statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
piątek, 28 sierpnia 2009

Kolejnych parę dni spędziliśmy w Schronisku Tery'ego w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich w słowackiej części Tatr. Byliśmy, pod zgubnym wpływem pewnego forum, nastawieni na chodzenie poza szlakami znakowanymi. Na Słowacji na przeważającą większość szczytów wolno wbijać się tylko z przewodnikiem, za słoną opłatą. Jednak kto się orientuje w topografii, może sobie organizowania przewodnika oszczędzić.
Szlaków offroadowych nie będę opisywać tak precyzyjnie jak znakowanych, bo raz, że nie wiem czy umiałabym, a dwa, bo to nielegal ;)


Pierwszego dnia postanowiliśmy zdobyć Lodowy. Skończyło się na osiągnięciu grani, gdzie powiedziałam pas. Nie miałam w zasadzie racjonalnych powodów, owszem pogoda była słaba, ale nie lało ani nie było burzy. Po prostu zwyczajnie scykorzyłam, po części z powodu mgły, po części dlatego że naczytałam się o Lodowym Koniu. Tu mała dygresja: zaczęłam zwracać baczniejszą uwagę na sposób, w jaki opisuję trudności pokonywanych tras. Nie chcę, żeby z powodu mojej pisaniny ktoś zrezygnował ze swoich planów, więc staram się być tak obiektywna, jak tylko to możliwe.

Biorąc pod uwagę co przeszliśmy w późniejszych dniach myślę, że gdyby wycieczka na Lodowy zaplanowana została na koniec pobytu w Tatrach, doszła by do skutku. I dojdzie w przyszłym roku mam nadzieję.

Kilka zdjęć:




Lodowy



Pośrednia Grań



Widok na Terinkę



Na grani



Następnego dnia ze znajomymi z forum wybraliśmy się na Baranie Rogi. Chłopaki chcieli na Pośrednią Grań, ale że lało, wybrali łatwiejszy cel. Tutaj wielkie podziękowania dla nich, że nas tam zaprowadzili, pomimo iż byli tam już, trasa nie stanowiła dla nich żadnego wyzwania a w dodatku pogoda była psia.

Baranie Rogi zdjęte poprzedniego dnia:




Trasa od Terinki jest krótka i nietrudna, ale fajna. Prawie na całej długości scrambling, powiedziałabym że dwójkowy. Właziliśmy w potokach wody, a szło sprawnie, nawet się specjalnie nie ślizgaliśmy. Niestety, widoków tego dnia nam oszczędzono.



Do Baraniej Przełęczy trasa jest oczywista, wyżej już trzeba uważać jak się idzie, bo szeroki taras szczytowy Baranich Rogów jest popodcinany urwistymi ścianami.





Szczytowanie:




Obie wycieczki, niezależnie od rezultatu, dużo mi dały. Przede wszystkim mam zamiar uprawiać straszliwy i zbrodniczy proceder chodzenia poza szlakiem i nie mam zamiaru wdawać się w dyskusje z nikim, kto uważa że to niewłaściwe.

W tym roku wreszcie odważyłam się dokończyć OP (zeszłego lata przeszliśmy odcinek Granaty - Krzyżne, >>LINK<<). Pogoda nie mogła trafić się lepsza, więc wszelkie wymówki odpadały. Z Murowańca wyszliśmy około siódmej, dzięki czemu podczas całej trasy spotkaliśmy zaledwie kilkanaście osób. Piękne słońce, sucha skała, brak zatorów - nawet nie marzyłam o takich warunkach, ale jak widać, zdarzają się.

Poszłam za radą Mariusza i starałam się używać łańcuchów tylko tam, gdzie było to naprawdę konieczne. W rezultacie na Zawrat, a potem Mały Kozi Wierch, udało mi się wejść bez korzystania z nich (ok, może raz czy dwa). Zawrat tylko po skale jest łatwiejszy! Jeśli nie ma ślizgawicy, zdecydowanie polecam samodzielne wyszukiwanie chwytów, łańcuchy w paru miejscach tylko komplikują nietrudną przecież drogę.

Z Zawratu na Mały Kozi szlak wiedzie po grani - wbrew pozorom, na Orlej wielu takich miejsc nie ma, głównie się trawersuje. Odcinki graniowe są najbardziej widokowe:





Wierzchołek Małego Koziego:



Jak na razie, trudności są niewielkie, za to efektowność pierwsza klasa.



