejdzie. Długość drogi to zaledwie 10,5 km. W piękny dzień, marzenie. W kafejce na Pen-y-Pass rano można zjeść śniadanie a po powrocie się odświeżyć, słowem francja-elegancja. Gdyby ktoś preferował jednak alternatywę, to choć ekspertem po tym jedynym pobycie nie jestem, wiem jedno - wszystko tylko nie zawalony ludźmi Pyg Track. Wariantów jest tak dużo że na pewno da radę wybrać jakiś ciekawszy.


Ponieważ w Highlandzie nastąpiło załamanie pogody, postanowiliśmy wybrać się w odwrotnym kierunku. Walia chodziła nam po głowach od dawna.
Nasze pierwsze wrażenia z dalekiego południa były takie, że jest tu niesamowicie dużo drzew. Taki Sutherland albo Hebrydy są praktycznie bezdrzewne. Zupełnie inny typ krajobrazu, bardziej kojarzący się z polskimi górami.
No a właśnie, góry - piękne. Z rzeźbą i z charakterem. Może nie do końca Czarne Cuilliny, ale i zdecydowanie nie Drumochtery. Jeśli już to Tatry Zachodnie w wersji bonsai, takie porównanie momentami aż się narzucało.

Kilka fotek z uroczego Llanberis - bardzo przyjemne miasteczko, dobrze zaopatrzone sklepy outdoroowe i jest gdzie dobrze i tanio zjeść:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Na pierwszy ogień poszedł Tryfan, śliczna i kształtna miniaturowa góra (917,5 metra, czyli łapała by się na munrosa, ale otoczona przez wyższych sąsiadów jest taka właśnie... Drobna i skowyrna ;)). Zdecydowaliśmy się na trasę przez North Ridge, łatwą i najbardziej popularną lecz w przeciwieństwie do alternatywnej "ceprostrady" pozwalającą przypomnieć sobie, czym jest scrambling.
Start z drogi A5, z parkingu nad jeziorem Ogwen. Parking pierwszy, jeśli jedziemy ze wschodu, a ostatni gdy od strony przeciwnej.

Z parkingu drogą wzdłuż kamiennego murku. Gdy droga murek przekracza by odbić w prawo, my kontynuujemy w lewo. Teraz będzie należało wbić się na grań. Nie jest to grań w rozumieniu tatrzańskim, raczej skaliste ramię. Ścieżek lud wydeptał multum, ludzie wchodzą różnymi wariantami. Nie jestem w stanie dokładnie opisać drogi tak jak my ją wybieraliśmy, mogę jedynie udzielić kilku rad:
- nie wbijać się na ramię za wcześnie, bo na Milestone Buttress można się pięknie zapchać - to już impreza wspinaczkowa. Ocenić teren, patrzeć czy na skale są ślady raków, i generalnie napierać z głową. Wspomniałam o zapchaniu, ale można też i na odwrót, zrezygnować z bardzo fajnych scramblingów, o co łatwo jeśli będzie się szło tylko ścieżką. Generalnie, gdy po ominięciu Milestone Buttress zauważymy po prawej jakieś ROZSĄDNE opcje, wbijać się.
Teren w dolnych partiach to takie nie to, ni sio, trochę skały a trochę trawek:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Trochę mi to przypominało Curved Ridge - tzn. tam jest lita skała, konkret i trochę lufy, ale klimat, zbocza, droga w dole...

Image Hosted by ImageShack.us

To powyżej to kopuła szczytowa, i tam już scrambling nie jest opcjonalny. Wierzchołka nie widać, od najwyższego widocznego punktu dzieli go płytka przełęcz.

Image Hosted by ImageShack.us

Ten głaz to słynna Armata (the Cannon). To że przechodziliśmy koło niego dowiodło iż znajdowaliśmy się na dobrej drodze, gdyż wszystkie opisy North Ridge o nim wspominają.

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz Mariusz w klasycznym ujęciu. Podobne zdjęcie mają w swoich albumach tysiące brytyjskich górołazów:

Image Hosted by ImageShack.us

Za Armatą jeszcze króciutka wspinaczka, i wychodzimy na wypłaszczenie pod kopułą szczytową. Fajne miejsce na odpoczynek.

