statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
niedziela, 27 lipca 2014

Nr 146, Sgurr na Banachdich

Wymowa: skur na banahdih

Znaczenie nazwy: rocky peak of the milkmaid (za MunroMagic)

Wysokość: 965m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 190.

Data wejścia: 18.7.14


Sgurr na Banachdich ma opinię najłatwiej dostępnego munro w Cuillinach. Naszym biednym nogom (i dłoniom u niektórych - opuszki!) to pasowało. Lampa była taka że nie zaliczyć czegoś byłoby grzechem, ale równie dobrze mogła być to lekka wycieczka.

Start spod hostelu w Glen Brittle. Z początku ładną ścieżką, potem opcjonalnie słabo widocznym odbiciem, kierujemy się na obniżenie pomiędzy boczną grańką An Diollaid (trójkąt po lewej stronie) a kopułą szczytową munrosa. Wydaje mi się że sam szczyt to to co wystaje na ostatnim planie. Niestety zdjęcie pod słońce: żar lał się z nieba.

Na przełęcz podchodzimy zygzakami po koszmarnie zerodowanym gruncie. Bardzo nieprzyjemny odcinek. Można trochę ułatwić sobie życie i wbijać na An Diollaid nie bokiem a od czoła, też jest trochę piargu ale jednak mniej. Tak też zrobiliśmy wracając.

Rejon szczytu (nie jestem pewna czy widać sam wierzchołek) oraz Sgurr Thormaid:

Druga z bocznych grani, wyższa i dłuższa niż An Diollaid, kulminująca w Sgurr nan Gobhar (630m n.p.m.). Na pewno ciekawa alternatywa do wejścia/zejścia, ale jak wspomniałam na początku, nam się już nie chciało, pardon, pieprzyć.

Od tej strony kopuła szczytowa jest zerodowana, skały jest niewiele... Dopiero na samym wierzchołku. Uderza kontrast ze stromizną pod drugiej stronie oraz - pomimo tak banalnego wejścia - powietrzność szczytu. Cuillins, bejbe ;)

Poniżej munro Sgurr a Ghreadaich oraz mały ale skowyrny Sgurr Thormaid. Sgurr a Ghreadaich cieszy się sławą dość wymagającego munrosa, zwłaszcza robiony z sąsiadem Sgurr a Mhadaidh, ale po przeżyciach na Sgurr Dubh Mor sądzę że będę w stanie je spokojnie ogarnąć.

Obowiązkowo, Vespa na piku:

Blaven oraz Loch Coruisk, które jest zatoką. Cuilliny dosłownie wyrastają z morza. Jak coś tu ma 900 metrów to te 900 metrów będziesz podchodził, nie ma przebacz.

Cudowny, pełen grozy, tatrzański widok na Sgurr Mhic Choinnich, Sgurr Thearlaich oraz Sgurr Alasdair. Pomiędzy dwoma ostatnimi niesławny Great Stone Shoot, żleb który przebija nawet Lodową Przełęcz przed modernizacją szlaku. Schodziłam tamtędy raz i starczy ;P

A tu bohater poprzedniej notki, w towarzystwie Sgurr Dubh na Da Bheinn.

Schodziliśmy jak wspomniałam nieco inaczej, granią An Diollaid do końca. Różnica nie dramatyczna ale odczuwalna.

Mariusz nie mógł sobie podarować i popływał sobie w strumieniu... Uwielbia to i co roku liczy na to że trafi się odpowiednio gorący dzień.

Wycieczkę oceniam jako wyjątkowo mało wymagającą, tym bardziej na standardy Cuillinów. Idealny cel dla kogoś kto chciałby je popodziwiać z bliska ale nie ma ochoty na żadne scramblingi. Dla nas było to doskonałe zamknięcie nadzwyczaj udanego urlopu.

Podczas tego dziewięciodniowego wyjazdu zaliczyliśmy jedenaście munrosów w sześciu wycieczkach, mieliśmy tylko trzy dni odpoczynku (w dwu wypadkach i tak pogoda nie pozwoliłaby pójść w góry) - uważam że to znakomity bilans. No i przekroczenie połowy też daje pozytywnego kopa. Cel na przyszły letni urlop: pozostałe cztery munrosy Cuillinów. Będzie wesoło :D



Nr 144, Sgurr nan Eag; nr 145, Sgurr Dubh Mor

Wymowa: skur nan ek; skur du mor

Znaczenie nazwy: rocky peak of the notches; big black rocky peak (za MunroMagic)

Wysokość: 924m n.p.m.; 944m n.p.m

Pozycja na liście munrosów: 265.; 228.

