statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
wtorek, 28 czerwca 2011

Postanowiłam podzielić się opinią na temat dwu munro-przewodników z których korzystam. Na temat Highlandu zgromadziliśmy już małą biblioteczkę, którą może kiedyś bliżej przedstawię, bo jest bardzo ciekawa. Na razie zdecydowałam się przybliżyć te dwie pozycje bo dla munro baggera to one są kluczowe.
Moje dwa przewodniki to "The Munros" Camerona McNeisha



Oraz "The Munros" wydane pod patronatem Scottish Mountaineering Club, którą to książkę dalej będę nazywać SMC.



Czym się różnią i który jest lepszy, oczywiście moim subiektywnym zdaniem?


1. Podział geograficzny

McNeish wyróżnił 31 rejonów / grup górskich, w przewodniku SMC jest podział na 17 sekcji, czyli nieco więcej niż połowę tego. Jak to się przekłada na przejrzystość? W tym wypadku uważam że jednak SMC rozwiązał sprawę lepiej: na początku omówienia każdej sekcji znajduje się jej mapka. Mamy więc tam mapę ogólną Szkocji z podziałem na sekcje, mapki szczegółowe danych sekcji, oraz mapki poszczególnych tras. U Camerona jest tylko ta pierwsza bardzo ogólna poglądowa mapa plus mapki trasowe, co nie pozwala wyrobić sobie przestrzennej wizji poszczególnych obszarów. Tzn. od Camerona dowiadujemy się tylko o przebiegu konkretnych tras, ale nie widzimy w jakiej relacji przestrzennej względem siebie są poszczególne munros w danej sekcji, bo na głównej mapie dało się zaznaczyć tylko najwyższe. Co prawda na części mapek trasowych udało się umieścić większą połać terenu i więcej niż jedną trasę, ale nie wszędzie.
Jednak jest też coś na korzyść McNeisha! Szczegółowszy podział wymusza szczegółowsze opisy, każdy z rozdziałów jest bowiem w obu przypadkach poprzedzony krótkim wstępem.

2. Mapki trasowe

Ich jakość oceniam podobnie, graficznie są w kompletnie różnych stylach ale jedne i drugie wystarczająco przejrzyste. Na mapkach SMC dodatkowo zaznaczone są przedwierzchołki wyższe niż 3000 stóp, a także korbety i grahamy z ich analogicznymi przedwierzchołkami. Może to być informacja użyteczna, choć dla mnie osobiście nie ma większego znaczenia.

3. Opisy tras

Te w SMC są bardzo konkretne, rzeczowe, suche. U McNeicha jest za to osobiste spojrzenie i niekiedy ciekawe dygresje. Z tego powodu wolę Camerona, czasem te nie do końca na temat uwagi mogą się okazać użyteczne. Na przykład opisując trasę na Stob Ghabhar Mcneish napomknął o alternatywnej ciekawej opcji, przez grańkę Aonach Eagach. Nie rekomendował jej a jedynie wspomniał, ale to nam wystarczyło, i właśnie tą drogą weszliśmy na munrosa. Punkt dla Mcneisha, nic nie ujmując solidnym i jasnym opisom z SMC.

4. Informacje dodatkowe

W obu przewodnikach mamy wstępy, wprowadzające w ideę zdobywania munrosów. Dodatkowo w SMC mamy także "notes", a w nich info techniczne nt m.in. prawa przejścia, lambingu, erozji, schronów, lawin itp. Bardziej doświadczonym są one raczej zbędne, mogą się natomiast przydać początkującym. Ponadto na końcu jest informacja nt Hillphones service, której jednak nie pofatygowałam się przeczytać do końca bo mnie nie interesuje.

5. Zdjęcia

SMC ma ich więcej i są ładniejsze (przypominam, opinia w pełni subiektywna).

6. Munro tables

Są jak najbardziej obecne w obu książkach, podobnie jak indeksy - w zależności od tego czy wolimy wyszukiwać / zaznaczać zdobycze na liście alfabetycznej, czy wg wysokości.

Reasumując, SMC jest bardziej profesjonalnie zrobione i zapewnia więcej informacji, a jednak nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić że jest lepsze od Camerona. Camerona przyjemniej się czyta, lektura bardziej zachęca i inspiruje. Moim zdaniem oba przewodniki doskonale się uzupełniają i cieszę się że je mam, zresztą przy planowaniu wyjść korzystam zazwyczaj z obu. Jeśli ktoś jednak nie czuje potrzeby inwestowania w dwie książki, może zdecydować czy bardziej pasuje mu profesjonalne i rzeczowe SMC czy pełen pasji, nieco gawędziarski Cameron.