Image Hosted by ImageShack.us

Mama koza i koźlęta też mają relaks:

Image Hosted by ImageShack.us

Scrambling w partiach szczytowych to najfajniejszy etap trasy. Możliwości jest trochę, stopnie trudności różne. Drogę którą wybrałam mogę w najcięższych miejscach przyrównać do momentów na Kościelcu, czyli dupy nie urywa, ale dla mnie w sam raz ;D Jak widać skała jest znakomicie urzeźbiona. Jak zawsze, nie należy ufać jej na 100% ale generalnie nie jest zbyt zerodowana, na chwytach można (w granicach rozsądku) polegać.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Krajobraz jest niewiele mniej dziki niż w Szkocji. To park narodowy, więc odbiega klimatem od sielskiego, totalnie zagospodarowanego Lake District.

Image Hosted by ImageShack.us

Na wierzchołku Tryfana znajdują się dwa głazy, Adam i Ewa. Wejść nie jest tak prosto, lecz każdy szanujący się zdobywca musi je zaliczyć. Ja pozostawiam tego typu zadania Mariuszowi, który spełnia je z entuzjazmem. Zresztą ktoś musi w takich chwilach stać za obiektywem.

Image Hosted by ImageShack.us

Tu jeszcze finalne momenty przed-szczytowania:

Image Hosted by ImageShack.us

Wierzchołek - jak widać, bardzo popularny cel (choć zawsze może być gorzej, o czym przekonaliśmy się następnego dnia).

Image Hosted by ImageShack.us

Biedy Mariusz musiał skakać pięć razy, zanim udało mi się uchwycić moment lotu :D

Image Hosted by ImageShack.us

W ogóle z tym Tryfanem to była śmieszna sprawa. Rano pogoda była taka sobie, chmury nisko, mgły itp. Zdecydowaliśmy że ta trasa jest tak krótka iż możemy ją przejść nawet po południu, spokojnie pojechaliśmy do Llanberis na śniadanie, pojeździliśmy po okolicy (ogólnie relaks). Około południa zgodnie z prognozami rozpogodziło się, więc wyszliśmy na szlak po 12 i czasu bez problemu wystarczyło na dojście, podelektowanie się widokami ze szczytu oraz zejście, a nawet późniejsze zakupy i konsumpcję piwa. W góry naprawdę nie zawsze warto się zrywać skoro świt.

Image Hosted by ImageShack.us

Jedynym minusem późnego wyjścia był fakt iż nie daliśmy rady kontynuować na Glyder Fach, choć wejście wyglądało obiecująco (fotka poniżej). Nadrobimy to zapewne następnym razem.

Image Hosted by ImageShack.us

Ze szczytu rumowiskami zeszliśmy na przełęcz, a stamtąd już sprowadza ścieżka, w dolnej partii wręcz chodnik. Zejście nie jest długie. Z samego dołu pięknie widać całą trasę wejścia, w górnej części zdjęcia lansuje się Armata:

Image Hosted by ImageShack.us

I cała North Ridge, z Milestone Buttress na pierwszym planie.

Image Hosted by ImageShack.us

Trasa jest bardzo przyjemna, ponieważ pomimo braku hardkorów (tzn. jak ktoś się uprze, to i takie sobie znajdzie) pozwala na użycie rąk i nóg i pogimnastykowanie się trochę. O krótkości wspomniałam. Jest też opcja wydłużenia drogi i przejścia całej podkowy przez sąsiedni szczyt Glyder Fach, znów z elementami scramblingu. W razie załamania się pogody wycof jest jak najbardziej możliwy praktycznie z każdego miejsca.

Pierwsze spotkanie z Walią wypadło bardzo obiecująco, a takie atrakcje jak zdumiewająca pogoda oraz znacznie mniejsza niż w Highlandzie ilość midgesów tylko umocniły nas w przekonaniu, iż trzeba tu wrócić. Tymczasem mieliśmy jeszcze jedną wycieczkę w planach - ale o tym w kolejnej notce.




poniedziałek, 09 września 2013

Górsko nam ten czas na Północy nie wyszedł, ale przynajmniej zobaczyliśmy nowy zakątek Highlandu.

Z Ullapool popłynęliśmy na Hebrydy Zewnętrzne, a konkretnie na Lewis. Lewis i Harris to jedna wyspa. Patrząc na mapę może się wydawać (tak na logikę) że Harris to ta dolna, mniejsza część poniżej przesmyku, ale nie jest tak. Mniej więcej połowa zielonego na północ od przesmyku to też Harris, tyle że North. Podział jest historyczny i w terenie widać że nie do końca bez sensu, ponieważ upraszczając nieco Harris jest górzysta a Lewis płaskawa.

