statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
niedziela, 27 lipca 2008

Notka ze względów technicznych podzielona została na 2 części. Część II poniżej

Na Aonach Eagach byliśmy po raz pierwszy w sierpniu '07 i szlak ten wywarł na nas wielkie wrażenie. Po roku przyszedł czas na weryfikację - wiedzieliśmy już, czego się spodziewać, byliśmy przygotowani psychicznie na trudności i bardzo chcieliśmy się przekonać, czy tym razem odbierzemy tę drogę tak samo. No i oczywiście potrenować przed Tatrami.

Tym razem wchodziliśmy inną trasą, prosto z małego parkingu po prawej (patrząc na zachód) stronie A82. Przypominam: rok temu wbijaliśmy się trawersując zbocze Am Bodach wzdłuż potężnego żlebu ze strumieniem i docierając do przełęczy pomiędzy... Hm, może wytłumaczę tak. Grań, której częścią jest Aonach Eagach, jest niezwykle długa. Rozpoczyna ją wzniesienie powyżej Blackwater Reservoir, skąd wije się ona łagodnie, by wreszcie zacząć się robić coraz bardziej poszarpana, na krótkim odcinku wręcz zwariowana (to właśnie Aonach Eagach, nazwa odnosi się tylko do tego niewielkiego fragmentu), po czym znów złagodnieć i po kolejnych paru kilometrach sfiniszować w niewielkim Sgurr na Ciche aka Pap of Glencoe nad Loch Leven. Nasza przełęcz oddziela tę pierwszą, łagodną część od poszarpańców kulminujących w AE. Z tej przełęczy na Am Bodach, które jest tradycyjnym początkiem drogi (choć AE sensu stricto to jeszcze nie jest) trzeba jeszcze kawałek podejść. Tegoroczny szlak jest dużo ciekawszy i bardziej ekonomiczny niż nasza poprzednia trasa, ponieważ wyprowadza prosto na wierzchołek Am Bodach, w dodatku fajną, skalistą ścieżką, na której momentalnie zyskujemy wysokość, a za plecami cały czas mamy Glencoe.

Teraz weryfikacja (kursywą zaznaczyłam cytaty z zeszłorocznej notki):

1.
Pierwszym wzniesieniem na trasie jest Am Bodach, 943m n.p.m. W tym rejonie napotyka się już wstępne trudności: strome i eksponowane trawersowanie skalnego zbocza, zdecydowanie podwyższające poziom adrenaliny.

Pod tym mogę się podpisać z jednym zastrzeżeniem: to jest bardzo łatwy fragment. Rok temu wystraszyła nas ekspozycja, ponieważ się jej nie spodziewaliśmy (o AE pojęcie mieliśmy praktycznie zerowe). Teraz, patrząc na chłodno, oceniam to przejście jako banalne.





! Żadna z fotek nie jest ilustracją dla powyższego akapitu. Obie przedstawiają początkowe momenty trasy, tuż za Am Bodach !


2. Atrakcją okazał się piękny 15-metrowy komin, który z punktu, z jakiego ujrzeliśmy go po raz pierwszy, prezentował się po prostu strasznie. Było to pierwsze (i po prawdzie ostatnie, acz tylko dlatego, że potem nie miałabym odwagi na wycofywanie się) miejsce, gdzie powiedziałam: pieprzę, nie idę. Na szczęście M. namówił mnie, żebym zeszła aż do samego podnóża komina i dopiero stamtąd oceniła możliwości - faktycznie, z tej perspektywy wyglądał na całkiem łatwy. Owszem, totalnie pionowy, ale tak znakomicie wyrzeźbiony, że szło się jak po drabinie, bez żadnych trudności.

Co do oceny trudności zgoda, ale ten komin wcale nie wygląda tak źle. Pewnie znów zadział brak efektu zaskoczenia, bo to miejsce nie wydało mi się ani odrobinę groźne. Poniżej fotki z komina:




3. O ile komin wyglądał tragicznie, a okazał się łatwy, o tyle na Wariatach było inaczej. I wyglądały, i były hardkorowe. Ekspozycja cały czas, momentami bardzo poważna, ŻADNYCH ubezpieczeń, skały generalnie nieźle wyrzeźbione, ale w kilku wspinaczkowych momentach nie było łatwo o dobry chwyt.

