statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
poniedziałek, 29 czerwca 2015

Nr 159A' Ghlas Bheinn

Wymowa: glaswen

Znaczenie nazwy: grey hill (za MunroMagic)

Wysokość: 918m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 273.

Data wejścia: 25.6.15


A' Ghlas Bheinn ogranicza od zachodu Glen Affric, mega munrosową dolinę gdzie mamy zrobioną tylko jedna górę (na którą i tak wchodzi się od Glen Shiel więc bywa do tejże zaliczana). Jest to dość niefortunny munros, bo usadowiony opodal znacznie konkretniejszego i kształtniejszego sąsiada, Beinn Fhady, więc szału nie robi. Przynajmniej takie mieliśmy wrażenie z parkingu.

Poniżej Sgurr a Choire Ghairbh, część Beinn Fhady (wierzchołek znajduje się w innej partii masywu):

Oraz A' Ghlas Bheinn niczym wielkanocna baba na której ktoś usiadł. I jeszcze się umościł.

Start z Morvich, maleńkiej miejscowości położonej nad Loch Duich, gdzie niemal zbiegają się wyloty Glen Shiel i Glen Affric.

Droga z początku biegnie przyjemną (lasy!!) doliną, by wreszcie zacząć wbijać się na coś w rodzaju płaskowyżu (coś w rodzaju, bo tak plaskate jak w Cairngormsach to jednak nie jest). 

O tak to wygląda (A' Ghlas Bheinna nie ma w kadrze). Trochę byłam w szoku, bo spodziewałam się strzelistych kształtnych gór jak w nieodległej Glen Shiel, tymczasem widoczne na zdjęciu szczyty Glen Elchaig są... No mniej skowyrne, to na pewno. Munrosów jednakowoż tam nie ma z tego co kojarzę.

Tam gdzie ten niewinny strumyczek opada w dół, figuruje wodospad Glomach. Nie jest najwyższy w UK - spad liczy sobie 113 metrów - spotkałam się jednak z opiniami, że wywiera największe wrażenie.

Zdjęcia nie oddają lufy ani pełnej wysokości, ale faktycznie Glomach daje radę. Piękna sprawa. Zdecydowanie nie polecam na wycieczkę z małoletnimi dziećmi, chyba że na smyczy.

Od wodospadu trzeba było się kawałek wrócić, po czym zaczęliśmy włażenie na to co wydawało się wałem szczytowym munrosa.

Przy czym kiedy już wdrapaliśmy się na wał okazało się że do wierzchołka jeszcze dwa kilometry.

Szło w miarę sprawnie ale pogoda zaczęła się pogarszać - zanosiło się na powtórkę z poprzedniej wycieczki. Dammit! :/

Wyjątkowo pesymistyczne zdjęcie szczytowe:

Kiedy zaczęliśmy schodzić (nie było sensu moknąć na wierzchołku dłużej niż to konieczne do zrobienia zdjęcia) chmury zaczęły ustępować - a że byliśmy wciąż bardzo wysoko, widoki były praktycznie takie jak ze szczytu.

Loch Duich (na ostatnim planie Beinn Sgritheall):

Fragment masywu Beinn Fhady z wyłaniającym się Sgurr Fhuaran:

Po prawej Sgurr nan Saighead:

Oraz Beinn Fhada raz jeszcze - Hunter's Ridge:

Zejście z A' Ghlas Bheinna było nieco przerąbane: mnóstwo skalnych przedwierzchołków, wejść i zejść, jeden fałszywy wierzchołek za drugim. Przełęcz powitaliśmy z ulgą.

Powrotna dolina Gleann Choinneachain jest przepiękna, ścieżka biegnie wysoko ponad jej dnem, a my jeszcze trafiliśmy tam w czasie kiedy wszystko jest soczyście zielone.

Marsz tą doliną to była czysta przyjemność, nawet pomimo coraz bardziej dokuczającego odcisku :)

Widok na przełęcz. To po prawej należy do masywu Beinn Fhady:

Wycieczka (21,5 km) była piękna acz moim zupełnie i osobiście prywatnym zdaniem, nic nie ujmując wodospadowi Glomach, ale końcowa dolina była jednak tym co zrobiło dzień.




Nr 156Sgurr nan Coireachan; nr 157, Garbh Chioch Mhor; nr 158, Sgurr na Ciche

Wymowa: skur nan korahan; garw hierh wor; skur na kih

Znaczenie nazwy: peak of the corries; big stony breast; peak of the breast (za "Walking the Munros")

Wysokość: 953m n.p.m.; 1013m n.p.m.; 1040m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 213.; 116.; 92.

