statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
sobota, 29 września 2007

The Cobbler, czyli Szewc - znany także jako Ben Arthur (w gaelic Beinn Artair) liczy sobie 884m n.p.m., co oznacza iż łapie się do corbetts, nie do munros (ale o korbetach kiedy indziej). Położony w Alpach Arrocharskich, na zachodnim brzegu Loch Lomond, bardzo się odróżnia od swojego urodziwego, ale raczej mało spektakularnego towarzystwa. Jeżeli o Rohaczu Ostrym pisałam, że jest charakterny, to Cobbler nie dość że ma charakter, ma też świra.

Już przed Arrochar zza wału niższych gór wyłania się coś, co wygląda jak żuchwa wielkiego smoka:

Trasę rozpoczęliśmy na parkingu w Glen Croe (Visitor Centre przy drodze A83, nad Loch Long). Odchodzi stamtąd wyraźna, wygodna i dobrze oznaczona ścieżka. Nad parkingiem góruje południowy szczyt Cobblera, Arthur's Seat:

Tą przyjemną drogą idziemy nieśpiesznie około 20 minut, po czym skręcamy w las. Uwaga - leśna ścieżka na którą musimy odbić jest maleńka i łatwa do przegapienia, dlatego należy mieć oczy otwarte i oczywiście mapę.

Leśnym, wąskim i stromym szlakiem wędrujemy około 40 minut (po drodze niesamowity strumień spadający po przepięknie wyrzeźbionych płytach, plus... koszmarne błoto), by osiągnąć płaskowyż (to nie jest do końca precyzyjne określenie, ale niech już będzie), z którego już bezpośrednio wyrasta Cobbler oraz sąsiedni munro Beinn Narnain. Na wysokości tamy musimy dokonać wyboru: atakować Cobblera od tyłu, podchodząc ciągiem kolejnych garbów, czy wbijać się na przełęcz pomiędzy częścią środkową a szczytem północnym. My wybraliśmy opcję pierwszą, czyli (bo zdaję sobie sprawę, że powyższy opis brzmi jak na razie cokolwiek abstrakcyjnie) wbijanie się na górę od strony lewej.

Szczyt południowy, część środkowa z "Igiełką" (najwyższy punkt masywu), przełęcz z której schodzi szlak oraz szczyt północny

Pod Cobblera podchodzi się dość szybko, teren wznosi się łagodnie więc marsz nie jest męczący, a końcowe stromizny to zaledwie 100 metrów z hakiem. U samego podnóża góry widać już, że 90% włażenia mamy za sobą.

Szczyt południowy jest najniższy, ale najbardziej hardkorowy: piękna i dumna wieża o pionowych, skrzesanych ścianach.

W ogóle piony, przewieszki i urwiska są na Cobblerze fantastyczne:

Na szczyt południowy odważył się wejść tylko Mariusz. Próbowaliśmy wszyscy - ścieżka wchodziła na trawiastą i eksponowaną, ale szeroką galeryjkę, skąd można było zacząć się wspinać kominkami i pęknięciami. Mariusz szybko zniknął nam z oczu, po czym po jakichś trzech minutach rozległo się z góry jego wołanie - kategorycznie zabraniał mi wchodzić za nim. I tak nie bardzo miałam możliwość, ponieważ Kuba utknął nade mną w połowie ściany:P Kiedy już udało mu się zejść, zdecydowaliśmy, że na górę nie ma się co pchać bo nawet jeśli się uda, z powrotem może być kiepsko.

Mariusz zaczyna forsować ścianę, na drugim planie "Igiełka"

W międzyczasie na szczyt wchodziły jakieś typy, ktoś schodził (z asekuracją) - w ogóle ruch był tam spory jak na szkockie góry. Mariusz zszedł - co obserwowałam z napięciem - bardzo sprawnie, ale już na dole oznajmił, że droga jest trudna, parę momentów było typowo siłowych w znacznej ekspozycji, i że mogłabym nie dać rady, a przynajmniej nie tą samą trasą.

Szczyt południowy, na drugim planie Ben Lomond

Na pierwszy wierzchołek nie udało się nam z Kubą wejść, ale postanowiliśmy, że "Igiełki" (piszę w cudzysłowiu bo to nasza nazwa) sobie nie podarujemy.

"Igiełka" jest nawyższym punktem Cobblera, choć z dołu wydaje się, że wysunięte w przód pozostałe szczyty nad nią dominują.

