statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
wtorek, 22 września 2009

Nr 46, Angel's Peak (aka Sgor an Lochain Uaine) i nr 47, Braeriach

Wymowa: wersji gaelic - skyr an lochan uin; brea-riach (akcent na drugą sylabę)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the little green loch; grey upper part

Wysokość: 1258m n.p.m.; 1296m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 5.; 3.

Data wejścia: 19.09.09


Bardzo, ale to bardzo podoba mi się początek opisu tej trasy w Scotland's Mountain Ridges: This is the journey into a heart of darkness (...) :DDD

Fakt, aby zaliczyć któregokolwiek z czterech munros wznoszącym się nad niesamowitym systemem kotłów nad doliną Lairig Ghru, trzeba pokonać konkretną odległość od cywilizacji, i to obojętnie od której strony idziemy. Jest to samo serce Cairngormsów, tu znajdują się najwyższe punkty, jedne z najwspanialszych kotłów, oraz najgłębsza i najdłuższa dolina, dzieląca na dwoje całą tę grupę górską.


Nasza pętla liczyła sobie 29 km i końcówka powrotu odbywała się już po ciemku.

Zanim znajdziemy się w dolinie, czeka nas jeszcze długi marsz (info o parkingu i dokładnym przebiegu trasy będzie na mapce).



Pierwszym spektakularnym miejscem na trasie jest Chalamain Gap - wąski wąwóz wyścielony złomami skalnymi, długi na jakieś 300m. Po deszczu niezbyt sympatyczne miejsce.



Po wyjściu z wąwozu po raz pierwszy ukazuje się Braeriach. Wyraźną ścieżką , nieco w dół, maszerujemy do rozwidlenia dróg. Prawa odnoga wspina się na Braeriach i to nią będziemy schodzić. Teraz kierujemy się w lewo, dnem Lairig Ghru.
Dolina na początkowym odcinku wygląda jak z kosmosu, jest wąska, prawie nic tu nie rośnie, nie widać żadnych śladów bytności człowieka.




Odcinek który nazwałam początkowym nie jest bynajmniej krótki, liczy sobie ładnych parę kilometrów. Na razie nie ma jeszcze żadnych spektakularnych widoków. Te odsłonią się dopiero w miejscu, gdzie dolina znacznie się rozszerza: po prawej ręce wspomniany zdumiewający system kotłów, ponad nimi wielkie plateau którego najwyższe punkty mają status munros, po lewej potężny masyw Ben Macdui, na przeciw nas - kontynuacja doliny, czyli Glen Dee (na zdjęciu poniżej).



Aczkolwiek dalsza część naszej trasy - zawieszona 300m powyżej dna doliny misa kryjąca jeziorko Lochan Uaine, znad którego wznosi się północno-wschodnia grań Angel's Peak - od momentu wyjścia z wąskiego gardła doliny była widoczna jak na dłoni, i tu, jak się okazało w praniu, do przejścia był niezły hektar. Podejście do jeziora jest niedługie, ale żmudne. Najlepiej kierować się wzdłuż wodospadu, po jego prawej stronie. Strome zbocze jest w większej części trawiaste, poprzerastane skałami i boulderkami, które jednak w większości da się omijać.
Poniżej pierwszy widok na naszą docelową grań, zdjęty z końcówki podejścia pod jezioro:



Grań ma scramblingową wycenę 2, identycznie jak Fiacaill Ridge lub Am Fasarinen Pinnacles. Po raz kolejny przekonałam się, że wyceny scramblingowe zależą od mnóstwa rzeczy, nie tylko a nawet nie głównie od trudności. Nie należy ich absolutnie odnosić do najtrudniejszego miejsca na trasie. Rolę grają omijalność trudnych miejsc, długość trasy, odległość jaką trzeba pokonać by do niej dojść. Grań którą wchodziliśmy to mniej więcej w dwóch trzecich długości kamieniste zbocze, po którym można iść z rękami w kieszeniach. Właściwy scrambling jest dopiero pod szczytem, nie ma miejsc trudnych, wariantów jest wiele, nie ma bezpośredniej lufy. Słowem, nie ta półka co dwie wcześniej wymienione trasy. Am Fasarinen zawdzięczają tak niską ocenę swojej całkowitej omijalności, Fiacaill - chyba temu, że jest króciutki i łatwo dostępny z terenów cywilizowanych. Grań na Angel's Peak jest piękna ale wyzwania nie stanowi, nawet dla mnie.