Data wejścia: 17.7.14


Na ostatnie dwa dni wróciliśmy na Skye. Plan był taki że pierwszego dnia wchodzimy na Sgurr nan Eag i Sgurr Dubh Mor, ostatnie munrosy Cuillinów od południa. Nie byłam pewna czego się spodziewać w kategoriach trudności, ale miałam przeczucie że będzie ciekawie.

Trasa prowadzi przez znany już nam z wycieczki na Sgurr Alasdaira Coire Ghrunnda. Ten tatrzański w charakterze kocioł wymaga skupienia przy wybieraniu drogi: przechodzi się przez kilka wielkich progów i jest tam sporo scramblingu, w części po mutonach, i ktoś mniej wprawny może się zapchać. 

Poniżej, ludzie pod ścianą dla uzmysłowienia skali:

Co jest fajne w tym kotle, to to że kiedy już pokona się ostatni próg i osiągnie staw, większość roboty jest odwalona. Zrobiliśmy prawie całą wysokość. Na okoliczne szczyty jest już bardzo blisko.

Po prawej początek grani Sgurr nan Eag. Na przełęcz wyprowadza ścieżka zygzakująca rumowiskiem. Znad jeziora moment.

Widok z przełęczy na Blavena:

Oraz na kolejny cel tego dnia. Cypek po lewej to Caisteal a Garbh, a wygląda zza niego Sgurr Dubh na Da Bheinn, przez którego szczyt mieliśmy przechodzić na Sgurr Dubh Mor. Sam munros we mgle po prawej. Wyglądało to raczej ok.

Sgurr Sgumain, Sgurr Alasdair i Sgurr Thearlaich. Byliśmy na pierwszych dwóch właśnie od tej strony. Tylko Alasdair jest munrosem - najwyższym w paśmie.

Podejście na Sgurr nan Eag nie wymaga wyciągania rąk z kieszeni, choć jeśli ktoś ma ochotę się pobawić to na ostrzu grani jest trochę konkretnego scramblingu, jednakowoż w całości omijalnego od prawej strony. Grań szczytowa jest dość długa, a kopiec duży i widoczny z daleka - i bardzo dobrze, bez kopca nie wiem czy byłabym w stanie precyzyjnie określić która skałka stanowi najwyższy punkt.

Z wierzchołka powala widok na ostatnie góry w paśmie, Sgurr a Choire Bhig i Gars-bheinn. Na pewno wspaniały i obowiązkowy cel, choć nie są munrosami!

Obowiązkowa fotka szczytowa:

O ile na Sgurr nan Eag orientacyjnie było bezproblemowo, o tyle po zejściu na przełęcz należało się już nieco zastanowić. Okazało się że z trawersowaniem Caisteal a Garbh nie ma najmniejszego problemu, teren był łatwy i wydeptana ścieżka. Trochę klucząc, wspięliśmy się na grań Sgurr Dubh na Da Bheinn i zaczęliśmy się wznosić, uważnie szukając drogi tak jak puszczało. 

Tak jak szliśmy nie było trudno. Konkretny, uczciwy scrambling w dobrej skale, który spokojnie pokonałabym też w drugą stronę. 

Przeszliśmy przez mały wierzchołek, i zaczęliśmy schodzić granią na przełęcz za którą był już munros. Znów, fajny scrambling, trochę ekspozycji, ręce konieczne, ale generalnie bez hardkorów.

Sgurr Dubh Mor wyglądał dość niewinnie, byliśmy pewni że nie będzie sprawiał żadnych kłopotów. 

Zaczęliśmy go trawersować od prawej strony, i okazało się że jest gorzej niż myśleliśmy. Przede wszystkim za Chiny nie mogliśmy znaleźć ewidentnej drogi w górę. Zbocze od tej strony składa się z sekcji skalnych poprzedzielanych trawiastymi półeczkami. Próbowaliśmy na różne sposoby, by za każdym razem się wycofać. Najpierw zapchaliśmy się w super kruchy żleb, potem w kominek który byłby spokojnie do wejścia gdyby nie to że płynęła nim woda i był pieruńsko śliski, a wymagał pójścia na tarcie. Nie mogliśmy sobie pozwolić na szarżowanie i przechodzenie trudności którą nie byłabym w stanie się wycofać. 