Image Hosted by ImageShack.us

Tak wygląda część północna na której - w Stornoway - wylądowaliśmy:

Image Hosted by ImageShack.us

O L&H wiedzieliśmy niewiele - głównie to iż język gaelic jest tu wciąż żywy i przez część mieszkańców używany jako pierwszy, choć wszyscy znają angielski. Przejrzałam też pobieżnie jakiś przewodnik żeby zorientować się czego na pewno nie powinniśmy przegapić. Generalnie jednak byliśmy zdecydowani iść na żywioł, bo na wyspie mieliśmy spędzić tylko jedną dobę i bardziej chodziło o to żeby liznąć klimatu i zobaczyć czy warto tu wrócić na dłużej.

Sam rejs promem był świetną atrakcją, choć pogoda dopisała średnio. Najważniejsze jednak że kiedy wypływaliśmy, trochę było widać góry: szczyty Sutherlandu i An Teallacha. 

Poniżej Stac Pollaidh z wystającym mu zza pleców Cul Mor oraz wychylającym się nieśmiało Cul Beag:

Image Hosted by ImageShack.us

Płynęliśmy 2h 45min. Pierwszy widok Stornoway:

Image Hosted by ImageShack.us

Miasto okazało się większe niż się spodziewaliśmy, sporo rozleglejsze niż Portree na Skye. Tak na pierwszy rzut oka mieszkańcom nie brakuje niczego poza porządnym sklepem outdoorowym. Turystów znacznie mniej niż w Portree, ale czuć że jest tu życie.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

I jak to w UK: nieważne że jesteś na totalnej, surowej, posępnej Północy, na relatywnym zadupiu, w enklawie kultury gaelic. Bez palmy się nie liczy! Trudno o lepszą ilustrację określenia "kwiatek do kożucha".

Image Hosted by ImageShack.us

Zamek sobie odpuściliśmy ponieważ znacznie bardziej pociągał nas interior wyspy. 
Za początkowy cel obraliśmy Calanais Standing Stones, chyba największą atrakcję. Calanais zaznaczyłam na mapie czerwonym krzyżykiem. 
Sama podróż była przeżyciem - pierwszy raz na Hebrydach Zewnętrznych! Jak tylko wyjechaliśmy ze Stornoway zaczął się inny świat: płaskie, bezdrzewne pustkowie. Klasyka :D Na południu majaczyły wzgórza North Harris.

Image Hosted by ImageShack.us

Do kamieni wstęp jest wolny oraz nieograniczony czasowo. W pobliskim visitor centre można niedrogo zjeść oraz zaopatrzyć się w, jak określa to Mariusz, "śmieci dla turystów". To tam kupiłam książkę sprzed dwóch notek.
O samych kamieniach wiem tyle, iż zaczęto jest ustawiać circa 3000 lat przed Chrystusem i że pełniły rolę kalendarza księżycowego. W sumie tak naprawdę wiadomo o nich niewiele więcej.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Chciałabym tam jeszcze raz pojechać ale tak wycyrklować żeby nie było ludzi (czyli pewnie w środku nocy). Miejsce jest potencjalnie klimatyczne tylko trzeba się mocno postarać żeby ten klimat poczuć będąc w stadzie. 

Po kamulcach ruszyliśmy do Carloway aka Carlabhagh, obejrzeć Blackhouse Village. Już w tej okolicy uderzyło nas - a potem było tylko lepiej - jak niesamowicie zaludniona jest ta wyspa. Wg wiki żyje tam ok. 21 k mieszkańców (dane sprzed dwóch lat), oczywiście większość w stolicy ale wybrzeże jest również całkiem gęsto oblepione osadami.

Ach i faktycznie słyszeliśmy ludzi rozmawiających między sobą w gaelic! Ba, niektórzy mówili po angielsku z dziwacznym akcentem, jakby nie byli przyzwyczajeni do komunikowania się w tym języku.