300m do góry, i stajemy na wierzchołku. Kontrast pomiędzy stromizną kotłów a łagodnością i rozległością płaskowyżu jest uderzający. Taki typ ukształtowania terenu jest spotykany w bardzo wielu miejscach Szkocji, ale w Cairngormsach osiąga swoje apogeum.



Falls of Dee

Z Anioła można się wybrać na niedaleki Cairn Toul, ale nie mieliśmy czasu na kolejnego munrosa. Wzdłuż krawędzi kotła (to ważne, jako że ścieżka momentami zupełnie niknie) powędrowaliśmy w drugą stronę, na Braeriacha. Ten odcinek również tylko na mapie wydaje się krótki. Poza tym choć to plateau, powierzchnia nie jest idealnie gładka, trzeba tu i ówdzie trochę podejść, co po tylu kilometrach już nieco męczy.



Ben Macdui i Angel's Peak

Na Braeriacha (to poniżej to jeszcze nie najwyższy punkt) kierujemy się cały czas wzdłuż kotła, wierzchołek wypada bowiem niemal przy samej krawędzi. To ważne zwłaszcza przy braku widoczności, kiedy to absolutnie nie należy zapuszczać się w głąb płaskowyżu.



Za wierzchołkiem Braeriacha (jest oznaczony kamiennym kopcem) stok się łagodnie obniża i można w oddali dostrzec Chalamain Gap. Mamy do pokonania naprawdę potężną odległość, ale mi osobiście pomaga, kiedy widzę mniej więcej punkt docelowy, nawet jeśli jest tak daleko.





Coire Bhrochain, wschodni kocioł Braeriacha

Schodzimy długim ramieniem Braeriacha, ponad doliną, aż osiągamy rozstaj ścieżek, od którego nasz szlak będzie się pokrywał z dojściowym. Na tym etapie byliśmy już mocno zmęczeni ale cisnęliśmy do oporu, nie chcąc pokonywać Chalamaina po ciemku. Udało się na ostatnią chwilę. Wąwóz przekraczaliśmy już w szarówce, wciąż jednak światła dziennego było dość. Ciemności zapadły ostatecznie kiedy byliśmy już na prostej drodze, gdzie w zupełności wystarczały latarki.

Trasa nas zauroczyła. Cairngormsy są niesamowitym miejscem, a dopiero podczas tej wycieczki mogliśmy się w pełni o tym przekonać.

Fotki: >>LINK<<
czwartek, 10 września 2009

Nasz pierwszy samodzielny udany offroad uskuteczniliśmy już po wejściu Mariusza na Mnicha, ale że nie ma on chwilowo weny, będzie niechronologicznie.

Wycieczkę odbyliśmy w towarzystwie mojego brata i jego przyjaciela - młode pokolenie zostało zarażone wirusem pozaszlakowości. Niebiosa widziały i nie zagrzmiały.

Na Wrota dla nich samych nie ma się za bardzo co pchać. Przełęcz jest wąska i niespecjalnie widokowa. Odbiliśmy w prawo, w kierunku Szpiglasowego Wierchu, początkowo ostrzem grani, a dalej to ostrzem, to - kiedy było to wygodniejsze lub bezpieczniejsze - ścieżką trawersującą zbocze od strony słowackiej.



Ścieżka na ogół nie jest trudna do wypatrzenia, czasem jednak niknie. Zbocze które trawersujemy jest bardzo strome - trudno nazwać to lufą, bo nie poleciałoby się lotem swobodnym, ale zjechać można. Nam marsz spowalniała kosmiczna ślizgawka, jako że cały czas mżyło.