Wspomniany kominek:

Mariusz wyszukiwał drogę pod moim kątem, jak zwykle w trudniejszym terenie. Jakoś brnęliśmy przez półeczki do góry, nie mając pewności czy wyprowadzi nas na szczyt. Już bardzo wysoko były dwa wyjątkowo niefajne miejsca: gładkie płyty bez dobrych chwytów, do wejścia na tarcie. Jakoś wpełzłam, nie bez pomocy Mariusza. Wiedziałam, że jeżeli się wycofamy, i tak trzeba będzie tu wrócić, więc równie dobrze mogłam cisnąć!

I pomyśleć że Sgurr nan Eag był taki bezproblemowy:

Pomiędzy momentami scramblingu (nie mamy zdjęć z tych najtrudniejszych miejsc, ale jak znam życie i tak by nie oddały o co cho) była ścieżka, a w zasadzie ścieżki. Gdyby była jedna, mielibyśmy chociaż pewność że jesteśmy na dobrej drodze...

Gdyby to był szlak tatrzański, wszelkie problemy rozwiązałyby - oprócz rzecz jasna znakowania - po jednym łańcuchu i ewentualnie klamrze w tych cięższych miejscach. I wtedy byłaby to łatwizna. Ale w Szkocji obowiązuje inna filozofia.

W końcu jakoś dodrapaliśmy się na ten szczyt. Właściwy wierzchołek to ten pierwszy, z kopczykiem. Drugi wyglądał na minimalnie wyższy, więc weszliśmy i na niego, ale wg GPSa kopczykowy jest prawidłowy. 



Schodzenie zaczęliśmy po drodze wejściowej, bo nie bardzo było jak inaczej. Musiałam znowu pokonać te dwa wredne miejsca. Niżej przetrawersowaliśmy na drugą stronę grani, gdzie było łatwo acz masakrycznie krucho, i bez większych problemów wbiliśmy się na wierzchołek Sgurr Dubh na Da Bheinn. Stamtąd z początku skierowaliśmy się w kierunku Sgurr Alasdaira, szukając najdogodniejszego miejsca na zejście: 

Tu jeszcze dwa munrosy które powodują u mnie dreszczyk na plecach, to jest In Pin i Sgurr Mhic Choinnich. Wejdę na oba, co do tego nie ma wątpliwości. Nie ma też wątpliwości że mało się tam nie po***m.

Jakoś udało nam się zejść do Coire Ghrundda zachowując maksymalną ostrożność na rumowisku z głazów pomiędzy które mogłaby wpaść nie tylko noga, ale gdzieniegdzie cały człowiek. Starłam sobie opuszki na obu dłoniach a nogami ruszałam już na autopilocie... A jeszcze przed nami było schodzenie tym cholernym kotłem.

Wyspy Eigg, Rum i Soay:

Sgurr nan Eag z naszego zejścia:

Coire Ghrunnda poszedł dość sprawnie, udało się nim zejść w ok. 40 minut. 

Po powrocie z wyjazdu odpaliłam kompa i sprawdziłam co na temat tej trasy piszą portale górskie oraz sami baggerzy. Okazuje się że nasze doświadczenie ze Sgurr Dubh Mor jest absolutnie typowe! Przykład pierwszy z brzegu z Walkinghighlands:

The normal route is to head round to the right a little before finding a way up from ledge to ledge until the summit is reached. Either way, the ascent is a hard scramble and involves very tricky route finding (...).

Przyznam że trochę mnie poczesała ta wycieczka - zdecydowanie była to prawdziwa górska przygoda! Pomimo momentów kiedy miałam stracha podobało mi się bardzo. W gruncie rzeczy trudność techniczna nie była wcale duża a na pewno nie kluczowa, najgorszy by stres związany z szukaniem drogi, brakiem pewności czy dobrze idziemy, ciągłym martwieniem się czy uda się w razie czego wycofać. Ktoś kto chodzi tylko po szlakach tego nie zrozumie, offroadowcy rozumieją aż za dobrze :)



Nr 143, Maol Chean-dearg

Wymowa: maul cin dzierek

Znaczenie nazwy: bald red head (za MunroMagic)

Wysokość: 933m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 247.

Data wejścia: 15.7.14


Ten munros pozostał nam jako ostatni w Torridon. Będziemy tam oczywiście wracać, obok Glencoe to nasza ulubiona dolina. Niemniej w znaczeniu baggingu kolejny rejon odhaczony.

Na MCd można dojść z Torridon albo z Glen Carron. Drugi wariant jest o 4 km krótszy ale wybraliśmy go raczej dlatego by zrobić zakupy w dużym Sparze w Lochcarron (spaliśmy w Torridon).

Start z parkingu przy drodze A890 tuż obok mostu w Coulags. Niestety zapowiadało się że czeka nas kolejna szara wycieczka.

