statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
środa, 24 czerwca 2009

Nr 40, Cairn Gorm


Wymowa: kern gorm

Znaczenie nazwy:
blue cairn like peak (chyba jasne już jest, czemu przestałam tłumaczyć nazwy?:/)

Wysokość: 1244m n.p.m.

Pozycja na liście munros
ów: 6.

Data wejścia:
19.06.2009

Po emocjach Liathach postanowiliśmy kompletnie zmienić klimat i wyskoczyć w Cairngormsy. Mariusz poprosił mnie o znalezienie tam jakiegoś scramblingu, żeby trochę urozmaicić sobie trasę, zaproponowałam więc Fiacaill Ridge, o której wyczytałam, że jest krótka i niezbyt trudna (dwójka), co istotne było zwłaszcza dla mnie, bo nie chciałam być na drugi dzień zjechana w pracy.

Po noclegu w namiocie w Glenmore, koło Aviemore, podjechaliśmy pod dolną stację kolejki na Cairn Gorm. Stacja mieści się na ponad 600m wysokości, zatem podchodzenia na szczyt, niezależnie od wybranego szlaku, jest stosunkowo niewiele.


Od stacji wyraźną ścieżką w kierunku mniej więcej południowym, aż po niedługim marszu ukazuje się taki oto kocioł:



Fiacaill Ridge biegnie po lewej, kulminując w niepozornym z tej perspektywy Fiacaill Buttress. Na grań wbijamy wedle uznania - być może jest gdzieś tam ścieżka, my jej w każdym razie nie znaleźliśmy i przyszło drałować po kamiennym rumowisku.
Na ścianach tak charakterystycznych dla tej części Grampianów stromych kotł
ów można nieźle załoić:



Sama grań to początkowo sterta kamieni. Gęstego jest zaledwie 150m.



Podejście widać poniżej. Od prawej leży łatwiejszy teren, którym można ominąć jakiś fragment, jeśli wola. Od lewej jest lufiasto.




Miałam w niektórych momentach niezłego pietra, bo wiatr był taki, że parę razy na serio bałam się, że mnie zepchnie.



Mariusz atakuje Fiacaill Buttress. Ja nie byłam pewna, włazić czy ominąć - kiedy wszedł, krzyknął do mnie, że jest łatwo ale żebym jednak ominęła. Przeszłam bokiem i nie żałuję. Z przyjemnością wrócę i ogarnę ten fragment w ładną pogodę, ale przy silnym wietrze i mżawce, skoro miałam możliwość zrezygnować, skorzystałam.



Końcówka grani:



Cairngorms Plateau kojarzy mi się najbardziej z Karkonoszami. Wysoko wyniesiony płaskowyż, kotły, nawet formacje skalne podobne (o ile pamiętam po mojej jedynej wizycie tamże sześć lat temu). Tylko roślinność inna, same mchy i porosty.



Nasza grań z dystansu:



Kiedy osiągnęliśmy plateau, wszystko zakryła mgła. Nie zmartwiło nas to jednak specjalnie, ponieważ nawigacyjnie trasa jest prosta - wystarczy iść wzdłuż krawędzi kotła, mając ją po lewej stronie, a nie sposób nie wyjść w końcu na Cairn Gorm. Kiedy po jakimś kwadransie energicznego marszu chmury się przerzedziły, włosy stanęły nam na głowie. To był zupełnie inny krajobraz, niż się spodziewaliśmy, po Cairn Gorm ani śladu, przed nami jakiś inny kocioł i inna dolina. Przypomniałam sobie, co nasz przewodnik z Curved Ridge mówił o kluczowej roli nawigacji w Cairngormsach. Zabłądziliśmy właśnie w najklasyczniejszy z możliwych sposób.