Poniżej jedno z kilku miejsc, gdzie można by było ładnie zjechać:



Do pewnego momentu możliwy jest i marsz ostrzem grani, i trawersowanie. W końcu dochodzimy jednak do miejsca, gdzie strawersować po prostu trzeba. Tam właśnie ścieżka nie była z początku ewidentna, ale da się ją znaleźć, trzeba się w tym celu dość konkretnie obniżyć.



Poniżej jedyne miejsce, które w pierwszej chwili nieco nas zdeprymowało. Fota jest kiepskiej jakości bo obiektyw był mokry, ale myślę że widać o co chodzi. Po lewej (na zdjęciu prawej) był dobry spad, a kominek z góry wyglądał dosyć nieprzyjemnie - zastanawialiśmy się nawet przez chwilę, czy by nie zeskoczyć, ale na szczęście udało się normalnie zejść, ja tradycyjnie dupą do skały (dzięki ci Panie za me pajęczo długie odnóża).



Od tego miejsca już tylko kawałek na Szpiglasa. Akurat na wejście na szczyt zrobiła nam się ładna pogoda.



Ze Szpiglasowej Przełęczy wyraźną ścieżką (nie jest niezbędna, jako że prowadzi nas samo ukształtowanie terenu, ale daje do myślenia), na grań szczytową Miedzianego.



Grań jest łatwa, ale bardziej interesująca niż można by się spodziewać. Od strony Pięciu Stawów są fragmenty lufiaste, czego nigdy bym nie przypuszczała patrząc na Miedziane z dołu. Już w bezpośrednim rejonie wierzchołka grań mocno się zwęża i robi skalista - nadal bez trudności, za to miałam przyjemne skojarzenie z Carn Mor Dearg Arete. Widoki są podobne do tych ze Szpiglasa, ale ciekawsze bo jesteśmy mocno przesunięci na północny wschód, co daje unikalną perspektywę Doliny Pięciu Stawów.



Korciło nas żeby zejść przez Opalone - grań wyglądała na wąską, ale nie było widać trudności - ale chłopaki nam wcześniej odradzali trasę tamtędy ze względu na jakiś cięższy kawałek, zeszliśmy zatem tą samą drogą, do Szpiglasowej Przełęczy.



Schronisko w Piątce pod ciekawym kątem:



Grań w kierunku Opalonego:


Z przełęczy, tak jak zakładał plan, zbiegliśmy do Piątki, po czym nad Morskie Oko wróciliśmy przez Świstówkę Roztocką. Tłumy były straszliwe, a tym co mnie uderzyło był zadziwiająco duży odsetek jednostek totalnie nieprzygotowanych do wędrówek. Nie że górskich, ale outdooru w ogóle. Nie jestem fanatykiem, wiadomo że ubranie i ekwipunek za człowieka nie chodzą, i nie myślę bynajmniej o obuwiu niegórskim ale sportowym, czy dżinsach. To jest ok jeśli ktoś lubi. Moją uwagę zwracają raczej ekstrema. No więc na Świstówce napatrzyłam się na takie rzeczy, jak dziewczyna w baletkach, pan z gustowną torebką damską - żonie niósł, bo się była zmęczyła - spódnice i mocno odkryte sandały. Na jakąkolwiek aktywność outdoorową, wcale niekoniecznie górską, baletki, spódnica plus torebka na ramię są to ostatnie rzeczy, jakie przyszło by mi do głowy założyć (ok, przedostatnie, bo jeszcze obcasy). I to jest brak podstawowego myślenia, bo nie każdy musi mieć treki, ale te tenisówki czy coś podobnego to jednak wszyscy mają, ogólnie jakiś mniej lub bardziej sportowy outfit to sobie każdy skompletuje. Tymczasem część ludności woli się umartwiać. Nie ogarniam tego.

A nasza trasa, piękna :) Bardzo się podobało i nam, i młodzieży (hehe). Bez większych trudności, a te które napotkaliśmy wynikały głownie ze ślizgawicy, w ciszy, spokoju, z możliwością zobaczenia znanych miejsc w nowym ujęciu. W sumie może trzeba było spróbować zejść przez to Opalone, byłaby pętelka, ale i tak wycieczka się nadzwyczaj udała.