Wejście okazało się nietrudne. Najpierw należało przejść przez okno skalne, potem atakować od prawej. Technicznie do ogarnięcia, ale ekspozycja taka, że - przyznam się - w zejściu miałam przez chwilę problem. Był tam, na samej górze, fragment gdzie właściwie najlepiej byłoby posadzić dupę i przefiknąć obie nogi na drugą stronę: manewr prosty, ale nie nad kilkudziesięciumetrową przepaścią. W końcu udało mi się przejść, ale musiałam w tym celu zrobić praktycznie szpagat, a i tak by nie wyszło gdybym była niższa i miała krótsze nogi.

Powrót przez okno skalne:

Po emocjach "Igiełki" wspięliśmy się na szczyt północny, jedyny z trzech na który droga jest łatwa i raczej bezpieczna. Co nie oznacza bynajmniej, że ta część góry jest mniej spektakularna od pozostałych - poniżej największa chyba przewieszka na Cobblerze:

Szczyt południowy, w dole Loch Long

Cobbler jest naprawdę niesamowity. Pełno głazów o dziwnych kształtach, okien skalnych, dziur (jaskiń?), nie wspominając o wszechobecnych przepaściach. Tak jakby bogowie, którzy stwarzali Arrochar Alpes ostatniego dnia zrobili bibę na okoliczność finału, i w stanie wskazującym postanowili postawić taką właśnie kropkę nad I.

Ben Donich i Beinn an Lochain - prawdopodobnie. W tym rejonie orientuję się jeszcze słabo i mogłam coś pokręcić. Oczywiście jeśli stwierdzę, że jest byk, zweryfikuję!

Beinn Narnain

Zejście z przełęczy nie nastręcza trudności. Po półgodzinie znów jesteśmy przy tamie a dalej - tą samą drogą którą wchodziliśmy, przez błotnisty las.

Cobblera polecam z całego serca, widoki, emocje i przede wszystkim świetna zabawa gwarantowane. Szlak jest krótki, mało forsowny i - pominąwszy najbardziej spektakularne fragmenty w rejonie szczytowym - łatwy. Szczyt południowy Mariusz ocenił na mocne *****, "Igiełce" daję **** przede wszystkim ze względu na ekspozycję. Wrażenia - także, a może przede wszystkim estetyczne - potężne, nawet jeśli ktoś zdecyduje się pominąć oba cięższe momenty.

Cobbler dołączył niniejszym do ścisłej czołówki moich ulubionych gór.

czwartek, 27 września 2007

W Szkocji pojęcie płaskiej powierzchni praktycznie nie istnieje. Najrówniej jest na wybrzeżach, ale i to nie wszędzie. Relatywnie płaskie jest nasze West Lothian - pagórki owszem są, ale nieduże, jakieś pojedyncze skałki, takie rzeczy. Za to południowa część kraju to wzgórza, wzgórza i wzgórza. W weekend zrobiliśmy sobie wycieczkę po Borders, regionie od północy sąsiadującym z Lothians, od południa z Anglią. Wzniesienia wcale nie są takie niskie, najwyższe mierzą ponad 800m n.p.m., a to już są wysokości highlandzkie. W tych rejonach wielkościowych sytuuje się np. Aonach Dubh.

Na tych terenach będziemy ćwiczyć zimowe łażenie po górach, chodzenie w rakach i ogólne oswojenie z tematem. Wielką zaletą jest lokalizacja: wzgórza rozpoczynają się łańcuchem Pentlandu zaledwie kilka kilometrów na południe od Livingston, a dalej... teren jest ogromny. Można poszaleć.

poniedziałek, 10 września 2007

Nr 7, Stob Dearg:

Wymowa: stob dyerek

Znaczenie nazwy: red peak, czerwony szczyt

Wysokość: 1021m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 110.

Data wejścia: 8.09.07

Nr 8, Stob na Broige:

Wymowa: stob na bruka

Znaczenie nazwy: znalazłam dwie wersje, absolutnie rozbieżne i obie brzmiące dość głupawo - lively peak bądź peak of the shoe, jeszcze poszukam; 

Wysokość: 956m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 207.