Pierwszym cięższym miejscem jest Żydowski Żleb, czyli Honoratka. Mnie sytuację ułatwił fakt, iż choć jest tam gdzie się sturlać, nie ma lufy jako takiej. Honoratką niestety się schodzi, ale nie ma dużego problemu z wyszukaniem dobrych stopni.





Dalej bez większych trudności, acz ubezpieczenia są porozpinane na gęsto. Znów mamy trochę grani, ściana Zamarłej robi spore wrażenie. Na szerokiej Zmarzłej Przełęczy można wygodnie odpocząć. Wyznam szczerze, że bardzo chciałam żeby ten odcinek się jak najszybciej skończył, wiedząc, że jego zwieńczeniem jest słynna drabinka do Koziej Przełęczy. Nie byłam pewna, jak zareaguję na lufę, i wolałam mieć już to za sobą.

Drabinka jest efektowna, i owszem. Kiedy na nią weszłam (co wbrew pozorom nie stanowi najmniejszego problemu, jeśli nie myśleć o ekspozycji, a o szerokiej półce na którą zejdziemy), trochę latały mi łydki na pierwszych szczeblach, ale poszło normalnie. Póła zejściowa jest rozmiaru stolika do kawy, trzeba być na konkretnej bani żeby w nią nie trafić.



Drabinka nie sprowadza na samą przełęcz, trzeba jeszcze kawałek zejść. Zaraz za przełęczą miejsce, które pamiętałam z przeprawy przez KP sześć lat temu (na tym krótkim odcinku żółty szlak z Gąsienicowej do Piątki biegnie bowiem równolegle do Orlej) - wyślizgana p
ółka, gdzie łańcuchy się bardzo przydają. Nie mam zamiaru żadnych miejsc demonizować, żeby ktoś się tak jak ja potem nie naczytał i nie szedł zestrachany - po prostu, trzeba trochę bardziej uważać i już. Fakt, nie wiem jak przy mokrym, ale jakby co zawsze można względnie łatwo zejść na Halę.



Wejście na Kozie Czuby trochę męczy, jest to chyba najdłuższy odcinek podejściowy na OP.



Drabinka z dystansu. O dziwo, tego przechylenia się nie czuje:




Grań Kozich Czub jest jednym z tych fragmentów, o których naczytałam się niestworzonych rzeczy. Tymczasem nie pamiętam, żeby to miejsce było jakieś wybitnie trudne czy przerażające. Szlak jest wytrasowany tak, że w bardzo niewielu miejscach biegnie tuż obok przepaści. Znów, przy suchym powinno być ok.



Podejście na Kozi z Czub przedstawia się nieco hardkorowo, ale wiedziałam, że jeśli przejdę Kozią Przełęcz Wyżnią, to już nie mam czego się bać. Kozia Wyżnia budziła mój największy respekt, jest zresztą na ogół wymieniana jako najtrudniejszy fragment OP.



Istotnie, dla mnie też okazała się najcięższa. Skojarzyła mi się z kominkiem pod Orlą Basztą, w którym rok temu miałam problem - pionowe zejście, gdzie stopnie są malutkie i szuka się ich, macając na oślep. Poszło sprawnie, ponieważ Mariusz (on nie miał tam żadnych kłopotów, ale szedł z wyraźnie większą uwagą i było to jedno z nielicznych miejsc gdzie pomagał sobie łańcuchami) podpowiadał mi, gdzie stawiać nogi. Nie demonizuję, przejść się da, tyle że przy bardziej wytężonej koncentracji.





Na podejściu na Kozi stres ze mnie zszedł, wiedziałam już że najgorsze mam za sobą. Komin, którym wchodzimy, jest tak genialnie urzeźbiony, że w górnych partiach nawet nie zamontowano ułatwień, nie są potrzebne. Tej pionowości też się za bardzo nie czuje. Trudności bardzo podobne jak w wejściu na Kozie Czuby, tyle że sam odcinek nieco krótszy.