Tu >>LINK<< od razu fotki z powyższego oraz z Mnicha, notkę o którym wysmaży Mariusz ;)

poniedziałek, 07 września 2009

Łomnica (2632m n.p.m.) jest drugim co do wysokości szczytem Tatr, zaś Jordanka - najtrudniejszym w Tatrach szlakiem turystycznym nieznakowanym. Oczywista, że nie zdecydowałabym się tam wchodzić, gdyby nie koledzy, o wiele bardziej doświadczeni i znający trasę (gwoli precyzji, znało ją dwu z nich), którzy zabrali nas ze sobą.

Jak wspomniałam w notce podsumowującej nasz wyjazd, dzień zdobywania Łomnicy był hardkorowy już na starcie. Startowaliśmy z Terinki, a dla mnie i Mariusza miał to być ostatni ranek tam spędzony, nocować mieliśmy już zamiar gdzie indziej. Ponieważ z Łomnicy mieliśmy schodzić przez Łomnicką Przełęcz, a stamtąd do schroniska Zamkovskiego, pojawiła się kwestia, co z naszymi plecakami bazowymi. Opcje były dwie: albo olać na razie temat, i po ukończeniu trasy zapieprzać z Zamkovskiego do Terinki po nasze wory, albo znieść je na dół rano przed wycieczką i wrócić. Wybraliśmy możliwość drugą, zapewniając sobie niezłą rozgrzewkę przed podchodzeniem właściwym.

Trasa rozpoczyna się niewinnie, w pierwszym żlebie mamy dwójkowy scrambling.



Bardzo szybko pojawiają się pierwsze miejsca lufiaste. Na razie nie jest trudno, ale z półki widocznej poniżej można było elegancko polecieć.



W prawym górnym rogu szczyt Łomnicy:



Za wspomnianą półką jest wypłaszczenie - moment relaksu - po czym zaczynamy się wspinać lewą stroną głębokiego żlebu. To wciąż scrambling, ale już konkretniejszy. Mariusz musiał mi niemal cały czas podawać rękę - na ile to kwestia mojego cykora a na ile słabych umiejętności, trudno mi ocenić. Pewnie pół na pół. Wszyscy inni radzili sobie normalnie - po prostu... szli.





Ponieważ na drodze stanął nam ogromny płat śniegu, trzeba było uderzać w lewo po skałach. I znów: chłopaki weszli bezproblemowo, nawet jeśli musieli się gdzieniegdzie zastanowić. Ja nie bardzo umiałam sobie wyobrazić jak mam się tam wbić. Znów, nie potrafię powiedzieć na ile rozłożył mnie strach, a na ile faktycznie byłam słaba.



Widząc, że nie wyperswadują mi wejścia, Maciek założył stanowisko i rzucił linę. W pierwszej chwili ulżyło mi ogromnie - pamiętałam, jak dobrze szło mi z asekuracją na Curved Ridge - w następnej jednak cykor napłynął nową falą. W miejscu, którym miałam wchodzić, były chwyty ale nie było stopni. Lina liną, ale lina za człowieka nie wejdzie - ok, dzięki niej nie zabiłabym się, ale to w niczym nie poprawiało moich fizycznych możliwości wbicia się na górę. Nie mam na tyle silnych rąk żeby się podciągać - a z zaufaniem tarciu wciąż mam problemy.

Skończyło się tak, że Mariusz wypiął się i mnie wyciągnął pionowo do góry, za jedną rękę, jak tę nieszczęsną owcę kilka notek wstecz.



W tamtej chwili w ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jeśli byśmy polecieli to nasz ciężar mógłby wyrwać stanowisko (ja wciąż przecież byłam przypięta) i pociągnąć resztę w dół.

Po tym niefajnym miejscu należało trawersować głęboką rysę - stopnie i chwyty były mikre, ogólnie trochę słaby kawałek, przynajmniej dla mnie, rozdygotanej i upokorzonej tym, co się właśnie stało. Ten odcinek również przeszłam za rękę z Mariuszem. Nie próbowałam nawet samodzielnie, moja psychika w tym momencie przypominała bowiem rozgotowany haggis (dla tych co nie znają: w dużym uproszczeniu jest to szkocka kaszanka).