Wiadomo było, w która mniej więcej stronę należy wracać. Na szczęście chmury chwilowo sobie poszły. Skierowaliśmy się w kierunku z kt
órego przyszliśmy, biorąc kurs na widoczną w oddali przełęcz. Jeśli z przełęczy widać będzie Aviemore, to jesteśmy uratowani. Okazało się, że wyszliśmy centralnie na kocioł, Fiacaill Ridge mając po lewej. Wcześniej, we mgle, skierowaliśmy się zamiast wzdłuż krawędzi, w głąb płaskowyżu. Nie mam pojęcia jak nam się to udało.

Droga na Cairn Gorm, przypominający wielki stóg siana, z przełęczy była spacerowa:



Po prawej ciemne ściany kotła, w sąsiedztwie którego objawiliśmy się po błądzeniu we mgle:



Jeszcze nie jestem w stanie podpisać okolicznych szczytów, moja znajomość terenu jest póki co mizerna.



Widoków z Cairn Gorma nie będzie, ponieważ ogarnęły nas paskudne chmury które zresztą już się z plateau nie ruszyły - mimo kiepskich warunków i tak trafiliśmy na niezłe okno pogodowe.
Z wierzchołka zbiega ceprostrada, jakiej jeszcze w szkockich g
órach nie widziałam: normalnie brukowana droga, wykopczywkowana, po bokach "poręcze" z odblaskowych linek. Od górnej stacji kolejki zaczyna się droga jezdna - muszą jakoś dowozić zaopatrzenie - ale ponieważ wiedzie nieekonomicznymi długimi trawersami, warto ją skrócić idąc na rympał wzdłuż nartostrady. Klimat zejścia taki trochę gubałówkowy.

Fiacaillowi po ostrzu grani daję *** z plusem, ale dla mnie osobiście główną atrakcją było samo plateau. Żałuję, że nie mogliśmy poeksplorować go dłużej. Pustka, surowość, rozległość - dobrze się czuję w takich miejscach, uspokajają mnie.
A tak nawiasem. Moje obawy co do wiatru nie były przesadzone. W kt
órymś momencie podchodzenia na Cairn Gorm naprawdę zawiało tak, że poleciałam na plecy. Do tej pory zdarzało mi się co najwyżej lekko utracić równowagę - to był pierwszy raz, kiedy w absolutnie dosłownym sensie wiatr mnie przewrócił. Mariusz miał niezły ubaw. Co do mnie, cieszyłam się że nie stało się to na grani.
Fajna, ciekawa, niedługa wycieczka.


Zdjęcia: >>LINK<<



wtorek, 23 czerwca 2009

Nr 38, Spidean a'Choire Leith i nr 39, Mullach an Rathain

Wymowa: spidżyn a kori lei; muluh an rahan

Znaczenie nazwy:
peak of the grey corrie; summit of the pinnacles

Wysokość: 1055m n.p.m.; 1023m n.p.m.

Pozycja na liście munros
ów: 75.; 108.

Data wejścia:
14.06.2009

Liathach (czyt. lijah, the grey one, na mój osobisty użytek Szarak) planowaliśmy już od dawna. Dziewięciokilometrowy masyw górski uchodzi - obok Aonach Eagach i An Teallach - za najciekawszą graniówkę szkockiego mainlandu (palmę pierwszeństwa dzierżą Black Cuillin na Skye). Klasyczny trawers Liathach nie zakłada przejścia całej grani, a jedynie odcinka środkowego pozwalającego zaliczyć dwa munrosy i Am Fasarinen Pinnacles. Drugą w miarę popularną, jakkolwiek o wiele mniej niż klasyk opcją, jest atak od północy przez Meall Dearg i Northern Pinnacles. Jest to wariant wciąż scramblingowy, ale trudniejszy i zaleca się na nim asekurację.

Jako że szliśmy drogą tradycyjną, wystartowaliśmy z Glen Torridon. Dolinę tę warto odwiedzić dla niej samej, nawet bez ambicji górskich bo jest przepiękna. Pod przytłaczającymi ścianami Szaraka kuli się hostel SYHA i kemping. Uwaga: pokoje w hostelu nie są koedukacyjne. Pomimo dwu wolnych miejsc w damskiej sypialni, w której niżej podpisana nocowała, panowie musieli się przespać w namiocie, walcząc z midgesami. Nie rozumiem i nie zrozumiem nigdy.