Już po chwili marszu zorientowaliśmy się że popełniliśmy wielki błąd zakładając lekkie scramblingowe buty. Trzeba było wziąć treki. Po paru częściowo deszczowych dniach w dolinie zrobiło się bagno. Strumień tak wezbrał że wolałam przekroczyć go bez butów niż ryzykować że powinie mi się noga. I tak było wiadomo że je przemoczę ale chciałam jeszcze chwilę nacieszyć się w miarę suchymi nogami.

Główną rzekę na szczęście można przejść po mostku.

Dolina nie robi zbyt imponującego wrażenia. Od wschodu flankują ją Sgurr Ruadh i Fuar Tholl, piękne góry ale od drugiej strony, zwłaszcza Fuar Tholl z jej pionowymi filarami. MCd przez długi czas w ogóle nie widać.

Po trzech kilometrach z kawałkiem dochodzimy do bothy Coire Fionnaraich, utrzymywanego przez Mountain Bothy Association. W sezonie służy polującym na jelenie, a poza sezonem korzystać może każdy.

Kilometr za bothy dochodzimy do rozwidlenia dróg. Prawa odnoga prowadzi do Torridonu, a lewa na munrosa. Dopiero od rozwidlenia zaczynamy się wznosić. Celem jest przełęcz dość ciekawie umiejscowiona pomiędzy trzema górami: MCd, korbetem An Ruadh-Stac i podrzędną górką Meall nan Ceapairean. Podejście w większości jest łagodne.

Sgurr Ruadh w tle:

Dopiero na tym podejściu zaczyna być widać wierzchołek MCd (ten w środku). Wyglądał na wyciągnięcie ręki, w rzeczywistości od rozwidlenia ścieżek na szczyt są jeszcze ponad 3 kilometry.

Na przełęczy okazało się że z torridońskich munrosów niewiele widać, masyw MCd póki co wszystko zasłaniał. Za to An Ruadh-Stac prezentował się imponująco. Żałowałam że nie damy rady go obskoczyć ze względu na brak czasu.

Pogoda zgodnie z prognozami stopniowo się poprawiała, póki co było bez rewelacji, ale przynajmniej chmury znacznie się podniosły:

Z przełęczy na przedwierzchołek wznosimy się stromym i bardzo zerodowanym zboczem. Jedyne ostre podejście na trasie. Z przedwierzchołka na szczyt z kolei wchodzi się po rumowisku. Ogółem trochę męczący fragment, zwłaszcza rumowisko. Czasowo zajmuje więcej niż wynikało by z jego długości.

Szczyt to obszerna regularna kopuła a kopiec szczytowy jest, jak widać, konkretny:

Zoom na nasz hostel przycupnięty u podnóża Liathach. MCd doskonale widać z hostelowej panoramic lounge, więc fajnie było teraz znaleźć się w odwrotnej pozycji. 

Widoki niespodzianką nie były, jako że w zeszłym roku byliśmy na sąsiednich Sgurr Ruadh oraz Beinn Liath Mhor, ale na tak piękne góry jak w Torridon zawsze przyjemnie popatrzeć. Są tak inne od polskich gór: nie połączone ze sobą mini-łańcuchy górskie.

Niesamowity w kształcie Spidean Coire an Laoigh:

Oraz fragment Beinn Eighe. Kolejnym celem będzie trawers dwóch wierzchołków po prawej. Nie są munrosami ale niczego im nie brakuje.

Nasza zeszłoroczna trasa, przez Beinn Liath Mhor i Sgurr Ruadh. Cudowna wycieczka:

 

Mogłabym na tym szczycie przesiedzieć cały dzień, ale czas gonił.

Zerodowane zejście na przełęcz:

Zgodnie z prognozami pogoda zrobiła się bardzo ładna... Ale dla nas już było za późno, więc zdjęcia ze szczytu mamy jakie mamy. Przynajmniej bagno w dolinie trochę podeschło w promieniach słońca, choć dla butów było już za późno.

Ostatni rzut oka na bothy:

Gdy po zakupach w Lochcarron wracaliśmy do Torridon, było już pięknie. Chociaż uwiecznialiśmy te widoki milion razy, nie mogliśmy się powstrzymać żeby nie popstrykać kolejny raz.

Beinn Alligin:

Początek masywu Liathach:

Oraz na koniec, wierzchołek Maol Chean-dearg zdjęty z panoramic lounge. Nawet gołym okiem wyraźnie było widać kopiec szczytowy. Niesamowite uczucie, jeszcze parę godzin wcześniej stałam na nim i patrzyłam na hostel.