Widoków z Koziego nie będę dawać, bo to przesunięta i wzbogacona panorama z Krzyżnego. Warto zrobić tu dłuższy postój. Dzięki temu, że wciąż jeszcze było relatywnie wcześnie, szczyt dzieliliśmy zaledwie z dwiema osobami :D

Odcinek od Koziego do Przełączki nad Dolinką Buczynową przechodziłam już parokrotnie, więc miałam luz. Trudności na tym etapie nie ma żadnych, niestety widokowo bez rewelacji, bo trawersujemy grań. Widziałam wchodzącą na Kozi od Piątki nietypową parę - ona szła z pełną asekuracją, on pomagał. Nie mam absolutnie zamiaru kpić, zwłaszcza że ze mnie samej żaden wymiatacz, ale ten widok mnie zaskoczył. No i szacun dla babki, że przy takim strachu jest na tyle zdeterminowana, żeby w góry jednak chodzić. Skądś to znam;)

Ze względu na narastające zmęczenie zdecydowaliśmy się schodzić pierwszą dostępną możliwością, czyli Żlebem Kulczyńskiego. Jak dotąd tylko nim wchodziłam, kupę czasu temu, i byłam ciekawa, czy okaże się tak trudny jak zapamiętałam. Bać się już nie bałam, wiedząc że skoro przeszłam Orlą, to i z Kulczynem sobie poradzę.

Dość upierdliwa jest górna część Żlebu, stroma i krucha. Można ją pokonywać pionowo, ale ja wolałam jednak siadać tyłkiem na skale. Część ubezpieczona, sporo krótsza, wymaga większej koncentracji ale jest przyjemniejsza. Przynajmniej idziemy po solidnej skale, a dzięki żelastwu trudności nie odbiegają od tych z Honoratki na przykład. W jednym miejscu szlak jest ciut mylny, mało brakowało a Mariusz wpakował by się tam w dupę - podobno jest tam gdzieś nawet narysowana czacha, ale nie zauważyłam. Generalnie wystarczy uważać, którędy biegną łańcuchy, nawet jeśli z nich nie korzystamy.



Od wyjścia ze żlebu do Murowańca jeszcze spory kawałek, ale to już spacer.
Moje wnioski po Orlej są takie:
- szlak jest bardzo męczący, niemniej głównym problemem nie jest jakość trudności (które tylko w kilku miejscach są znaczniejsze), ale ich nagromadzenie;
- mity o straszności drabinki należy wykasować sobie z głowy, przejść ją jest w stanie każdy bez fobicznego lęku wysokości;
- dwa subiektywnie najtrudniejsze miejsca to zejście do Koziej Wyżniej i p
ółka za Kozią Przełęczą, acz w dobrych warunkach wystarczy tam wzmożona koncentracja;
- szlak jest o wiele mniej lufiasty niż się spodziewałam;
- Orla jest absolutnie przepiękna :)
Jeśli ktoś tak jak ja i chce, i boi się, niech najpierw wypr
óbuje dojściówki: przeprawi się przez Kozią Przełęcz i wejdzie Kulczynem. Dają o wiele pełniejszy obraz trudności na tym szlaku niż polecane zazwyczaj Granaty.

Całość, od razu z Kościelcem: >>LINK<<


czwartek, 27 sierpnia 2009

Na Kościelcu byłam wcześniej dwa razy, i powiem szczerze że wielką fanką tego szczytu nie jestem (dlaczego, napiszę dalej). Nie sposób jednakowoż odmówić mu pewnych zalet. Przede wszystkim szlak turystyczny z Murowańca jest bardzo krótki, idealny na rozruszanie. Poza tym, w schronisku byliśmy koło 15, a dało się i obiad zjeść, i bez pośpiechu go ogarnąć.
Spod Muro kierujemy się nad Czarny Staw Gąsienicowy, skąd odbija ścieżka na grań Małego Kościelca. Granią (ładnie widać z niej całą Halę Gąsienicową) drepczemy na przełęcz Karb i z Karbu rozpoczyna się już podchodzenie właściwe północnym zboczem.
Kościelec od północy najostrzej wygląda z rejonu schroniska:




Im dalej, tym bardziej jednak łagodnieje:




Droga to głównie chodnik, plus kilka miejsc łatwego dwójkowego scramblingu, a także trochę gładkich płyt, które jak się domyślam są paskudne przy oblodzeniu.



Wchodzenie nie trwa długo, wysokość zyskuje się bardzo szybko. Poniżej grań Małego Kościelca i Czarny Staw Gąsienicowy, w lesie majaczy dach Murowańca:



Wierzchołek nie jest taki ostry, jak wydawało się z dołu. Przed samym szczytem najtrudniejsze miejsce - najtrudniejsze jak na warunki tego szlaku, bo samo w sobie łatwe.



Widoki... No właśnie z Kościelca nie są powalające. Ponieważ jest niższy od większości szczytów w otoczeniu - ma 2155m n.p.m. - można z niego podziwiać właściwie tylko otaczającą go grań od Żółtej Turni po Kasprowy. Jej częścią idzie Orla Perć, jesteśmy tak blisko że na fragmentach biegnących faktycznie po grani nie ma problemu z wypatrzeniem ludzi, więc jakiś walor poznawczy to ma, ale nie jest to widok o epickim oddechu.



Granaty - Kozi Wierch



Kozi - Mały Kozi



Granaty



Na mnie Kościelec jakiegoś specjalnego wrażenia nie wywiera. Ani jego kształt, że niby taki "tatrzański Matterhorn", który mnie się kojarzy od północy z kupą z zawijaskiem - oddają to dwie pierwsze fotki od góry, zwłaszcza druga. Ani widokowo, co uzasadniłam. Dla nas był to cel jak znalazł, bo krótki i mało forsowny, akurat na popołudnie.
Najfajniej jest na szczycie, nie ze względu na widoki, ale lufę od strony Czarnego Stawu. Główny wierzchołek jest wydłużony, warto przejść się po nim, poobczajać wschodnie ściany i resztę grani, od której oddziela nas głęboka przełęcz.
Wycieczka dobra na rozruch, albo na lżejszy dzień.


środa, 19 sierpnia 2009

1. Plan. Został zrealizowany prawie w 100%.
Dzień pierwszy: prosto z pociągu, na Kościelec. Nocleg w Murowańcu.
Dzień 2: część Orlej od Zawratu, zejście Kulczynem. Znów Muro.
Dzień 3: jazda na Słowację, wspin do Terinki w burzy i z wielkimi plecakami (aaa!!!). Jeśli wybieracie się tam na dłużej, koniecznie weźcie zapas papieru toaletowego i chusteczki nawilżane, bo warunki sanitarne są _nieco_ spartańskie.
Dzień 4: próba zdobycia Lodowego Szczytu, odwrót z Lodowej Przechyby. Nocleg w Terince.
Dzień 5: Baranie Rogi podczas ulewy i pod lekkim wpływem w asyście znajomych z forum. Dzięki chłopaki :* Konsumpcja płynów i ogórków w towarzystwie koleżanki Świni. Nocleg (już nieco śmierdzący) w Terince.
Dzień 6: Rozstanie ze Świnią, po czym Czerwona Ławka - Dolina Staroleśna - zaiwanienie papieru z Chaty Zamkovskiego - Terinka. Widzieliśmy pobieranie z Pośredniej Grani zwłok Andrzeja Marciniaka, myśląc że to żywemu pomagają. Niestety. Nocleg - Mariusz nie wytrzymał i wykąpał się w stawie - w Terince.
Dzień 7: poranny bieg do Zamkovskiego z dużymi plecakami. Spotkanie z chłopakami, powrót na górę. Łomnica drogą Jordana. Dla Mariusza czysta radocha, dla mnie hardkor, ale cieszę się, że się zdecydowałam. Dzięki, chłopaki :*
Wieczorem: prysznic!!!!!!!!!!!!!!!!!, wspólne chlanie w Małym Cichym, nocleg tamże (dzięki, Stan :*)
Dzień 8: Grań Krupówek, nocleg w Małym Cichym.
Dzień 9: ewakuacja nad Moko, Mariusz z chłopakami wchodzi na Mnicha. Nocleg w starym schronisku.
Dzień 10: z powodów pogodowych, doopa. Nocleg w ss.
Dzień 11: Wrota Chałubińskiego - Szpiglas - Miedziane - Szpiglasowa Przełęcz - Świstówka - Moko.
Dzień 12: plany były, ale że pogoda, powrót.

2. Moje rekordy (Mariusz pewnie będzie typował po swojemu):
Największy sukces: sprawne przejście Orlej
Największa porażka: odwrót spod Lodowego
Największy hardkor: Łomnica, tak trasa jak i cały dzień. Nie mogę też nie wspomnieć o warunkach w Terince.
Najpiękniejszy szlak: jordanka
Ilość spotkanych forumowiczów: 7
Najlepsze żarcie: gulasz z knedlami w Terince
Najgłupsza akcja: głowa jako punkt podparcia na jordance. W ogóle parę momentów z tego szlaku
Największe zaskoczenie: totalna nieobecność kaca

Wycieczki szczegółowo zacznę opisywać już ze Szkocji, w przyszłym tygodniu. Generalnie, było super :))))))))))))