Po przejściu rysy łatwym, ale pierońsko kruchym zboczem wbiliśmy się na Klimkową Przełęcz - od tej pory mieliśmy już iść z grubsza granią.







Grań mocno mnie zdeprymowała. Tak już mam z lufiastymi graniówkami i nie potrafię tego przemóc. Przy czym lufiastość nie musi oznaczać pionowych klifów po obu stronach. Na wąskiej graniówce naprawdę niewiele mi potrzeba, by poczuć się niepewnie.



Poniżej turniczka, która w pierwszej chwili mnie przeraziła. Samo wejście nie wyglądało na arcyciężkie, ale mój mózg uparcie nie chciał wyłączyć ekspozycji po bokach. Na Orlej jakoś udawało mi się wejść w tryb "nie widzę lufy", tu jednak było dużo trudniej. Weszłam, i faktycznie technicznie było łatwo, ale co się nanarzekałam i najęczałam, to moje ;P



Dalej następuje kawałek jeszcze póki co bez żelaza, po grani lub trawersując ją, na przemian w górę i w dół.



Wreszcie podobno najtrudniejsze miejsce trasy, tj dwójkowe. Tu chłopaki założyli poręczówkę. Mnie osobiście dużo gorsze wydało się to pierwsze niefortunne wejście, tam gdzie Mariusz mnie wciągał. Tam nie miałam w ogóle koncepcji, co zrobić. Tu należało po prostu dać dużego kroka.





Powyżej zaczęły się łańcuchy. Stromizna była dużo większa niż na Orlej, ale generalnie z łańcuchem to wiadomo - nawet jak stopnie są minimalne, to ten chwyt masz i jakoś wejdziesz. A że dodatkowo się w nie wpinałam, bardzo dobrze robiło mi to na psychikę.



Lufa też nieporównywalnie większa niż na OP.







No i wreszcie słynny komin Franza. Prawdopodobnie dlatego, iż wiedziałam że jestem blisko celu i skoro tyle przeszłam, to już raczej się nie wysypię, ale jakoś bardzo mnie nie przeraził. Pomógł też fakt że komin jest strasznie ożelaziony - mamy do dypozycji, oprócz klamer i platform, dwa równolegle zwisające łańcuchy - jest się czego złapać, jest gdzie postawić nogę.



Za Franzem jeszcze kilka łańcuchów, i ostatni łatwy kawałek do szczytu. Przygotujcie się, że będziecie stanowić atrakcyjne widowisko dla tych, którzy wjechali kolejką.



Zejście do Łomnickiej Przełęczy w swej ołańcuchowanej górnej partii przypomina stromsze odcinki OP. Tamtędy wiedzie trasa najpopularniejsza, ta opisana w przewodniku Nyki. Łańcuchy pokonywałam, przyznam, w tempie raczej ślimaczym, głównie z powodu paskudnego bólu kolan, który zresztą utrzymywał się ze zmiennym natężeniem do końca wyjazdu. Podejrzewam, że zawdzięczam go mojej nadmiernej skłonności do schodzenia dupą do skały, nawet w miejscach, gdzie nie jest to wskazane.



Poniżej łańcuchów jest bezproblemowo, nie licząc kruszyzny. Gdyby moje kolana mogły wydawać dźwięki, na tym odcinku by wyły.



Po zejściu na przełęcz zjechaliśmy wyciągiem do Łomnickiego Stawu, skąd w godzinę można zbiec do Zamkovskiego, co też uczyniliśmy. Z Zamkovskiego pobraliśmy wory i popędziliśmy na Hrebienok, gdzie udało nam się cudem złapać ostatnią kolejkę. Z tego zejścia jestem niewiele mniej dumna niż z faktu, że przeżyłam Łomnicę. Z tobołem na plecach i płonącymi kolanami dałam radę zmieścić się w czasie, jaki sobie założyliśmy. Był to też mój moment przełomowy wyjazdu - od tego dnia, choć nie był to jeszcze koniec łażenia, zaczęłam czuć się coraz bardziej zmęczona.