MCd to niespecjalnie wymagający a piękny cel. Trasa liczy ok. 14 km. Warto też rozważyć czy nie dołączyć do trasy An Ruadh-Stac, co dodało by 2,5 km ale góra wyglądała zachęcająco.


czwartek, 24 lipca 2014

Nr 139, Beinn Liath Mhor Fannaich; nr 140, Sgurr Mor; nr 141, Meall Gorm; nr 142, An Coileachan

Wymowa: ben lia wor fanah; skur mor; mil gorm, an kiljahen

Znaczenie nazwy: big grey hill of Fannaich; big rocky peak; blue rounded hill; the little cock (za MunroMagic)

Wysokość: 954m n.p.m.; 1110m n.p.m.; 949m n.p.m.; 923m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 209.; 43.; 215.; 266.

Data wejścia: 13.7.14


Nazwa "the Fannaichs" odnosi się do grupy górskiej nad Loch Fannich położonego w North-West Highlands, trochę na południe od Ullapool. Munrosów jest tam dziewięć i można je zaliczać w różnych kombinacjach. Mariusz pokombinował z mapą i przewodnikiem i wymyślił że zrobimy cztery, co pozwoliło by nie tylko dotrzeć do półmetka ale nawet rozpocząć drugą połowę. Z Gairloch nie mieliśmy daleko.

Start z parkingu na końcu Loch Glascarnoch przy drodze na Ullapool (A835). Należy stamtąd przejść kawałek szosą w kierunku przeciwnym do owego miasta seksu i biznesu, by osiągnąć początek szerokiej drogi (do pokonania przez terenowy samochód) i nią kontynuować, z początku przez rachityczny lasek. 

Dawno nie zaczynałam trasy w podobnie zniechęcających warunkach: szaro, mokro, g**** widać a tu w perspektywie 24 km i cztery munrosy, a jeszcze Mariusz chciał cisnąć żeby zdążyć na wiadomy finał. No masakrycznie mi się nie chciało.

W końcu (po dobrych paru kilometrach) doszliśmy do rozejścia. Połamany drogowskaz potwierdzał że w prawo na Beinn Liath Mhor Fannaich. Niestety za chwilę luksusy się skończyły, weszliśmy bowiem w torfowe półbagno i zniknęła nam ścieżka. Gdyby nie GPS chyba trzeba by było zawrócić. Brnęliśmy tym półbagnem jeszcze trochę aż teren zaczął się wypiętrzać. Wzniesienie przed nami wg GPSa miało poprzedzać pierwszego munrosa, acz na sam szczyt był jeszcze kawał. Przynajmniej wraz ze stromieniem terenu podłoże zrobiło się nieco bardziej suche.

Oblicze entuzjazmu:

Na pierwszym munrosie mieliśmy zjeść hit mojego górskiego menu czyli mielonkę, a że mnie ssało nie mogłam się doczekać i jakoś parłam do przodu.

Na tym pierwszym wzniesieniu okazało się że kolejne, które wydawało się jedynie niewiele wyższym garbem, to już munros. Wizja mielonki wręcz mnie uskrzydliła, i z entuzjazmem rozpoczęłam wspinanie po zboczu.

Jak to zwykle bywa, okazało się że tak dobrze to nie ma. To co widzieliśmy z mniejszej górki było jedynie początkiem zboczy munrosa. W praktyce nie dość ze niemożebnie się one ciągnęły to jeszcze doszły pola kamulców śliskich od jakichś glonów czy cholera wie czego. Niby taki niepozorny pagór, ale napracowaliśmy się na nim.

Wredne kamulce:

No ok były i pozytywy - chmury sporo się uniosły i widokowo zrobiło się całkiem ciekawie:

Że powitałam szczyt Beinn Liath Mhor Fannaich z ulgą to mało powiedziane. Obydwa główne powody zaczynały się na m.

Bardzo chciałam zobaczyć z daleka An Teallacha >>LINK<<, i to marzenie się spełniło, choć pinakle Corrag Bhuidhe stały w chmurze. Ale było widać że w tym masywie drzemie moc. Poniżej An Teallach po lewej, Loch Broom (ullapoolska zatoka) po prawej:

I na zoomie:

Kolejny munros, Sgurr Mor, wydawał się z dystansu znacznie kształtniejszy. Istotnie okazał się być jedyną samą w sobie ciekawą górą z całej czwórki, oraz jedynym który zajmuje przyzwoitą lokatę na munro-liście. Zresztą wyższy także od reszty Fannaichs.