Blackhouse Village to zrekonstruowana osada z domami urządzonymi tak, jak ludzie żyli na Hebrydach jeszcze do niedawna (egzemplarz "Stornoway Gazette" wyeksponowany w jednym z domów ma datę 1955).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Z tymi łóżkami był jeden problem: były niesamowicie krótkie. Ja mogłabym na takim spać wyłącznie w pozycji embrionalnej a mierzę nie jakoś ekstremalnie dużo, bo 173 cm. Czyli taki przeciętny hebrydzki chłop w dawniejszych czasach musiał mieć metr sześćdziesiąt w kapeluszu, nie ma przebacz. W sumie nic dziwnego patrząc jak ograniczoną musieli mieć dietę.

Image Hosted by ImageShack.us

Z Carloway ruszyliśmy na północ do Port Nis. Tu na wybrzeżu jest miejscowość za miejscowością. Osada docelowa wyróżnia się spośród reszty wyspy  ilością posługujących się gaelic - ponad 90% - oraz malowniczym malutkim portem:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Kolor wody przy brzegu jest niesamowity:

Image Hosted by ImageShack.us

Ponieważ robiło się późnawo a my nie mieliśmy koncepcji gdzie dzisiaj śpimy zakończyliśmy aktywne zwiedzanie i po szybkich zakupach w Stornoway pomknęliśmy na południe, planując rozbić namiot gdzieś w górach. Tu już plener miał więcej pazura:

Image Hosted by ImageShack.us

Ostatecznie przejechaliśmy przez Tarbert (mała acz i tak druga co do wielkości miejscowość, z której następnego dnia mieliśmy odpływać) i już na Harris zaczęliśmy się rozglądać za dobrym miejscem. Krajobraz do złudzenia przypomina tu Sutherland, okolice Lochinver: teren pofałdowany w same maleńkie górki. Od razu poczuliśmy się jeszcze bardziej swojsko.  

Niestety próba rozłożenia namiotu zakończyła się złamaniem jednego z kijków dlatego zmuszeni byliśmy poszukać jednak hostelu. I znaleźliśmy - w miejscowości Drinisiadar. Wieczór mogłam więc sfiniszować na wygodnej kanapie delektując się nową książką o St Kildzie. Szkoda że nie mieliśmy więcej czasu by poeksplorować Harris, bo to przez co przejeżdżaliśmy ogromnie nam się podobało. 

Rano wypłynęliśmy zgodnie z planem. Udało nam się nawet załatwić kwestię złamanego kijka - Mariusz znalazł (tak po prawdzie to nie musiał jakoś intensywnie szukać) w Tarbert sklepo-warsztat jakby żywcem przeniesiony z połowy ubiegłego wieku, gdzie pan z wykręconym akcentem sprzedał mu za grosze metalową tulejkę. Fajny klimat :)

Na pewno jeszcze wrócimy na tę wyspę, tym razem na dłużej i bardziej koncentrując się na dzikiej Harris. Okazało się że owszem, warto - i już nie mogę się doczekać tego następnego razu. Może jeszcze w tym roku?

Na deser fotka z Portree do którego zawinęliśmy z nadzieją urobienia czegoś na Skye (płonną albowiem pogoda załamała się totalnie i trzeba było machnąć ręką):

Image Hosted by ImageShack.us

Mimo to urlop nie był górsko zupełnie stracony, ale o tym w kolejnych notkach.

niedziela, 08 września 2013

Nr 120, Beinn Dearg

Wymowa: bin dierek

Znaczenie nazwy: red hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1084m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 57.

Data wejścia: 27.08.13

Munrosy o imieniu Beinn Dearg są dwa. Tym razem postanowiliśmy zdobyć ten koło Ullapool. W planach była trasa na niego oraz dwóch sąsiadów o statusie munro ale okoliczności je zweryfikowały.

Góry w okolicy Ullapool mieliśmy jak dotąd mało ruszone, ponieważ to jednak jest wyprawa. Bardzo się cieszyłam na ten wypad będąc ciekawa zwłaszcza widoków na Daleką Północ. Prognozy były z gatunku na dwoje babka wróżyła, więc mieliśmy prawo mieć nadzieję że nie będzie totalnej kaszany. Wieczór przed wycieczką tylko zaostrzył nasze apetyty: 

Beinn Dearg to ten kopulasty szczyt w słońcu, drugi z planowanych munrosów jest po jego lewej stronie a trzeciego nie widać.

Rano nad górami stały ciemne chmurzyska, ale że było w miarę ciepło i bezwietrznie postanowiliśmy że zaryzykujemy. Start z parkingu w Inverlael położonego przy drodze A836, jakieś piętnaście minut samochodem na południe od Ullapool. Parking jest charakterystyczny ponieważ stoi na nim budka telefoniczna.