Data wejścia: 8.09.07

Grań Buachaille (czyt. bukal) Etive Mor, Wielkiego Pasterza Glen Etive, jest jakoby w pierwszej piątce najpopularniejszych celów Highlandu. Faktycznie, stopniem zatłoczenia przypomina szlaki tatrzańskie. Powody nie są trudne do odgadnięcia: położenie w Glencoe, dwa munrosy po drodze, zapewne widowiskowość (my mieliśmy pecha pod tym względem, ale biorąc pod uwagę położenie masywu, przy lepszej pogodzie wrażenia muszą być takie, że proszę siadać), wreszcie łatwość techniczna i stosunkowo niewiele podchodzenia do góry.

Szlak zaczyna się tradycyjnie koło parkingu, chyba drugiego w dolinie. Nawet jeśli się mylę, nie powinno być żadnych problemów z właściwym zlokalizowaniem go - kiedy już wypatrzymy szczyt Stob Dearg, który rozpoczyna Buachaille Etive Mor, nazwijmy w skrócie BEM...

... i zaczniemy go okrążać... 

Po lewej Stob Dearg

... wkrótce ukaże się przełęcz, na którą wspina się nasz szlak - a zaczyna się on dokładnie na parkingu.

Przełęcz jest położona na wysokości 902m. n.p.m.

Szlak jest dość stromy, dzięki czemu bardzo szybko zyskujemy wysokość. Wejście na grań zajmuje (z postojami) około godziny.

Ostatni odcinek pokonuje się po pięknie wyrzeźbionych skałach - niestety, tylko z parkingu wygląda to ciekawie, w rzeczywistości ani na trudności, ani na ekspozycję nie ma co liczyć. Cały czas idziemy po wygodnych i bezpiecznych schodkach.

Z przełęczy można się udać w obu kierunkach: na wierzchołek Stob Dearg bądź dalej wzdłuż grani. Większość turystów łączy obie opcje - Stob Dearg jest najwyższym punktem BEM, a wejście na niego zajmuje zaledwie ok. 20 min i nie jest szczególnie forsowne. Góra znajduje się u wylotów Glencoe i Glen Etive, z wierzchołka musi się zatem roztaczać wspaniały widok na obie doliny oraz cudownie posępne przestrzenie Rannoch Moor. Niestety, chmury towarzyszyły nam tego dnia permanentnie.

Końcowy odcinek tuż przed szczytem Stob Dearg to jedyne miejsce całej trasy, gdzie momentami występuje chociaż cień sugestii ekspozycji:

Po zdobyciu munrosa wróciliśmy na przełęcz i kontynuowaliśmy marsz po grani. Absolutnie nie przypomina ona Aonach Eagach, jest spłaszczona, szeroka i bezpieczna. Z początku szliśmy po płaskim, mając jednak świadomość, że przed nami jeszcze trzy znaczące wzniesienia, z czego pierwsze, Stob na Doire, jest zaledwie o 10m niższe od Stob Dearg. Widoczność była słaba, zaledwie na kilkadziesiąt metrów, więc w tej kwestii musieliśmy całkiem zaufać mapie. We mgle człowiek głupieje, więc zaniepokoiliśmy się trochę, kiedy chmury nieco się przerzedziły i tuż przed nami na moment pokazało się coś, co wyglądało jak wielka i bardzo stroma góra:

Tymczasem wejście na Stob na Doire okazało się stosunkowo łagodne, chociaż istotnie podejść kawałek trzeba było. Szczyt nie ma statusu munro ze względu na zbyt małą wybitność, ale jest drugim co do wysokości punktem trasy - 1011m n.p.m.

Były to już ostatnie momenty, kiedy przynajmniej na krótko dało się coś dostrzec poprzez mgłę.

Schodząc ze Stob na Doire zgubiliśmy szlak. Nie od razu zdaliśmy sobie z tego sprawę. Ścieżka, do szczytu wyraźna, po drugiej stronie rozmyła się, we mgle nie było widać, które z opadających z wierzchołka zboczy przechodzi w grań, a które sięgają w doliny. Schodziliśmy jakimś kosmicznie stromym żlebem, pełnym żwiru, aż w końcu M. stwierdził, że chyba złazimy do Glen Etive i musimy spróbować przetrawersować jeszcze kawałek zbocza po czym wrócić na grań, do szlaku. W tym momencie wielki szacun, ponieważ mój wewnętrzny kierunkowskaz mówił mi wyraźnie, że schodzimy na stronę dokładnie przeciwną, i również w przeciwnym kierunku powinniśmy wchodzić. Tymczasem po chwili okazało się, że M. ma 100% racji.