Data wejścia: 23.6.15


Na te trzy munrosy, znane (z jeszcze jednym) jako Rough Bounds of Knoydart, idzie się z Glen Dessary. Nie jest to jeszcze półwysep Knoydart sensu stricto, ale jak nazwa wskazuje, jego ograniczenie. By się tam dostać trzeba przejechać wzdłuż długiego Loch Arkaig jedną z najbardziej zwariowanych dróg jakie można znaleźć w Szkocji: oczywiście z mijankami ale i z mnóstwem "blind summits" i to takich że maska samochodu zasłania dalszą drogę i pozostaje tylko nadzieja że z drugiej strony nic nie jedzie; efektownych "hopek" i ogólnie jest milion okazji żeby się malowniczo zabić. Na końcu jeziora jest spory parking. 

Ścieżek jest w okolicy sporo, więc może od razu mapka (z Walkhighlands) żeby było jasne , którędy:

Pogoda niestety nie robiła szału. Było dużo gorzej niż poprzedniego dnia kiedy słońce jednak chwilami wychodziło. 

Tego ranka miejscowa fauna prezentowała się bardziej malowniczo niż góry:

Ta górka (jeśli dobrze patrzę na mapę Creag an Taghain, 495m n.p.m.) wyglądała całkiem przyjemnie:

Ścieżka z początku biegnie dnem doliny, potem zboczami korbeta o pięknej nazwie Sgurr Cos na Breachd-laoidh (po naszemu to Góra W Której Znajduje Się Jaskinia Pstrego Cielęcia ☉_☉). Było niemożebnie mokro i błotniście. Po przekroczeniu potoku zaczęliśmy się stromo wspinać na Sgurr nan Coireachan gdzie sytuacja błotna bynajmniej się nie polepszyła.

Podczas podchodzenia tym zboczem zaliczyłam przynajmniej dwa kryzysy - nie dość że pieruńsko strome, to nie chciało się skończyć. W górnych partiach teren trochę się położył, ale odpocząć można było dopiero na końcówce, za niższym wierzchołkiem (zdjęcie robione z wierzchołka właściwego):



Oraz tenże wierzchołek plus pogarszające się warunki pogodowe w tle.

Na szczęście resztę trasy póki co było widać. Garbh Chioch Mhor i Sgurr na Ciche prezentowały się epicko, co wydaje mi się że akurat to zdjęcie oddaje nieźle ponieważ są na nim ludzie. No i niestety aż za dobitnie widać było jaki to kawał drogi i ile jeszcze podchodzenia...

Przełęcz między Sgurrem nan Coireachan a Garbh Chioch Mhor jest bardzo głęboka, obniżamy się o ponad 200 m. 

Na Garbh Chioch Mhor wchodziło mi się lepiej, raz ze względu na mniejsze nachylenie, dwa teren jest tu znacznie bardziej urozmaicony - dużo więcej skały - no i oczywiście widoki. Całą długością grani biegnie murek dzięki czemu nie powinno być tu problemów nawigacyjnych nawet we mgle.

A chmura niestety przylazła, i już została. Sgurra na Ciche już mieliśmy tego dnia nie ujrzeć, jego widok z pierwszego munrosa musiał nam wystarczać. Poniżej Garbh Chioch Mhor z przedwierzchołka (Garbh Chioch Bheag, czyli też skalny cycek tyle że mały).

I to byłby już koniec widoków na ten dzień. Tadam.

Kolejna przełęcz, Feadan na Ciche (moje ulubione tłumaczenie to Whistle of the Breast, Gwizd Cycka) jest położona wysoko więc pomiędzy dwoma ostatnimi munrosami nie ma już specjalnie ciężkiej roboty. Takie zdjęcie akurat się trafiło, ale za dużo scramblingu to tam nie ma:

Kopuła szczytowa Sgurr na Ciche podobno jest efektowna - bardzo dużo tu skały. No fakt trochę skały było widać:

Stamtąd zerodowana i bardzo stroma (wiem, że zdjęcie tego nie oddaje) ścieżka zygzakuje pomiędzy formacjami skalnymi i rumowiskami. Są momenty że naprawdę lepiej się nie poślizgnąć. Wysokość nabiera się momentalnie.

Panorama ze szczytu (okres szary):

Za Feadan na Ciche zaczyna się najciekawsza część trasy, niezwykle malowniczy wąwóz. Tu już czyste niebo nie miało znaczenia. 