Jordanka jest najtrudniejszą drogą, jaką do tej pory przeszłam w górach - jak na moje obecne umiejętności, za trudną. Gdyby nie pomoc Mariusza i kolegów nie dałabym rady. Albo zleciałabym gdzieś po drodze, albo zostało by mi dzwonić po Horską Službę. Nie wierzę, że na dzień dzisiejszy przeszłabym to sama.

Opinia Mariusza jest zupełnie inna. Trasa ogromnie mu się podobała, ale nie wywarła takiego wrażenia jak na mnie. Dla niego - pomijając konieczność ustawicznego wciągania mnie - to była zajebista zabawa. Stwierdził też, że Jordankę można postawić w jednym rzędzie z Tower Ridge. Ta pierwsza jest wprawdzie dłuższa, ale na drugiej znajduje się jedno miejsce trudniejsze od jakiegokolwiek na J.

Tu moja relacja z forum: >>LINK<<. Jest dużo bardziej emocjonalna, prawem pierwszego przelania odczuć na ekran. Tu natomiast komplet fotek: >>LINK<<. Enjoy :)

środa, 02 września 2009

Szlak przez Czerwoną Ławkę jest jedną z dwu znakowanych tras w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich (drugim jest droga na Lodową Przełęcz). Podobno jeden z najtrudniejszych na Słowacji, słynący z ekspozycji. Jako że byłam już po Orlej, nie dałam się tym informacjom zastraszyć (normalnie prawdziwy ze mnie brejwhart ;D). Bardzo natomiast chciałam zweryfikować ich prawdziwość.
Plan zakładał zejście z przełęczy do Doliny Staroleśnej, oraz powrót Doliną Zimnej Wody do Terinki. Ładna pętelka, nie za długa, nie za krótka, taka w sam raz. Podobało mi się też, że trudności są na samym początku, więc nie będę jeszcze zmachana.


Po prawej stronie od przełęczy widnieje Mały Lodowy Szczyt, po lewej Spąga:



Po chodniczku przekraczamy ramię Kopy Lodowej, i po krótkim czasie napotykamy rozstaj szlaków. Zielony będzie sobie szedł na Lodową Przełęcz, my truchtamy żółtym pod ścianę.

Pod łańcuchami pierwsze zaskoczenie. To, co wydawało się z odległości niemal pionową ścianą, w rzeczywistości jest zboczem. Ok, w górnych partiach dość mocno nachylonym, ale zdecydowanie nie pionowym. Chwilę przyglądamy się zmaganiom ludzi na łańcuchach i nadchodzi zaskoczenie drugie - ułatwienia są porozwieszane nieco bezsensownie. Przede wszystkim, biegną po dość gładkim fragmencie, podczas gdy po lewej stronie mamy genialnie urzeźbiony, znacznie przyjaźniejszy teren. Mariusz zdecydował, że będziemy wchodzić po swojemu, a gdyby wyżej wystąpiły jakieś trudności, po prostu przetrawersujemy do ułatwień.



Mniej więcej cztery piąte szlaku to dość prosty scrambling. Dopiero w końcówce, kiedy zrobiło się stromiej, zaczęłam trochę cykorzyć. Mariusz zdecydował, że idzie po swojemu aż do końca, ja nie byłam pewna - mityczna lufa okazała się o wiele mniejsza niż sobie wyobrażałam, ale wystarczająca by się ładnie sturlać w razie pomyłki. Już całkiem blisko celu podjęłam decyzję, że jednak przeproszę się z łańcuchami.



Są rozmieszczone w taki sposób, że parę razy musiałam się podciągnąć, a że nie jestem w tym najlepsza, ta końcówka mnie zmęczyła. Generalnie uważam, że podejście to jest nieco trudniejsze od Zawratu, ale chodzą w tej samej wadze.