Początek trasy prowadzi lasem a ścieżek jest tam cała plątanina, więc należy zdecydowanie wspomóc się mapą. Generalnie cały czas wędrujemy wzdłuż River Lael, raz przekraczając ją po mostku. Szliśmy tamtędy wciąż pełni optymizmu, licząc że pogoda się poprawi i ciesząc malowniczym otoczeniem- zaczął się sezon na wrzosy :) 

Image Hosted by ImageShack.us

Po wyjściu z lasu ścieżka kontynuuje wzdłuż rzeki. Dolina robi się coraz głębsza więc nie idziemy już jej dnem, a trawersujemy zbocze. Ścieżka wznosi się nadzwyczaj łagodnie (to lubię!), ale tak powolne nabieranie wysokości przekłada się na długość trasy - ponad 10 km w jedną stronę.

O tym nieco ponad 5-kilometrowym trawersie nie jestem niestety w stanie za wiele powiedzieć. Tuż po wyjściu z lasu ogarnęła nas chmura. W tych warunkach nasza widoczność ograniczała się do rzeki w dole oraz przeciwległego zbocza. Nawet i tego udokumentować się nie dało, gdyż zaczęło padać. Parliśmy do góry pomimo iż nie miałam spodni przeciwdeszczowych, zdeterminowani jednak COŚ zaliczyć - ale uczciwie przyznam że miny wydłużały się nam z każdym kolejnym mililitrem wody chlupiącym w butach.

Kiedy po prawej pojawia się staw, to znak że szlak zaraz nieco wystromieje, by zygzakami wyprowadzić na równię pomiędzy trzema docelowymi munrosami (długość odcinka staw - równia to ok. półtora kilosa). Stamtąd właśnie się je atakuje, za każdym razem schodząc w to samo miejsce. Zadanie tylko z pozoru karkołomne, równia leży na wysokości ok. 800m n.p.m. 

Do tego momentu zdążyliśmy już podjąć decyzję iż zdobywamy tylko jednego munrosa, tak ze względu na przemoczenie jak i na fakt że szkoda nam było potencjalnie widowiskowej trasy na tak paskudny dzień. Wydawało się iż najlepszym pomysłem byłby atak na Meall nan Ceapraichean - najkrótsze podejście, szybko zgubiliśmy jednak ścieżkę a na czuja się w tej mgle nie dało. Zdecydowaliśmy że ciśniemy na Beinn Dearga - dość znany munros, najwyższy w okolicy, ściecha na niego musiała by być ewidentna. No i faktycznie, okazała się znacznie trudniejsza do stracenia z oczu. Ponadto zboczem biegnie kamienny murek wzdłuż którego można się w razie braku widoczności posuwać. 

Kiedy teren się położył wiedzieliśmy że znajdujemy się już w rejonie szczytu. Ponieważ jest on rozległy istniało ryzyko że będziemy się po nim nie wiadomo ile błąkać zanim zlokalizujemy wierzchołek, a ścieżka była tu słabo widoczna. Pomógł pojedynczy kopczyk, drugi zaś ułożyliśmy sami. Beinn Dearg został zatem zdobyty, choć równie dobrze mogłam się tam znaleźć o północy, a pewnie wtedy widziałabym przynajmniej oświetlone Ullapool.

Image Hosted by ImageShack.us

Wracaliśmy tą samą drogą czyli w sumie zrobiliśmy trochę ponad 21 km. Deszcz lał bez przerwy więc dokumentowanie trasy nie tylko nie miało sensu, ale było niemożliwe ze względu na aparat. Przemoczyło nas oboje po całości, łącznie z bielizną. Kolejny dowód na to że nie ma czegoś takiego jak nieprzemakalna membrana. Spodnie i skarpety mogłam post factum wręcz wyżymać. 