Samochód zostawiliśmy na początku szlaku, woląc podchodzić asfaltem póki i tak trzeba się rozchodzić.
Wbijka na grań Szaraka była łatwa, w nieprzesadnie stromym terenie, ale ze względu na swą długość nieco męcząca. Ponieważ kiedy uskuteczniam za długie notki blox się narowi, ograniczyłam ilość zdjęć oraz opis do samego gęstego. Komplet fotek, a jest na co popatrzeć, tutaj >>LINK<<.


Poniżej Am Fasarinen widziane z szosy:



Po wyjściu na grań widoki na przeciwległą stronę miażdżą (będą dalej). Kierujemy się w lewo - wzniesienie po prawej ma powyżej 914m, ale nie kwalifikuje się do munros. Odcinek początkowy nie jest trudny. Najpierw mamy fragment płaskiej grańki - można iść jej ostrzem, co już odrobinę daje przedsmak tego, co Liathach oferuje, jakkolwiek trudności nie występują - dalsza zaś droga na pierwszego munro (trzecie wzniesienie) wygląda tak:



Za Wojtkiem widoczny jest Stob a'Choire Dhuibh Bhig, który podobnie jak dwa szczyciki przed Spideanem nie załapał się do munros ze względu na MDW niższą niż 500ft.



Widok na kluczowy fragment trasy, grań Am Fasarinen, otwiera się dopiero ze szczytu Spideana. Nie wiem jak na zdjęciu, ale na żywo naprawdę robi wrażenie.



Tu obiecany widok na przeciwległą stronę grani, po prawej podnóże masywu Beinn Eighe, kolejnego ze szkockich klasyków:



Poniżej zaś prześledzić można resztę trasy. Am Fasarinen przechodzą w łagodną grań, kulminującą w Mullachu an Rathain. Czarne poszarpańce z prawej strony wierzchołka to początek - lub koniec, wedle preferecji - Northern Pinnacles:



Moje ulubione zdjęcie:



Mullach, Northern Pinnacles i Meall Dearg:



Tu zaś widać, którędy na Meall Dearg się drapać. Trasa podobno łatwiejsza niż wygląda, scramblingowa czwórka (Am Fasarinen mają dwójkę, pewnie dlatego że trudności można stopniować lub całkiem ominąć).



Am Fasarinen można obejść ścieżką biegnącą nad Glen Torridon, ale ze względu na jej stan nie jest to zalecane. Ponadto, na samych pinaklach też można stopiować trudności. Najłatwiejsze warianty są naprawdę proste. Korzystałam to z nich, to z trudniejszych, chłopaki leźli hardkorami (w mej subiektywnej ocenie rzecz jasna).



Piaskowiec jest pięknie urzeźbiony i daje wiele możliwości. Formacje w rejonie pinakli są takie:



Albo takie:



Wrażliwych może nieco poczesać ekspozycja. Przyznam że mnie mocno zdeprymował koń skalny na samym początku Am Fasarinen. Nie był trudny, ale od północy lufa taka, że spokojnie 100m wolnego lotu. Nie podobało mi się to i weszłam na skurczybyka od drugiej strony. Od południa, od Torridonu, spadło by się najwyżej kawałek: tam też jest lufiasto i to nawet bardziej, ale jednak dopiero te kilkanaście metrów od trasy. Tamtędy zresztą biegnie sobie scieżka - omijanka.
Tak to wygląda w stronę Torridonu:




A tak w stronę Coire na Caime, i tu nie ma żartów, bo ściana opada bezpośrednio z pinakli:












Nie jest trudno, chyba że naprawdę najcięższymi opcjami (jedną taką zaliczył Mariusz, przy oglądaniu tegoż nieco osłupiałam). Jedyne co może powodować dyskomfort to lufa. U mnie trochę powodowała. Nie przeszłam wszystkiego najłatwiej jak się dało ale najtrudniej też nie, z wyjątkiem jednego miejsca, gdzie zresztą przeżyłam chwilę grozy gdy zaklinowała mi się noga, a z prawej taki spad, że hej.