Wyspa Eigg i Loch Nevis:

Po wyjściu z wąwozu pokazało się jaki kawał jest jeszcze do przejścia. Przestrzeń pomiędzy laskami znajduje się dopiero w połowie drogi. Tym razem poszliśmy inną ścieżką niż rano, dłuższą, ale suchą i znacznie bardziej komfortową (bo jezdną) - można było przycisnąć i nie patrzeć cały czas pod nogi. Przycisnęliśmy zatem i muszę się pochwalić że czasowo powrót wyszedł nieźle ;)

Na Sgurra na Ciche muszę się jeszcze kiedyś wybrać. Muszę! Nie daruję widoków z tej góry.

Trasa liczy sobie 26 km. 




Nr 155, Sgurr a'Mhaoraich

Wymowa: skur a wurit

Znaczenie nazwy: rocky peak of the shellfish (za MunroMagic)

Wysokość: 1027m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 104.

Data wejścia: 22.6.15


Na tegorocznym urlopie postanowiliśmy poeksplorować głównie rejon Kintail z przyległościami ponieważ (obok Monadliath) jest to miejsce gdzie mamy wciąż bardzo dużo do zrobienia (a w przeciwieństwie do Monadliath dość daleko jak na jednodniową wycieczkę). 

Chodzi mniej więcej o ten obszar:

Te rejony są bardzo atrakcyjnym celem dla górołazów ponieważ jest tu chyba największe nagromadzenie munrosów w Szkocji a góry są dzikie, piękne i znacznie bardziej charakterne od tych w centrum kraju.

Pierwsza wycieczka miała być bardziej rozruchowa (ok. 14 km jeśli wierzyć GPSowi). Munro Sgurr a'Mhaoraich leży nad Loch Quoich, nad którym nigdy wcześniej nie byliśmy.  Nie jest to jezioro naturalne a rezerwuar, ale na malowniczość nie ma to wpływu. 

Zaparkowaliśmy w zatoczce tuż za mostem, u podnóży munrosa. Z wypatrzeniem ścieżki wznoszącej się ramieniem góry nie było problemów (z tego co pamiętam początek jest oznaczony kopczykiem).

Munros Gairich:

A poniżej w oddali nasz cel na kolejny dzień: munrosy Sgurr nan Coireachan, Garbh Chioch Mhor i Sgurr na Ciche.

Ramię którym idziemy nie wyprowadza na munrosa a na corbett top, więc korbeta można spokojnie strawersować.

Wierzchołek Sgurr a'Mhaoraich i grań, którą będziemy podchodzić:

Po drugiej stronie doliny piętrzy się mur Five Sisters of Kintail, z którego mamy zrobioną połowę. Co prawda od tej strony brak krzesanic i kotłów jakie opadają do Glen Shiel, ale monumentalność i kubatura całej grani robi wrażenie.

Gleouraich, wyższy od Sgurr a'Mhaoraich o... 8 metrów:

Pod szczytem grań się zwęża i spiętrza w serii ziemno-skalnych pinakli. Jeśli ktoś jest bardzo zdesperowany żeby znaleźć jakiś scrambling może na nie powłazić ;)

Na samej końcówce jest nieco stromizny:


Niestety widoki ze szczytu bardzo straciły na potencjalnej efektowności ze względu na pogodę - chociaż wiedząc teraz co spotkało nas na kolejnych wycieczkach, powinnam docenić że w ogóle coś było widać.


Z okolicznych gór najcharakterniej prezentowało się The Saddle z Forcan Ridge, scramblingowa trasa na której byliśmy ładnych parę lat temu.


Są trzy opcje zejścia z wierzchołka: ramieniem opadającym z niego do Loch Quoich (wtedy trzeba by nadrabiać ok. 3km szosą); obniżyć się do przełęczy a stamtąd wspiąć się na grań Am Bathaich (na pewno opcja najfajniejsza krajobrazowo) albo z przełęczy zejść do doliny. Ponieważ pogoda była jaka była poszliśmy po linii najmniejszego oporu i wybraliśmy opcję numer trzy, najmniej forsowną ale i najbardziej mokrą.


Na dole okazało się, że dolina tętni życiem: trwała tam budowa. Koparki i spychacze jeździły w te i nazad, z zakonspirowanych głośników dudniły jakieś siermiężne popy. Ktoś ewidentnie ma za dużo pieniędzy jeśli może sobie pozwolić na budowanie się w takiej lokalizacji- niee, wcale ale to wcale nie zazdroszczę ;)

Powrót wzdłuż odnogi jeziora byłby niewątpliwie przyjemniejszy gdybyśmy nie musieli uważać na toczące się drogą pojazdy. Swoją drogą robotnikom trafiła się fucha w fajnym miejscu. 