Na szczęście na odcinku leśnym lać przestało to i parę zdjęć można było zrobić florze, która o tej porze roku (wrzosy!!!) przybiera nieziemskie kolory:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Trasę poniekąd powtórzymy zdobywając dwa munrosy które tym razem opuściliśmy, i jestem zdeterminowana zrobić to tym razem przy pewnej pogodzie, tak że wszystko przed nami. Nawiasem był to ciekawy kontrast po poprzedniej wycieczce na Sliocha, gdzie żar lał się z nieba. Mogłabym spuentować że jak nie urok to wiadomo co, ale w gruncie rzeczy oba wyjścia mi się podobały - jak mawiali starożytni, no pain no gain :D



niedziela, 01 września 2013

Z tegorocznych wakacji na Północy, podczas których po raz pierwszy zahaczyliśmy o Hebrydy Zewnętrzne, przywiozłam taką oto książkę:


O St Kildzie nigdy przedtem nie słyszałam (albo nie pamiętałam, co na jedno wychodzi), ale zaintrygował mnie podtytuł. Pomyślałam, że przeczytam wstęp żeby zobaczyć o co chodzi... I wsiąkłam. 

St Kilda to maleńki archipelag położony 64 km od najbliższego lądu, to jest wyspy Uist. cztery większe i trochę mniejszych wysepek; kilkaset hektarów skały, gdzie nie rośnie ani jedno drzewo, bezbronnej wobec żywiołów, dostępu do której bronią wysokie klify. W tym skrajnie niegościnnym środowisku od wieków żyli jednak ludzie. Społeczność zawsze oscylowała pomiędzy 100 a 200 mieszkańców, których codziennym zajęciem był po prostu survival, co biorąc pod uwagę przerąbaną lokalizację nietrudno sobie wyobrazić. Miejscowi, których językiem był specyficzny ze względu na izolację dialekt gaelic, z narażeniem życia polowali na klifach archipelagu na morskie ptaki, stanowiące podstawę ich diety - to pozwalało im przeżyć, jako że na St Kildzie mało co jest w stanie wyrosnąć. Jakkolwiek nigdy nie byli całkowicie odcięci od świata, kontakty z resztą Szkocji były sporadyczne. Społeczność St Kildy żyła według całkowicie własnych zasad, np. nie posługując się w ogóle pieniędzmi, bo choć idea była im oczywiście znana, w warunkach w jakich żyli była abstrakcją. Dzielono się tu wszystkim - nie ze względu na altruizm, a pragmatyzm: tylko współpraca i wzajemne wspieranie się zapewniało przetrwanie grupie. 

Im częstsze stawały się kontakty z mainlandem, tym bardziej jasne było, że tak dalej być nie może. Świat szedł do przodu, St Kilda trwała w miejscu. Mieszkańcy mieli świadomość jak ekstremalnie twarde życie wiodą w porównaniu do współplemieńców z innych części kraju. Nadal, było to jedyne życie, jakie znali.

Zwiększająca się częstotliwość kontaktu z szerokim światem, choroby - tężec dziecięcy oraz grypa która zdziesiątkowała populację, wreszcie chęć zapewnienia dzieciom lepszego losu - słowem, cały splot okoliczności zdecydował o wysłaniu przez St Kildańczyków petycji do rządu odnośnie ewakuowania ich na mainland i zapewnieniu pomocy na starcie. Był rok 1930.

Steel szczegółowo opisuje codzienne życie wyspiarzy, a wymagało ono umiejętności których nie powstydził by się Bear Grylls. Dowiadujemy się, jak misjonarze z lądu kształtowali ich religijność, a można się domyśleć że mieszkańcy kawałka targanej wichrem skały na Atlantyku byli dość podatni na nauki o gniewie bożym. Dowiadujemy się o ewakuacji która, choć konieczna, była dla tych ludzi dramatem. Który bynajmniej nie skończył się w momencie gdy wylądowali w porcie w Oban. Dla wielu z nich on dopiero się zaczął.

Historia jest fascynująca i pięknie napisana, choć nie wszystkie rozdziały były dla mnie równie interesujące, nie winię jednak autora, a tematykę. Tym co mnie interesowało byli ludzie, ich przeżycia i historie przed i po ewakuacji, zwłaszcza po. Oraz oczywiście samo życie na wyspie -  z naszego punktu widzenia niewyobrażalne - a jednak nadal nie wiem, czy bardziej bym je pokochała czy znienawidziła, i rozumiem dlaczego dla St Kildańczyków opuszczenie domu, choć dobrowolne, było wtedy oraz pozostało tragedią.

Że lektura nie górska? Za to highlandzko - celtycka zdecydowanie. Nie znalazłam informacji o przekładzie, ale polecam - jedna z tych historii które powodują ciarki na plecach.