Za Am Fasarinen aż do Mullacha teren jest łatwy, jakkolwiek na prawo opadają imponujące ściany.



Rzut oka na Am Fasarinen od drugiej strony:



Z Mullacha do Torridonu schodzi się najpierw piarżyskiem, potem przyjemniejszą ścieżką. Można złazić ramieniem Mullacha (scramblingowa trójka), ale nawet nie przyszła nam do głowy taka opcja. Co mieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy. Liathach jest imponujące i piękne a okolica rzuca na kolana. Jest to na mojej prywatnej liście jedna z tych wycieczek, które dały mi prawdziwego energetycznego kopa i zapewniły uśmiech na twarzy na kolejne parę dni.
Tu >>LINK<< bardziej emocjonalna relacja. Niestety na blogu muszę się pilnować z ilością tekstu.


środa, 10 czerwca 2009

Nr 37, Meall nan Tarmachan

Wymowa: mil nan tarma'kan

Znaczenie nazwy:
hill of the ptarmigan

Wysokość:
1043m n.p.m.

Pozycja na liście munros
ów: 90.

Data wejścia:
5.06.2009

Efektowny masyw The Tarmachan Hills góruje nad miasteczkiem Killin, sąsiadując od zachodu z grupą Ben Lawersa. Tylko jeden z czterech głównych wierzchołków ma status munro. Tak masyw Tarmachan prezentuje się z drogi do Killin; od lewej widać kolejno Creag na Caillich, Beinn nan Eachan, najciekawszy Meall Garbh i, skromnie oddalony, Meall nan Tarmachan, z tej perspektywy wyglądający mało munrosowato:



Widok z Killin:



Trasę rozpoczynamy z parkingu koło Visitor Centre. Poniżej tama na Lochan na Lairige Reservoir:



Sympatyczna łagodna ścieżka spacerowo wyprowadza na niewybitny szczycik południowo-wschodni, skąd na przełęcz i na wierzchołek właściwy. Jest tak relaksacyjnie, ponieważ punkt startowy znajduje się na wysokości 400 metrów z hakiem, co pozwala zaoszczędzić mnóstwo energii i czyni wszystkie szlaki w okolicy, w tym będącego przecież na 10. miejscu munro-listy Ben Lawersa, celami wybitnie lajtowymi. Co absolutnie im nie uwłacza, widokowo są genialne.



Patrząc w kierunku wschodnim



Grupa Lawersa: Meall Corranaich, Beinn Ghlas, Ben Lawers




Loch Tay. Dalej Ben Vorlich i Stuc a'Chroin



Grupa Lawersa z Meall nan Tarmachan

Po osiągnięciu szczytu otwierają się zapierające dech widoki na północ. W każdą stronę dzieje się dużo, ale dla mnie osobiście czymś niezwykłym było zobaczyć (a widoczność mieliśmy świetną) z jednej strony daleki zarys edynburskich Pentland Hills, a z drugiej Glencoe, Ben Nevisa i The Mamores. Wzgórza koło Killin leżą jeszcze płytko w Highlandach, ciut głębiej niż Vorlich i Stuc ale to wciąż sąsiedzi, wciąż jest blisko do Lowlands, do Szkocji "cywilizowanej".



Na ostatnim planie The Mamores, Ben Nevis i Aonachs

Tak przy okazji, ten Ben Nevis to jednak jest niewąska kobyła. Mamoresy, całkiem przecież konkretne g
órki, o tatrzańskich przewyższeniach, wyglądają przy nim jak małe niuńki. Na powyższym zdjęciu dobrze to widać - delikatna koronka szczytów zostaje nagle zdominowana przez wielki byczy grzbiet. Nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy na Benka. Oby przy pięknej pogodzie. Ostatnim razem nic z niego nie widziałam i nie było możliwości żeby poczuć się królem świata. Jakie te wszystkie góry muszą być z niego małe...