Z tym akapitem mam problem. Bo zasadniczo się z nim zgadzam, wszystko tu jest prawdą. Ale z tych kilku zdań emanuje autentyczne przerażenie, którego ten odcinek tym razem we mnie nie wzbudził. Przyznaję, na trzech czy czterech ściankach miałam drobne problemy. W jednym miejscu Mariusz musiał ustawić mi nogi, ponieważ było tak eksponowane, że prosty manewr dania dużego kroka i obrócenia się na kominko-ściance okazały się dla mnie sporym obciążeniem psychicznym. Było kilka momentów wymagających zastanowienia. W jedym miejscu zjechałam po gładkiej płycie zdzierając skórę z łokcia. Ale nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to były hardkory. Jedynym czynnikiem utrudniającym była ekspozycja. Trudność szlaku samą w sobie oceniam raczej nisko.

... obycie z ekspozycją wcale nie miało kluczowego znaczenia, ponieważ ten szlak jest autentycznie trudny sam w sobie.

J.w. Nie jest.



4. Potencjalni czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, do jakiego stopnia zwariowany jest ten szlak. Nie umiem ocenić, na ile jego trudność jest spowodowana brakiem ubezpieczeń, nie wiem, czy ołańcuchowany stałby się banalny. W każdym razie w takiej postaci, w jakiej jest teraz, spokojnie wytrzymuje porównanie z zejściem z Koziej Przełęczy do Pięciu Stawów, a na pewno jest dużo gorszy niż np. Granaty.

Stwierdzam to z pełnym przekonaniem: owszem, ołańcuchowanie zlikwidowało by wszelką trudność. Dla mnie zasadne byłoby jedynie w dwóch miejscach - na wspomnianej eksponowanej kominko-ściance i w (moja nazwa :D) Kominie Śmierci. Oba miejsca są stosunkowo proste do przejścia, ale niebezpieczne z powodu znacznej ekspozycji. Łańcuch mógłby to niebezpieczeństwo zmniejszyć, zwłaszcza przy śliskiej skale. Acz skoro przejść się bez niego da, niezbędny nie jest.
Co do mojego porównania z tatrzańskimi szlakami, wolę się nie wypowiadać, ponieważ na obu byłam naprawdę dawno i nie wszystko pamiętam. Wydaje mi się jednak, że przesadziłam w obu przypadkach, zwłaszcza z Granatami. Ocenię to po powtórnym przejściu.




5. Na szlaku co kilkanaście / dziesiąt metrów pojawiają się kilkumetrowe ścianki, niebezpieczne z tego samego powodu co kominy: ekspozycji. Nie można sobie tutaj pozwolić na zlekceważenie zasady trzech punktów oparcia, trzeba szukać chwytu aż do skutku. Nieodzowne okazuje się schodzenie przodem, które jak większość kobiet odbieram jako nienaturalne.

Znienawidzone przeze mnie schodzenie przodem okazało się niezbędne jedynie w bardzo niewielu i najtrudniejszych momentach. Tym razem nie dałam się przekonać Mariuszowi, który jest zwolennikiem takiego złażenia, i uparłam się, że robię po swojemu. Jak się okazało, można. Przodem schodziłam może ze trzy - cztery razy, na niewielkich fragmentach.

6.
A tu najlepsze miejsce trasy, zaiste heart-stopping. Uwaga: szlak biegnie trawersem przez trawki aż do widocznego w dole komina zawieszonego nad przepaścią (...) Z tym miejscem naprawdę były jaja: nie dość, że wąski, nachylony i trudny, to jeszcze sprowadzał na wąską eksponowaną półeczkę, a dalej wcale nie było lepiej...

Komin Śmierci faktycznie może być kłopotliwy. Jest dość długi, w dolnej partii nie ma zbyt wielu chwytów i co najgorsze, faktycznie sprowadza tylko na niewielką półkę. Upadek prawie na pewno skończyłby się może nie lotem, bo tamtejsza przepaść nie jest ściętą ścianą nachyloną pod kątem prostym, tylko nadzwyczaj stromym zboczem - ale z pewnością dłuuugim i baaardzo szybkim turlaniem, co w temacie konsekwencji na jedno wychodzi.
Najlepszy dowód że Bat, który do tego momentu radził sobie świetnie, w KŚ zaczął zdradzać objawy paniki. Przez dłuższy czas nie mógł się zdecydować na żaden ruch, stwierdził nawet, że robi mu się niedobrze. Wreszcie z pomocą Mariusza pokonał paraliż i jakoś zlazł. Nie opisuję tej sytuacji po to, by nabijać się z kumpla, ale jako dowód, że to miejsce może psychicznie dać popalić, bo Baty w górach zawsze trzyma poziom, a nawet dla niego okazało się trudne.
Ja sama przeszłam komin ze strachem, lecz bez większych problemów (dużo dała mi świadomość, że już raz mi się udało), acz było to jedno z tych miejsc, gdzie musiałam zejść przodem i wcale nie trzeba mnie było przekonywać.
Poniżej zastanawiamy się z Batym co dalej u wylotu KŚ:



W KŚ. Siedzę w połowie długości i to ta dolna sprawia kłopoty. To zdjęcie dość dobrze oddaje skalę ryzyka, spad po lewej oraz półka zejściowa są nieźle widoczne:



7. Kiedy już udało się nam przedostać na półkę, czekała nas wspinaczka kilkunastometrową ścianą, która z dołu wyglądała na świetnie wyrzeźbioną (...), ale okazała się raczej przesrana, ponieważ uformowana była z grubsza w bardzo wysokie schody, tak wysokie że ani nogi zadrzeć, ani się złapać (krawędź schodów to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chciałabym widzieć jako uchwyt). Jakoś się udało, ale nie bez trudu i stresu. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że prędzej zadzwonię po 911 niż zawrócę, gdyby była taka konieczność. Za nic nie chciałam schodzić tą ścianką.

A to jest już bullshit drodzy państwo. Owszem, ścianka jest wysoka i eksponowana, ponieważ sytuuje się dokładnie nad naszą małą półeczką. Nie jest natomiast trudna. Nie wiem, gdzie ja widziałam te "schody". Chwyty są, jest na czym stanąć. Podejrzewam, że poprzednio byłam tak roztrzęsiona Kominem Śmierci, że zmieniło to moją perspektywę. Jest to jedyne miejsce szlaku co do którego moja obecna ocena różni się o 180 stopni.



"Ściana Śmierci", której już nie będę tak nazywać

8. Na szczęście nic gorszego już na nas nie czekało. Przy czym nie był to bynajmniej koniec trudności.

Tu się zgadzam. Należałoby zaznaczyć jedynie, że na tym właśnie odcinku szlaku sytuuje się ich najwięcej. W kilku momentach miałam małą zagwozdkę, ale faktycznie, niczego trudniejszego niż KŚ już tam nie ma.





9. Szlak (...) doprowadza do miejsca, którego w żaden sposób nie da się ominąć (...) Jedyny sposób to przejście tym właśnie kominkiem (po lewej), starając się wystawać z jego rynny najmniej, jak to możliwe.

Jak widać poniżej, nie jedyny.





10. Trasa dostaje ode mnie *****. Szlak tylko dla osób obytych z ekspozycją, które są pewne, że nie sparaliżuje ich lęk wysokości. Sporo podciągania na rękach. Koniecznie należy pamiętać o zasadzie trzech punktów oparcia, ścieżki szukać ostrożnie (momentami wariantów przejścia jest więcej, nie warto ryzykować trudniejszego). Brak możliwości wcześniejszego zejścia z ponad trzykilometrowej grani. Przy złej pogodzie, śliskiej skale lepiej się wycofać póki jeszcze można. Schodząc z ostatniego szczytu na trasie uważać na ścieżkę.

Pięć gwiazdek - tak, ale tylko dla KŚ. Dla szlaku jako takiego ****.

Generalnie: Aonach Eagach pokonywane na chłodno okazało się nie aż tak trudne. Sądzę, że przyczyna różnicy ocen leży wyłącznie w mojej psychice. Za pierwszym razem byłam totalnie zaskoczona, ponieważ moja eksperiencja w temacie szkockich gór była dużo skromniejsza i nie spodziewałam się, że można tu znaleźć podobne szlaki. Ponadto przez całą długość drogi nie wiedziałam, co mnie JESZCZE czeka, a wyobraźnia pracowała na ostro. Tym razem miałam kilka poważnych przewag: wiedziałam, że szlak już raz przeszłam, pamiętałam jego przebieg i charakter trudności całkiem nieźle, więc nie mordowała mnie własna imaginacja. Myślę, że to właśnie jest recepta na strach: dać sobie spokój w wyobrażaniem, skupić się na tym, co aktualnie robimy. Na Orlej Perci będzie to o tyle trudne, że znam tylko małe fragmenty więc siłą rzeczy coś tam sobie wyobrażać będę. Ale obiecałam sobie, że spróbuję te wizje zminimalizować i postaram się koncentrować jedynie na obecnie pokonywanych trudnościach. Warunki fizyczne mam dobre, jestem sprawna i wystarczająco silna, mam długie kończyny. Jeśli tylko dam radę zmierzyć się z własną psychiką, nie ma powodów dla którego miałabym tego szlaku nie przejść.
Cieszę się, że wybrałam się na Aonach Eagach po raz drugi. Zwłaszcza dlatego, że pozwoliło mi to dojść do takich, a nie innych wniosków.