Gdyby nie ogólna szarzyzna pogodowa (tak wiem że mogło być jeszcze gorzej - i zresztą później było), to mogłaby być fantastyczna wycieczka. A tak - było po prostu fajnie.



poniedziałek, 15 czerwca 2015

Nr 154, Beinn Sgritheall

Wymowa: ben skril

Znaczenie nazwy: scree hill (za MunroMagic)

Wysokość: 974m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 183.

Data wejścia: 12.6.15


Beinn Sgritheall ma opinię wyjątkowo męczącego, gdyż raz że wyrasta bezpośrednio z morza przez co wysokości względna i bezwzględna pokrywają się, dwa wszystkie opisy mówią o znacznej stromiźnie. Było wiadomo że czeka nas ciężka praca.

Góra znajduje się na półwyspie Glenelg, a idzie się na nią z maleńkiego Arnisdale. Munros góruje nad miasteczkiem (jeśli tak to można nazwać - nie ma nawet sklepu), które nieśmiało kuli się przy plaży. Poniżej Bealach Arnasdail na którą prowadzi ścieżka (na munrosa skręca się w lewo). 

A to poniżej to sam wierzchołek munrosa:

Woda poniżej pomimo nazwy (Loch Hourn) nie jest jeziorem a zatoką. Po drugiej stronie widać półwysep Knoydart, mający opinię jednego z najdzikszych rejonów w Szkocji (oczywiście od czasów Clearances - wcześniej, jak zresztą w całych highlandach, tętniło tu życie). Na Knoydart nie ma drogi jezdnej, można się tam dostać albo wodą albo baraaaardzo daleko tuptać z buta. Dlatego wyprawa na widoczny poniżej masyw Ladhar Bheinna będzie nieco bardziej niż zwykle skomplikowana logistycznie.

Wejście na przełęcz owszem męczy ponieważ nie ma kiedy się rozchodzić, ale aż tak stromo jak wynikałoby z opisów póki co nie jest.

Za przełęczą skręcamy na kopułę będącą przedwierzchołkiem munrosa o wysokości 906m, i tu już stromizna w połączeniu z piargami faktycznie może zmęczyć.

Na ostatnim planie załapał się Ben Nevis - w realu był wyraźnie widoczny, na zdjęciu niestety już ledwo. Oczywiście tradycyjnie wierzchołek cały odsłonięty, pewnie dlatego że nas tam nie było.



Nieziemskie jest to wrażenie pustki i dziczy, chociaż to przecież żaden park narodowy, w dolinach leżą mniejsze i większe miejscowości i toczy się normalne życie.

Arnisdale cały czas doskonale widoczne, mogliśmy mieć na oku nasz samochód ;)

Kopuła na drugim planie to wspomniany przedwierzchołek, skąd na szczyt wyprowadza łagodna w jednym miejscu zwężająca się grań.

Szczyt:

Rejon Glen Shiel - można rozpoznać charakterystyczne sylwetki Five Sisters oraz The Saddle.

Mieliśmy chwilę grozy kiedy napatoczyła się chmura... Akurat z tej góry nie darowałabym sobie nie mieć widoków. 

Widok na wyspy Eigg, Rum i półwysep Sleat na Skye. Nad Black Cuillin niestety piętrzyły się chmury.

Trasa i sama góra nam obojgu bardzo kojarzyły się ze Sliochem >>LINK<<

Szczytowe:

Teraz jedynie należało zejść do drogi... Pozornie bułka z masłem :D W rzeczywistości czekało nas najpierw bardzo długie, strome (ale już bez piargów!) zejście na wypłaszczenie, potem zaś równie stromy marsz jednym z tych niezwykle urokliwych highlandzkich lasków które są przepiękne ale człowiek zawsze żałuje że nie zabrał maczety. 

Po przygodach w lasku, gdzie tradycyjnie dużo brzydkich słów padło, mieliśmy jeszcze ok. 3km szosą do Arnisdale. Po drodze spotkaliśmy wyluzowane renifery, których widok nas zaskoczył bo kojarzyły nam się dotąd wyłącznie z rejonem Cairngormsów.

Gdyby ktoś decydował się na wchodzenie naszą drogą zejściową, jej początek oznaczony jest kopczykiem (przewodniki mówią o niebieskiej beczce ale zdecydowanie jej tam nie było) - trzeba być uważnym bo łatwo go przegapić. 

Na deser rododendrony, nie moje ulubione pąsowe ale takich właśnie fioletowych jest w Highlandzie najwięcej:

Wycieczka była owszem forsowna ale nastawiła nas pozytywnie do urlopu który rozpoczynamy w niedzielę. Właśnie w tej rejon będziemy uderzać, jako że mamy tu multum munrosów do zrobienia, a robią się wolno bo to jednak za daleko na day trip.

Mapka pochodzi z Walkhighlands: