Tagi




statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
poniedziałek, 11 czerwca 2018

 

Nr 220, Sgurr na Ruaidhe; nr 221, Carn nan Gobhar; nr 222, Sgurr a'Choire Ghlais; nr 223, Sgurr Fuar-Thuill

Wymowa: skur na ruje; karn nan gołer; skur a hoje glasz; skur fuar hoil

Znaczenie nazwy: rocky peak of redness; carn like hill of the goats; rocky peak of the grey corrie; rocky peak of the cold hollow (za MunroMagic)

Wysokość: 993 m n.p.m.; 992 m n.p.m.; 1083 m n.p.m.; 1049 m m.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 151.; 153.; 60.; 82.

Data wejścia: 9.6.18

 

Te cztery munrosy miały być nieco problematyczne logistycznie. Otóż niemal cała ziemia w Szkocji jest prywatna (a konkretnie w rękach kilkuset ludzi, swoją drogą bardzo ciekawy temat ale nie będę go w tym miejscu rozwijać) ale tego się nie czuje ponieważ (inaczej niż np. w Anglii) obowiązuje right of way. Właściciel Glen Strathfarrar nie był w stanie tego prawa przeskoczyć, ale zrobił co mógł, a mianowicie bardzo ograniczył dostęp do doliny. W malutkim Struay dalszą drogę w dolinę zagradza brama, a w nieodległym Milton Cottage siedzi sobie pani która ją otwiera i wręcza nam bilet. Gdzie tu hak? Jest kilka. Raz, brama jest otwarta tylko przez określoną ilość godzin, najdłużej teraz latem - od 9 rano do 8 wieczorem, i trzeba się wyrobić ponieważ w dolinie nie wolno parkować na noc.W niektóre dni wjazd jest w ogóle zabroniony. Zimą akces uzyskać mogą jedynie członkowie Scottish Mountaneering Club. I wisienka na torcie: dziennie jest wpuszczanych max 25 samochodów. Szczegóły tutaj: >>LINK<<

Żeby być pod bramą przed dziewiątą Mariusz zabrał mnie w piątek wieczorem z pracy i do celu zaczęliśmy dobijać koło 23.00. Kiedy do bramy zostało dosłownie niecały kilometr, przy szosie ujrzeliśmy mały hotelik. Wrodzony sybarytyzm zwyciężył i zamiast rozkładać namiot przy świetle latarek spędziliśmy noc w The Cnoc Hotel, płacąc za pokój i śniadanie całkiem rozsądną cenę 90 funtów. Hotelik jest uroczy, czysty, personel miły. Więcej info pod >>LINKIEM<<. Kiedy rano stawiliśmy się pod bramą byliśmy wypoczęci, pełni entuzjazmu i ogólnie szczęśliwi ;)

Było może za pięć dziewiąta kiedy przed bramą ustawił się wielki camper van na niemieckich numerach. Uznając że faktycznie już czas, ustawiliśmy się za nim. Wtedy z vana wyleciała babka i zaczęła dramatycznie gestykulować, pokazując, że nie, że brama się nie otwiera. Z drugiej strony po chwili dołączył kierowca. Mariusz wysiadł i zaczął mu tłumaczyć że wszystko jest w porządku, po prostu jest jeszcze parę minut do dziewiątej, na co tamten podziękował i powiedział że jadą nad Loch Ness... Face palm jak do Kornwalii bo Loch Ness jest dokładnie w przeciwną stronę, a właścicieli tak wypasionego campera raczej powinno być stać na nawigację. Swoją drogą gdyby nie zostali uświadomieni że to NIE JEST droga nad Loch Ness, pewnie dojechali by do końca doliny gdzie zaczyna się piękne Loch Monar i byliby by przekonani że są u celu. I na dobre by im to wyszło bo to o wiele piękniejsze miejsce niż prawdziwe Loch Ness...

Za bramą jedzie się jeszcze kilkanaście kilometrów w głąb doliny, aż po prawej - północnej stronie pojawia się polana, a na zboczu ponad nią można zobaczyć wyjeżdżoną terenówką drogę - to na tej polanie należy zaparkować, a droga to początek trasy. Wkrótce osiągamy położoną wyżej odnogę doliny, otoczoną przez trzy munrosy. 



My wchodzimy na ramię stanowiące wschodnie obramowanie doliny, a kulminujące w munrosie Sgurr na Ruaidhe. Umęczyliśmy się tam choć nie jest to jakieś ekstremalnie ostre podejście. Klimat był jednak niesprzyjający: gorąco, parno, powietrze stało, generalnie pogoda przedburzowa. Kiedy osiągnęliśmy szczyt i było wiadomo że najdłuższe dzisiejsze podejście za nami, ulżyło mi tak że złapałam drugi bieg.