Na ostatnim planie Meall a'Bhuiridh, Buachaille Etive Mor, Aonach Eagach


Rejon szczytowy masywu jest bardzo interesujący. Tu skałki, tam stawek, gdzie indziej wypłaszczenie idealne na biwak; przewyższenia pomiędzy kolejnymi wierzchołkami niewielkie, cały czas wygodna ścieżka. Poniżej droga wspina się na Meall Garbh, zaś wzniesienie po prawej to Beinn nan Eachan:



Za efektownym, miniaturowym wierzchołkiem Meall Garbh grań na krótkim odcinku mocno się zwęża. Jest to najpiękniejszy fragment trasy, ponieważ mamy widoki na każdą stronę, nic nam ich nie zasłania, naokoło góry po horyzont. Prawie jak lot w powietrzu.





Ten odcinek jest niestety bardzo krótki, zaraz zaczynamy obniżać się na kolejną przełęcz. Na kilkunastu metrach ścieżkę poprowadzono po stromych skałkach, chyba dla urozmaicenia, bo jest to jedyne takie miejsce na całym zboczu:



Na Beinn Eachan zdecydowaliśmy o niekontynuowaniu wędrówki. Ostatni wierzchołek masywu, Creag na Caillich, jest najniżej położony, niezbyt wybitny a widoki z niego wzbogaciły by się co najwyżej o szczegółowszą panoramę Killin. Postanowiliśmy schodzić po swojemu, trawersując zbocza na rympał. I tu wkracza element nadprzyrodzony. Po przejściu kilkudziesięciu metrów w dół natknęliśmy się na uwięzioną między skałami owcę. Mogliśmy przechodzić 100, 30, 14, ba, nawet 5 metrów od tego miejsca i byśmy jej nie zauważyli (nie wydawała dźwięków). Ale wleźliśmy dosłownie na nią i okazało się to dla niej łaską opatrzności. Owca była w totalnej panice, miała krew na rogach, wyglądało na to że jakiś czas (nie bardzo długi - nie była jeszcze osłabiona) tam tkwi. Nie była w stanie się wycofać, ponieważ musiała by w tym celu unieść tylne nogi na skalny schodek, rzecz z pewnością do wykonania technicznie ale poza możliwościami owczego IQ. Cały czas rzucała się do przodu, co skutkowało jedynie dalszymi otarciami rogów.



Nie było opcji, żeby ją tak zostawić. Kiedy próby wypłoszenia się nie powiodły, Mariusz, ryzykując połamanie palców, wyciągnął opierające się zwierzę za rogi. Co ciekawe kiedy była już w powietrzu, zamarła w bezruchu, totalnie zrezygnowana. Za to kiedy Mariusz ją wypuścił, poleciała jak torpeda. Moja druga połowa musi sobie teraz załatwić wdzianko a'la superbohater z płaszczem i literką S na froncie, jak Sheepman. Sheepman The Highland Hero. Wybawca owiec. Cóż to by była za kreskówka, po prostu to widzę :D



Jako bonus "King of the Hill", ulubiona zabawa małych owiec. Najlepsze jaja są, jak one się wzajemnie spychają z tych górek. A raz widziałam taką małą głupotę, co wskakiwała na pryzmę piachu, tyłem zeskakiwała i wskakiwała znowu, tak dobrze się bawiła. Po czymś takim człowiek już nigdy nie jest w stanie zjeść jagnięciny.



Trasa jest piękna, łatwa i nieforsowna. Spożywanie wiktuałów na zielonej trawce, z widokami na Ben Nevisa, Mamoresy, Trossachs, centralne i wschodnie Grampiany - bezcenne. Co tu gadać. Polecam.



Trasy zejściowej nie zaznaczam, bo nie wiem jak - była kompletnie freestylowa.
Zdjęcia: >>LINK<<
wtorek, 09 czerwca 2009