Z przełęczy można w 45 minut wleźć na Mały Lodowy, ale ja o tym nie pamiętałam, a Mariusz nie wiedział w ogóle - czy to dobrze, czy źle, nie wiem, w każdym razie poszliśmy zgodnie z planem. Tu pierwsze metry za przełęczą, łańcuchów jest tylko kilka i przydają się, bo skała jest dość gładka:



Z przełęczy chodnikiem schodzimy do pięknej i dzikiej Doliny Staroleśnej. Podobnie jak w sąsiedniej Małej Zimnej Wodzie, to są Tatry Wysokie pełną gębą: poszarpane granie, turnie i turniczki o koronkowych kształtach, ogromne piarżyska. Coś pięknego. Poniżej w centrum niesamowity Staroleśny Szczyt, a przełęcz po prawej to chyba Rohatka, ale tę widziałam dotychczas jedynie od drugiej strony więc muszę jeszcze sprawdzić:



Pośrednia Grań ma tak samo zwariowane linie z obydwu stron:



Poniżej Sławkowski Szczyt - i pomyśleć, że z chaty Zamkovskiego wygląda tak niepozornie - a w dole dach Zbójnickiej Chaty (za ich pražený syr można dać się pokroić):



Ze Zbójnickiej bardzo ładny i niestety niemiłosiernie zatłoczony szlak sprowadza w dolną część doliny. Koło Warzęchowego Stawu na skale rozpięte są łańcuchy, może na wypadek oblodzenia? Albo dlatego, że tak tam tłoczno i mnóstwo małych szkodników łazi? Naprawdę, takich tłumów jeszcze w Tatrach Słowackich nie widziałam, choć fakt, iż nawet Nyka pisze że obie Studene Doliny (Staroleśna to V'elká Studená dolina , Małej Zimnej Wody - Malá Studená dolina) są jednym z bardziej zatłoczonych miejsc po południowej stronie granicy.

Poniżej jeden z tragarzy. Szacun wielki dla tych ludzi, mój plecak bazowy ważył tego roku 13 kg i przez cały czas gdy był na moich plecach miałam wrażenie, że taszczę wór kamieni. Ci ludzie potrafią wnieść do schronisk ponad 100 kg, a wcale nie idą jakoś bardzo wolno. Straszne cyborgi, mam nadzieję że przynajmniej dobrze im płacą.



Już za połączeniem obu dolin, na szlaku do Chaty Zamkovskiego, spotkaliśmy dziewczynę-tragarza. Pakunek dźwigała mniejszy niż panowie, ale i tak byłam pod wrażeniem.



Już w Małej Zimnej Wodzie obserwowaliśmy z napięciem akcję śmigłowca w ścianie Pośredniej Grani. Trochę to trwało, ale w końcu pobrał kogoś ze ściany. Myśleliśmy, że uratowali kogoś, nawet go głowy nam nie przyszło, że tam się rozegrała tragedia - człowiek zginął, znany himalaista zresztą. Aż mnie dreszcz przeszedł, jak później dowiedziałam się, że wypadek zdarzył się po 11 - my obserwowaliśmy transport ciała po 14, więc partnerzy tego pechowca, również w pełni widoczni, siedzieli w ścianie ponad jego zwłokami prawie trzy godziny. Współczuję.



Wycieczka była - pomijając przykry akcent na końcu - nadzwyczaj udana. Przede wszystkim zwiedziłam dotychczas zupełnie mi nie znaną, a bardzo ładną, Dolinę Staroleśną. Sama Czerwona Ławka jest fajna, ale jak pisałam wcześniej, straszne opowieści dziwnej treści są przesadzone, przede wszystkim tam nie ma aż takiej ekspozycji, jest po prostu w górnej części znaczna stromizna, niemniej nie da się tego nazwać pionowym urwiskiem, jak można sobie wyobrażać po lekturze niektórych opisów. Taki dłuższy i trochę trudniejszy Zawrat, że się powtórzę. No i te nieszczęsne tłumy na całej długości pętli - w słoneczny dzień nie ma przebacz, nie da się ich uniknąć. Mimo to trasa jest zdecydowanie warta polecenia.

Zdjęcia z całego pobytu w Terince tutaj: >>LINK<<