Na poniższym zdjęciu widać kolejne dwa munrosy. Gdzieś na tym etapie zaczęło grzmieć, na południe od nas niebo pociemniało oraz widać było że tam leje. Niby zrobiło się chłodniej i szło się dużo lepiej ale miałam paskudnego stracha że ta burza się przesunie w naszym kierunku. Przeżyłam już raz burzę w górach (na Kopie Kondrackiej) i jest to dość ekstremalne doświadczenie. Ustaliliśmy na szybko plan działana jak przyjdzie co do czego (wyłączamy elektronikę i siadamy na plecakach) i cisnęliśmy dalej. Na szczęście burza została tam gdzie była.



W tle Sgurr na Ruaidhe. Zejście i wejście na Sgurr nan Gobhar zajęło nam niecałą godzinę. 



Po drodze mało nie zdeptaliśmy pardwy, która wysiadywała jajka na ścieżce. Była zakamuflowana tak świetnie że z odległości paru metrów po prostu znikała. Zimą te cwaniaki zmieniają upierzenie na śnieżnobiałe.



Na Carn nan Gobhar widoczność drastycznie spadła oraz zaczęło siąpić.



Sgurr a'Choire Ghlais nie był co prawda widoczny w całości ale widać było że jest znacznie wyższy i kształtniejszy niż dwa pierwsze munrosy. 



Carn nan Gobhar w tle:



To morze zieleni zaczyna się zwykle na początku czerwca i trwa do końca sierpnia. Przez resztę roku góry są rudawe. Ta ilość zieleni nieco oszałamia. Jakby chodzić po wielkim powybrzuszanym stole bilardowym.



Na podłużnym, flankowanym stromiznami wierzchołku Sgurr a'Choire Ghlais stoją dwa kurhany które z daleka wyglądają jak sutki (z mapy nie wynika który z nich wyznacza właściwy szczyt więc wlazłam na oba) oraz trianguł. To bardzo ładny wierzchołek i bardzo ładna góra. Pierwsze dwa munro są raczej kopami, zaś kolejne dwa to już bardzo przyjemny kawałek trasy.



Kolejnego munrosa nie było widać, kryło go mleko. Wiadomo było jednak że na przełęcz schodzi się od kurhanu północno-wschodniego. Dopiero dużo niżej zaczęło nam się coś odsłaniać ale nie był to munros właściwy, a piękny szczycik Creag Ghorm a'Bhealaich, przy wysokości 1030 m n.p.m. mający status munro top. 



Zejście ze Sgurr a'Choire Ghlais:



Moje ulubione zdjęcie i początek spektaklu wydawanego tego popołudnia przez chmury i mgły:



Creag Ghorm a'Bhealaich. Warto na niego wejść (to moment) i pooglądać sobie kocioł opadający do Glen Orrin.



Z tego przedszczytu wreszcie ujrzeć można właściwy wierzchołek Sgurr Fuar-Thuill, wyższy o 10 metrów:



Jeszcze rzut oka na kocioł:



Już pokonana trasa, co prawa Sgurr na Ruaidhe się chowa, ale widać Carn nan Gobhar i Sgurr a'Choire Ghlais:



Wreszcie zaczęło być coś widać, i to całkiem sporo. Na mgnienie oka pokazały się Fannichsy, wypatrzyłam też kontur Liathach oraz Maol Chean-dearg. Ben Wyvis, Lurg Mhor, Cheesecake oraz jeszcze nie zdeptany Maoile Lunndaidh były widoczne bez problemu, podobnie jak sąsiednie munrosy nad po trzykroć przeklętym Loch Mullardoch.



Rzeczone Mullardoch munros, samego jeziora na szczęście nie widać (wolałabym iść Mordoru ryzykując rendez vous z Szelobą niż jeszcze raz wybrać się nad Loch Mullardoch):



Wiadomo było że aparat nie odda tego w pełni, ale było po prostu cudownie!



Za ostatnim munrosem podeszliśmy jeszcze na ostatni tego dnia szczycik Sgurr na Fearstaig, kolejny munro top, i można było zacząć schodzić stalkerską ścieżką.

Sgurr na Lapaich:



Po osiągnięciu drogi pozostaje jeszcze 6-kilometrowy marsz do parkingu. Nasz nowy znajomy którego poznaliśmy na tej trasie poradził sobie tak że rano podrzucił tam rower, który teraz na niego czekał. Pojechał nim na parking, po czym wrócił samochodem po Mariusza (zmieścić się mogła tylko jedna osoba), żeby ten mógł z kolei podjechać po mnie. Czyli oboje zaoszczędziliśmy jakieś trzy kilometry a i tak telefon twierdzi że przeszliśmy ich 29, o 3 więcej niż podaje dla całej trasy Walkhighlands.

Wyrobiliśmy się na 19.25 więc gdyby nie ta ostatnia podwózka bylibyśmy pewnie dokładnie na styk :)

>>LINK<< do opisu trasy

>>LINK<< do mapy