Przed nami wędrowało trzech miejscowych, którzy altruistycznie wysłali jednego w tył, żeby nas ogarnął i doprowadził na szlak. Też zabłądzili na wierzchołku Stob na Doire, ale mieli GPSa, kompasy i wszystko, więc kiedy zdali sobie sprawę, że poszli źle, wiedzieli dokładnie którędy dostać się na właściwą drogę.

Moje wewnętrzne poczucie kierunku było już jednak całkiem rozregulowane, i aż do końca trasy mówiło mi, że idziemy w stronę przeciwną niż powinniśmy. Ciekawe że obaj koledzy mieli tak samo, jeden M. wykazał się intuicją.

Napotkana ekipa była bardzo sympatyczna, a munrosy BEM okazały się być ich sto piętnastym i sto szesnastym. My też pochwaliliśmy się, że parę mamy już na rozkładzie. Próbowałam nauczyć się prawidłowej wymowy Aonach Eagach - to jest AFAIR coś w stylu ionak' ieegak', ze zmiękczeniami jak w rosyjskim - ogólnie wymowa w gaelic jest strasznie popieprzona. Dowiedziliśmy się też, którędy schodzić - z najgłębszej (820m) przełęczy na trasie, pomiędzy Stob na Doire a kolejnym szczytem, opada ścieżka do doliny Lairig Gartain, która (to wiedzieliśmy) odchodzi od Glencoe. Początek ścieżki jest oznaczony kopczykiem z kamieni.

Na przedostatnim wzniesieniu, Stob Coire Altruim (941m n.p.m.) spotkaliśmy nietypowego turystę:

Jest tam gdzieniegdzie nawet trochę przepaściście, ale o trudnościach można zapomnieć:

Chmury robiły się coraz gęstsze, wilgoć coraz większa, wiatr silniejszy. Gdyby nie chęć zaliczenia ostatniego munro, pewnie byśmy zawrócili, bo ani widoków, ani trudności - dupa, panie.

Stob Coire Altruim

Munro Stob na Broige liczy sobie 956m wysokości i zamyka grań BEM, która dalej opada już do Glen Etive.

Schron na szczycie Stob na Broige

Z munrosa wycofaliśmy się do przełęczy, z której w dolinę sprowadza wzdłuż potoku stroma ścieżka - bądź w formie chodniczka, bądź po łatwych, naturalnie wyrzeźbionych skałach.

Do Lairig Gartain schodzi się szybko, nie więcej niż 40 min. dość urozmaiconym terenem. Sama dolina to jedno wielkie torfowisko, podmokłe, błotniste, pełne dziur, w które można wpaść po kolano, usiane zielonymi kępami, po których fajnie jest przeskakiwać dopóki odległość pomiędzy naszą a najbliższą kępą nie będzie tak duża, że pluśniemy w błoto.

Zwłaszcza dziury są wyjątkowo wredne, bo zamaskowane i ciężko wydostać z nich nogę bez pomocy. A i potem nie chcą cię wpuścić do samochodu dopóki nie pozbędziesz się butów i skar;P

Odcinek doliną do parkingu w Glencoe to jakaś godzina - mogłoby być krócej, gdyby nie konieczność szukania suchej (w zasadzie to mniej mokrej) drogi w torfowisku.

Szlak jest średnio długi, łatwy, taki na *. Z tym, że orientacyjne trudności jak widać wystąpić mogą, w rejonie szczytu Stob na Doire droga nie jest ewidentna. Na tym odcinku, zwłaszcza we mgle, należy bardzo uważać.

Żałuję, że nie jestem w stanie powiedzieć niczego o widokach, przez co opis wypadł dość zdawkowo. Sama będę chciała za jakiś czas powtórzyć tę trasę przy pięknej pogodzie, bo pomimo zaliczenia dwóch munrosów czuję niedosyt. Myślę, że szlak jest wart polecenia nawet w ciemno - jak wspomniałam, BEM jest tak położone, że przy dobrej widoczności musi tam być pięknie, a że trudności nie ma żadnych i męcząco też jakoś bardzo nie jest, warto spróbować się o tym przekonać.

Kiedy powtórzymy wycieczkę w bardziej sprzyjających warunkach, oczywiście wrzucę zdjęcia.