Bardzo dobra mapka, przy czym my schodziliśmy ze Sgurra nam Fiannaidh ścieżką prosto do Clachaig Inn, nie zaznaczoną na mapie (cieńsza fioletowa linia nie reprezentuje drogi).
Komplet zdjęć tu: >>LINK<<
poniedziałek, 14 lipca 2008

Nr 14, The Saddle

Wymowa: ang.

Znaczenie nazwy: siodło

Wysokość: 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 121.

Data wejścia: 13.07.2008

Już od dawna korciła nas Glen Shiel, słynne skupisko 21 munrosów. Glen Shiel położona jest ok. 60 mil za Fort William, więc kiedy wybraliśmy się tam na weekend, postanowiliśmy wreszcie się z nią zapoznać. Za cel wycieczki obraliśmy sobie The Saddle, najbardziej spektakularny szczyt doliny. Rekomendowana trasa obejmuje prócz The Saddle także sąsiedniego munro Sgurr na Sgine, ale nie zdecydowaliśmy się na niego wchodzić. I tak nie zbierzemy wszystkich munrosów, postanowiliśmy więc nie ograniczać się żadną listą i wybierać po prostu co ciekawsze góry - co oczywiście nie wyklucza dalszego liczenia zdobytych munros, bo niby dlaczego.

Przez Glen Shiel biegnie droga A87, dość popularna, ponieważ prowadzi na wyspę Skye (jedyny most). W dolinie znajduje się kilka parkingów, kierujący się na The Saddle powinni wysiąść na tym przed Malagan Bridge (na mapach OS wszystko jest bardzo precyzyjnie zaznaczone), po lewej stronie szosy (jadąc w kierunku Skye). Odchodzą stamtąd dwa szlaki: jeden na Sgurr na Sgine, prostopadle do szosy, i drugi bardziej w prawo, wspinający się na niski wał wznoszący się nad drogą. Tym właśnie idziemy.



Na zdjęciu powyżej widać ten właśnie niski wał utworzony przez dwa wzniesienia bezpośrednio nad drogą. Szlak na przełęcz pomiędzy nimi (to ta po prawej stronie zdjęcia) jest chyba widoczny, choć możliwe że ja po prostu wiem gdzie patrzeć. Zza wału wyłania się z mgły Sgurr nan Forcan.

Na przełęcz wspinamy się bez trudności, łagodnie nachyloną ścieżką. Idzie to dość szybko, a podczas marszu można podziwiać rosnące w oczach Pięć Sióst Kintail po przeciwległej stronie szosy.

Dopiero z przełęczy otwiera się widok na The Saddle. Na zdjęciu poniżej jest to szczyt po prawej od Sgurra nan Forcan, najwyższego na fotce punktu masywu. The Saddle jest nieco w głębi, dlatego wygląda na niższy.



Z przełęczy Sgurr nan Forcan prezentuje się o wiele efektowniej niż nasz szczyt docelowy i trudno uwierzyć, iż to nie on jest najbardziej honornym szczytem Glen Shiel. Tymczasem sytuacja wygląda tak, że Forcan stanowi po prostu drugi najwyższy punkt spektakularnej grani, której kulminacją jest The Saddle. Forcan nie ma nawet statusu munro ze względu na zbyt małą wybitność.



Five Sisters of Kintail

Za przełęczą kawałek pokonujemy po względnie płaskim, po czym zaczynamy bezpośrednią wspinaczkę na Forcana.



Jakkolwiek wspinaczka istotnie w wielu momentach polega tu na wspinaniu zamiast wchodzeniu, trudno nie jest. Przyznam, bałam się co mnie czeka (opis w The Munros brzmiał trochę podejrzanie), ale niepotrzebnie. Forcan jest naprawdę łatwy do zdobycia, choć oczywiście należy zachować ostrożność, tym bardziej że szlak jest miejscami eksponowany.





Glen Shiel, widok w kierunku wschodnim



Z początku napotykamy trochę łatwych nachylonych ścianek, dalej na kilkudziesięciumetrowym odcinku grań się wypłaszcza (z tego punktu wreszcie widać szczyt) po czym ponownie spiętrza - wyraźną stromą ścieżką plus skałami wbijamy się na wierzchołek Forcana.




Płaski odcinek grani przed Forcanem

Cały czas prowadzi nas ścieżka biegnąca to po ostrzu grani, to z jej prawej strony. Na ogół jest wyraźna ale czasami na moment ginie, należy wtedy zachować szczególną ostrożność.






Na szczycie Sgurr nan Forcan, na drugim planie dwuwierzchołkowe The Saddle

Dopiero z Forcana staje się oczywiste, dlaczego The Saddle nazywa się tak a nie inaczej: drugi wierzchołek, o wysokości identycznej z pierwszym, prostopadły do naszej grani i przez to jak dotąd niewidoczny, tworzy ze swoim bliźniakiem faktycznie siodło.

Wreszcie odsłania się też najtrudniejszy odcinek The Forcan Ridge:


Grań pomiędzy Forcanem a The Saddle to wypisz wymaluj Aonach Eagach, tyle że bez najcięższych fragmentów. Gdyby z AE wyciąć wielki komin (ok, nie był trudny, ale robił wrażenie), kilka mniejszych kominków i finałowe trudności, pozostałaby dokładnie Forcan Ridge. Ciężej - acz bez przesady - było mi tylko raz, na kilkumetrowym bardzo stromym zejściu. Co prawda wybraliśmy opcję ścieżkową, którą autor naszej książki uważa za pośledniejszą - wg niego honorowo jest jedynie cały czas po ostrzu grani. Czyli głównie okrakiem, bo tak tam sytuacja wygląda:/




Naprawdę się obawiałam, co mnie czeka, i żałuję że sobie na to pozwoliłam, bo strach odebrał mi wiele przyjemności, a koniec końców okazał się bezpodstawny. Ten szlak naprawdę nie jest trudny. Jedynie eksponowany.







Forcan z Forcan Ridge



Końcowe partie podejścia na The Saddle to już zwykłe wchodzenie, żadnej wspinaczki.



"Siodło" jest szerokie - w rejonie szczytu zmieściły się nawet dwa jeziorka - i od strony wschodniej opada całkiem łagodnie, hardkory występują od zachodu. Na południe i zachód odchodzą długie granie, które wyglądają na dość fajne, z tym że nie ma tam żadnych munrosów.



Grań południowa



Forcan Ridge ze szczytu The Saddle



Schodziliśmy wyraźną ścieżką opadającą z okolic drugiego wierzchołka. Ścieżka biegnie średnio stromo, głównie po trawie. Żadne skały już nas nie czekają. Na relaksie schodzimy na obniżenie pomiędzy The Saddle a Sgurr na Sgine, z którego - UWAGA! - jedyną sensowną drogą, o ile nie wbijamy się na drugiego munro, jest trawers do ścieżki którą wchodziliśmy. Doliną, choć jest to opcja kusząca, schodzić nie ma co. My popełniliśmy ten błąd i zaplątaliśmy się w liczne wąwozy, by wreszcie nadziać się na płot i wędrować wzdłuż niego aż do wysokości parkingu, gdzie napotkaliśmy szlak zbiegający ze Sgurr na Sgine. Opcja energochłonna i niekomfortowa, chyba że ktoś jest fanem jeleni: za płotem sporo tego się pasie (rezerwat jaki czy co?).

Szlak oceniam na ***. Polecam, jeśli ktoś słyszał już o Aonach Eagach i chciałby bezstresowo wczuć się w klimat. Piękna trasa i piękny szczyt. Widoki nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, chyba przez nieciekawą pogodę, choć przyznaję że Pięć Sióstr i generalnie otoczenie Glen Shiel jest imponujące. Wycieczka z tych nienajdłuższych, osobom ambitnym polecam wzbogacenie jej o nieodległy Sgurr na Sgine. Dzikom z kolei sugeruję pokonanie Forcan Ridge non stop po grani, jak to rekomenduje autor The Munros. Mariusz orzekł, iż rzecz nie jest arcytrudna i byłby to w stanie zrobić, ale bez balastu czyli mnie. Balast ustosunkował się do tematu stwierdzając, że nie będzie z tego powodu rozpaczał, albowiem zna swoje możliwości.
Bardzo interesująca i godna polecenia trasa. Więcej zdjęć tu: >>LINK<<