Jeśli ktoś z czytających korzysta jeszcze z czegoś innego wszelkie opinie będą mile widziane :)
niedziela, 05 czerwca 2011

Tym razem mieliśmy iść z nowymi znajomymi którzy chcieli spróbować jakiegoś scramblingu. Wyszperałam w książkach trasę na Stob Dearg (masyw Buachaille Etive Mor) przez Lagangarbh Buttress. Na Stob Dearg w Glencoe byliśmy już trzykrotnie (ja - raz tradycyjnie, dwa razy przez Curved Rigde) i czterokrotnie (Mariusz - to samo, plus dodatkowe CR na zimowym kursie), ale nigdy nie mieliśmy z niego widoków. Gdyby tym razem wreszcie udało się coś zobaczyć, byłoby fantastycznie. Samo wejście miało nie przedstawiać specjalnych trudności ale kryterium scramblingu spełniało, czyli powinno być fajną opcją jak na pierwszy raz. Start z tego samego parkingu z którego prowadzą wszystkie trasy na Stob Dearg. Lagangarbh Buttress na poniższym zdjęciu to ten pas skałek w centrum.



Dosłownie po paru minutach opuszczamy ścieżkę by zacząć podchodzenie. Skała na tej górze jest rewelacyjna, daje niesamowite tarcie. Właściwość tę szczególnie dało się odczuć na pierwszych kilkudziesięciu metrach, prowadzących przez mutonopodobne formacje.





Mariusz stwierdził że stworzyłam nowa dyscyplinę, gramoling. Nie mogę za bardzo z tym polemizować, faktycznie zdarza mi się tworzyć nawet na całkiem nieproblemowych momentach jakieś dziwaczne figury, z reguły kiedy mam mało energii :P



Wysokości nabiera się bardzo szybko i z tego powodu wariant ten stanowi poważną konkurencję dla trasy tradycyjnej - jest trudniejszy ale krótszy.



Momenty scramblingowe przypominały Curved Ridge, z tą różnicą że tu mniej było skały i nie było prawdziwej lufy za plecami, ale szło się fajnie.



Widoki były, w dość smętnej aurze ale były. Miałam nadzieję graniczącą z pewnością, iż sytuacja ta jest stabilna i z wierzchołka też coś zobaczymy. Poniżej góry od the Mamores, poprzez uciętego chmurą w połowie Ben Nevisa i Grey Corries, po munrosy nad Loch Treig.



Ściana poniżej tylko wydaje się być tuż za mną, w rzeczywistości oddzielał ją od nas spory żleb. Mariusz chciał tamtędy włazić ale nie pozwoliłam - nadal byłby to technicznie nietrudny scrambling, bo skała tam jest niesamowicie rzeźbiona, ale z taką lufą, dziękuję bardzo - drapałabym się tam tylko z asekuracją. Może nie jestem najodważniejsza, ale mam dzięki temu szansę dożyć końca kolekcjonowania munros :/



Jak sobie człowiek pomyślał, że jeszcze niedawno przechodził obok tego małego białego  domku w dolinie, nogi momentalnie zaczęły się wydawać znacznie cięższe...



Ostatni scramblingowy fragment był najfajniejszy, bo bez tych cholernych trawek, pionowy, a tak ukształtowany że wchodziło się jak po drabinie.



W dole widać ścieżkę turystyczną:



Kiedy scrambling się skończył a do szczytu pozostał jeszcze kawałek, zakryła nas chmura. Po raz kolejny zanosiło się że nic nie zobaczymy :(. Wobec powyższego, zamiast kierować się bezpośrednio w górę, postanowiliśmy przetrawersować zbocze tak żeby dotrzeć do Crowberry Tower nie przechodząc przez niepotrzebny już wierzchołek. Trawersowanie trzeba było zakończyć kiedy kolejną przeszkodą okazał się głęboki Great Gully. Wyszliśmy na górę, na ostatnich -nastu metrach łącząc się z normalną trasą wejściową.

Na szczycie panowało tradycyjne mleko, mimo to postanowiliśmy poszukać Crowberry Tower, w którym to celu należało się obniżyć na wschód o ok. 100 metrów. W mleku szukaliśmy na czuja, co w górnych partiach Stob Dearg nie było przedsięwzięciem do końca odpowiedzialnym, ale w końcu wyłoniła się z mgły. Jako że na wieży już byłam a widoków i tak byśmy z niej nie mieli, zaproponowałam że usiądę na zboczu naprzeciwko i porobię chłopakom zdjęcia.




Wejście na Wieżę technicznie nie jest skomplikowane - pionowa ścianka plus eksponowany ale łatwy trawersik.



Chłopakom bardzo się podobało, bo kiedy w drodze do Glencoe pokazałam im zdjęcie Wieży robione z innego kierunku i zapowiedziałam że dzisiaj tam wejdą, byli przekonani że żartuję. Tymczasem bez problemu weszli i zeszli.



Wracając ponownie przeszliśmy przez wierzchołek, by zejść ścieżką turystyczną.
Pomijając moje usprawiedliwione chyba rozczarowanie brakiem widoczności, uważam wycieczkę za bardzo udaną, a najbardziej cieszę się że byliśmy w stanie pokazać komuś jakie fajne miejsca można tu znaleźć przy odrobinie chęci by nie leźć tak jak wszyscy :))