Podejście jest - mierząc standardami tej konkretnej wycieczki - dość ostre, ale niedługie. Niewielki (nie Świnica ale i nie plateau) szczyt musi być genialnym punktem widokowym, nam niestety trafił się mało widokowy dzień.

Jak widać na kopcach szczytowych zaliczałam kolejne zgony:

Poniżej Beinn Liath Mhor Fannaich. Chociaż kopa, tu całkiem wdzięcznie wyszedł.

Widok na pozostałą część trasy:

Na trzeciego munrosa, Meall Gorm, jest już łatwizna. Niewygodnie schodzi się ze szczytowych partii Sgurr Mora, gdzie teren jest ukształtowany w multum mini tarasów, ale dalej jest już przyjemnie plaskato. Narastała w nas summit fever - za chwilę mieliśmy osiągnąć wymarzony półmetek.

Już za moment... Smakuj tę chwilę, smakuj...

JEST! Teraz to już z górki, drugą połowę trzepniemy w parę sezonów, ojej, trzeba się przygotować psychicznie na pustkę jaka zostanie po osiągnięciu ostatniego munrosa... ;) 

Niby się nabijam, a jednak takie właśnie myśli przeleciały mi przez głowę kiedy stałam na wierzchołku Meall Gorm. To o górce to oczywiście wynik euforii, ale z tą pustką... Coś jest na rzeczy. 

Kolejne dwa zdjęcia nie pochodzą z mojego nekrologu: postanowiłam jedynie zaeksperymentować z czarną winietką ponieważ bardzo mnie denerwuje kiedy białe tło zdjęcia zlewa się z identycznym tłem bloga.

Z Meall Gorm na An Coileachan - the little cock - jest obiektywnie blisko i lekko, subiektywnie już miałam po prostu dość. W dodatku widoczność spadła znacząco. No ale trzeba było rozpocząć tę drugą połowę.

Zgon 4.0:

Jeśli do tej pory narzekałam, to powrót i tak przebił wszystko. W dole zaczęło się znów pół, a gdzieniegdzie całe bagno, plus błotne dziury i migdesy. Tu już i Mariusz zaczął tracić cierpliwość. Buty oczywiście przemoczone. Marsz do samochodu odczuwany jak w filmie The Way Back.

Wycieczkę munrobaggerom paradoksalnie polecam. Lepiej zaliczyć w tej grupie większą ilość munrosów od jednego machu niż pieprzyć się z tym bagnem więcej razy niż to absolutnie. Nie baggerom polecam Sgurr Mora w ładny dzień - jestem pewna ze cudne wrażenia gwarantowane.



środa, 23 lipca 2014

Nr 136, Am Basteir; nr 137, Bruach na Frithe

Wymowa: am bastier; bruah na fri

Znaczenie nazwy: the executioner; slope of the deer forest (za MunroMagic)

Wysokość: 934m n.p.m.; 958m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 242.; 200.

Data wejścia: 11.7.14

Poniżej klasyczny, znany z pocztówek i kalendarzy, widoczek ze Sligachan. Trzej muszkieterowie Sgurr nan Gillean, Am Basteir, i... a tu się okazało że jednak nie Bruach. Bruacha zaczyna być widać jak podjedzie się bardziej na wschód. To poniżej to Sgurr a'Basteir, boczna odnoga grani. Ale trzeba przyznać ze we trójkę wyglądają wdzięcznie i symetrycznie. Tylko Gillean traci na drapieżności ponieważ poszarpańce Pinnacle Ridge zlewają się ze ścianą.



Droga spod Sligachan Hotel była nam już znana z wycieczki na Sgurr nan Gillean przez West Ridge. Jakieś trzy czwarte po połogim terenie, wyraźną ścieżką, i jedna czwarta skalisto-piarżystym kotłem.


Pinnacle Ridge. Może kiedyś ją tu opiszę:


A tu West Ridge, której (a właściwie wariantu której) opis się tu znajduje: >>LINK<<. Rany jak mi wtedy łydki latały. Ech, wspomnienia.


Nie Gillean jest bohaterem tej notki, ale jest taki śliczny że nie mogę się powstrzymać. Tu jakieś lepsze zawodniki schodzą z ostatniego przed szczytem pinakla, Knight's Peak.


Z przełęczy pomiędzy Gilleanem a Basteirem grań tego ostatniego (w sensie to co widać) prezentuje się bezproblemowo, ale myśmy planowali, jak większość, trawersować niesławnego Bad Stepa. Opis naszego wariantu wg przewodnika Walkinghighlands wygląda następująco (piszę po części z pamięci, po części ze strony internetowej Walkinghighlands):
zacznij ostrzem, ale przed pierwszym znaczącym spiętrzeniem grani zacznij trawersować ją od lewej strony, do charakterystycznej pomarańczowo znaczonej płyty. Wespnij się tą płytą po czym kontynuuj trawersowanie ściany aż do skalistej znaczonej fioletowo rampy. Nią z powrotem na grań powyżej Bad Stepa i dalej już na luzie do szczytu.


...(podczas gdy publika wstrzymuje oddech przerywnik w postaci Sgurr na h-Uamha)...


No więc co się okazało. Z pomarańczową płytą nie było problemów (patrz niżej). Gorzej że kiedy po niej weszliśmy po krótkim czasie okazało się że wyszliśmy tuż na Bad Stepa.
Bad Step (będzie parę zdjęć niżej) może i jest do wejścia, ale do zejścia się średnio nadaje, więc trzeba było się obniżyć i szukać alternatywnego przejścia. To zbocze to nie jest jakaś ściana, ale wystarczająco strome i kruche żeby się sturlać, więc staraliśmy się iść z głową.


Początek trawersu:


Jeszcze raz pomarańczowa płyta:


Fioletowej rampy czymkolwiek ona jest niestety nie zlokalizowano.

Jeśliby zdarzyła się komuś identyczna sytuacja z Bad Stepem najlepsza rada jaką mogę dać jest taka by z góry wypatrzeć szeroką półę która trawersuje popod BS, a potem schodzić na nią jak puszcza, i na póle już dać się poprowadzić terenowi. Jeśli Mazio ma jakieś uwagi zapraszam do wpisania w komentarzach :p

Poniżej półeczki, przez które prowadzi to co uznaliśmy za prawidłową drogę:


A tu Bad Step. Wysokości dwóch dorosłych mężczyzn, najgorsza jest nie lufa a niewiele chwytów i, kiedy się schodzi, pochowane, niewidoczne stopieńki. Część przechodzi to na żywca, część się asekuruje, a największa część omija tak jak i my.


Kiedy dochodzimy do miejsca u podnóża Bad Stepa do szczytu jest tylko niewielki spacerek granią. Niestety chmury które przylazły znad środkowych Cuillinów przesłoniły całe pasmo, tak że podziwiać mogliśmy tylko stronę północną.


Ząb ginie w chmurze, Bruach też, widać jedynie ludzi na przełęczy:


Zejście po własnych śladach nie nastręczało już problemów orientacyjnych, więc wydało się dużo łatwiejsze. Postanowiliśmy pocisnąć na Bruacha. Z początku nie był uwzględniony ponieważ tym co nas interesowało był Am Basteir i zwyczajnie nie pamiętaliśmy że tuż obok znajduje się sąsiad-munros. W przeddzień wycieczki oświeciło nas przy ponownej lekturze przewodnika.

W celu dojścia na przełęcz skąd już blisko na Bruacha należy przetrawersować piargi pod północną ścianą Am Basteira, skąd przerażające wrażenie robi podwójnie przewieszony Ząb: 


Na wierzchołek z przełęczy wyprowadza łatwa i krótka grań - gdybyśmy nie zrobili tego munrosa razem z Am Basteirem bylibyśmy cieciami. Idzie się moment. Niewątpliwie jak na standardy Cuilinów łatwy munro, ale i tak bardziej charakterny niż 99% całej listy. Niestety nie mogę oddać Bruachowi pełnej sprawiedliwości: chmury zakryły nas już tak, że widoków nie było żadnych. 


Spontanicznie, nie chcąc się wracać przez piargi, zdecydowaliśmy się schodzić wysuniętą na północny wschód granią. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę: grań okazała się malownicza, skalista acz bez jakichkolwiek trudności, a odcinek którym już w dole musieliśmy nadrobić przesunięcie na wschód okazał się wręcz sielankowy; ścieżka biegła wzdłuż rzeki z licznymi wodospadami i wąwozikami. Było tak ładnie że zdjęcia z tego fragmentu planuję zamieścić w oddzielnej notce, gdzie będą fotki z urlopu które nie zmieściły mi się w notkach wycieczkowych a są zbyt ładne by je pominąć.


Podsumowując: jeśli omija się Bad Stepa, na Am Basteira trzeba wchodzić przytomnie a nie napierać jak dzik. Sensowna droga jest do znalezienia acz niekoniecznie musi być ewidentna. Jest to jednak tak krótki odcinek że można sobie pozwolić na chwilę zastanowienia. 

Po tej nadzwyczaj udanej turze wynieśliśmy się ze Skye do Gairloch. Był zamiar powrotu, ale najpierw mieliśmy w planach trochę hardkoru innego rodzaju niż rozorywanie palców na cuillińskim granicie...

(Mapka będzie jak będzie ;p)

wtorek, 22 lipca 2014


Nr 136, Blaven (Bla Bheinn)

Wymowa: blawen

Znaczenie nazwy: niejasne, prawdopodobnie blue hill (za MunroMagic)

Wysokość: 928m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 252.

Data wejścia: 10.7.14

Wakacje zaczęliśmy od Blavena nieprzypadkowo... Trasa turystyczna liczy sobie w obie strony zaledwie 7 km, toteż wyjechaliśmy o takiej porze jak zwykle, na Skye dotarliśmy po 13 i zdążyliśmy go bez problemu zaliczyć. Byliśmy zdeterminowani ponieważ pogoda była za dobra żeby ten dzień zmarnować wyłącznie na podróż. 

Z Blavena i jego sąsiada Clach Glasa z którym tworzą masyw są niesamowite kozaki, a trawers obu uchodzi za klasykę (zaawansowanego) scramblingu. Jest tam też wiele innych dróg scramblingowych i wspinaczkowych. Trasa turystyczna natomiast to dreptanina, do wejścia dla każdego. Nie jest jednak nudna!

Za Broadford należy skręcić na miejscowość Torrin (droga B8083). Start z parkingu nad Loch Slapin.

Clach Glas, czasami nazywany "Matterhornem Skye" (być może z emfazą ale polecam wyggoglać jego zdjęcia pod różnymi kątami, ma charakter), to oczywiście ten po prawej, oddzielony przełączką Putting Green.

Poniżej zaznaczyłam jak biegnie ścieżka turystyczna:

W terenie nie było do końca oczywiste, w którym momencie skręcić żeby zacząć się piąć w górę, wydeptanych dróżek jest tam więcej. Generalnie książkowa wchodzi w zbocze tuż za wielkim boulderem poniżej i dalej biegnie jego prawym ograniczeniem - warto się jej trzymać żeby wyżej mieć widoki na Clach Glasa znad samej krawędzi.

Wspinaczka mocno zerodowanym zboczem szłaby szybciej, gdyby nie oglądać się na okrągło za siebie, na wciąż rozszerzającą się panoramę West Highlands i wysp.

Poniżej widok na Loch Slapin, które jest zatoką, oraz półwysep Sleat (to wciąż Skye, mainland dopiero na ostatnim planie).

Putting Green i Clach Glas wreszcie z bliska. Zdążyłam się odzwyczaić od takich widoków. Trudno uwierzyć że to przecież wcale nie Cuilliny, a Red Hillsy. Chociaż ogólna opinia jest taka że te dwa szczyty to Cuilliny honoris causa. Popieram, dla mnie też Blaven jest Cuilinem. 

Kolejny w masywie, korbet Garbh Bheinn, też jest piękną górą, ale na razie mamy inne priorytety.

Odrobina scramblingu jest jedynie pod szczytem, można trudniej (kominkiem) albo bez trudności.

W centrum zdjęcia wyspa Raasay:

Efekt szoku przy wchodzeniu tą trasą jest porównywalny do tego który odczuwa się po raz pierwszy wchodząc na Krzyżne z Doliny Gąsienicowej. Widok miażdży system.

Najspektakularniej prezentuje się oczywiście Sgurr nan Gillean, ale to akurat było wiadomo jak dwa plus dwa jest cztery ;)

Nas interesował też dość intensywnie Am Basteir, nasz cel na kolejny dzień (ten z zębem). Potem miało się okazać, że i nieplanowany z początku Bruach na Frithe, ta ścięta piramida po lewej, się załapał.

Red Hillsy, z najwyższym Glamaig, która to nazwa zawsze jednakowo nas bawi:

Trasę pokonaliśmy (w obie strony) w cztery godziny, acz spokojnie da się sporo szybciej. Nam niby się śpieszyło (żeby zdążyć znaleźć nocleg / rozbić namiot), ale w taki dzień nie dało się nie pokładać i nie podziwiać widoków. W rezultacie i popodziwialiśmy, i z namiotem nie było problemów (pole w Sligachan), a nawet zdążyliśmy zjeść obiadokolację w barze Sligachan Hotel.

Był to najlepszy z możliwych start urlopu, a i później miało się dziać...

Mapka z Walkinghighlands >>LINK<<