statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
środa, 25 czerwca 2008

Po rozważeniu wszystkich za i przeciw postanowiliśmy jednak nie kupować uprzęży. Miały nam posłużyć w te wakacje na Orlej Perci, a później kto wie, w jakie góry nas zaniesie. Ale jednak nie tym razem.
Co do zabezpieczania się na Orlej są dwie szkoły. Wszyscy są zgodni, że obecne ubezpieczenia nie są do takiego poruszania się przystosowane. Nie mają być. Powstały z myślą o chwytaniu się ich, a nie wpinaniu w nie. Pierwszy obóz twierdzi, że żelastwo z Orlej należy wymienić na długie stalowe liny, takie jak w Alpach. W ten sposób szlak będzie dostępny teoretycznie tylko dla osób ze sprzętem (acz jak znam ludzi, to...). Zwiększy to bezpieczeństwo i przetrzebi szeregi niedzielnych turystów, pozostawiając tych, którzy zdają sobie sprawę gdzie idą i podejmują decyzję świadomi charakteru trudności.
Obóz drugi głosi, że już teraz warto się na Orlej ubezpieczać, co jest oczywiście możliwe, choć z wielu względów niewygodne.
Po przejrzeniu odrobiny literatury oraz zasięgnięciu opinii dzików większych od nas, Mariusz uznał, że w obecnym stanie inwestować w takie zabawki nie ma sensu. Wychodzi, że poprzestaniemy na kaskach.
Żeby nie było, że ja tę Orlą jakoś demonizuję. Owszem, jak na razie przeszłam tylko najlżejsze fragmenty plus wszystkie drogi dojściowe, ale ogarniam jak to wygląda. Tylko że...
Jestem, kurcze, tchórzem.
Naprawdę jestem tchórzem. Owszem, tchórzem uzbrojonym w pasję, determinację i umiłowanie piękna, a także wielką wytrzymałość i upór. Ale jednak. Kiedy przechodziłam w mżawce i mgle Żleb Kulczyńskiego, były momenty że prawie się posikałam. Na Koziej Przełęczy miałam totalnie miękkie nogi. Na fragmentach Aonach Eagach strach przyklejał mi żołądek do kręgosłupa. Ok, nigdy mnie nie sparaliżowało na tyle, bym nie była w stanie iść dalej. Mam nawet uzasadnioną nadzieję, że w wielu przypadkach mój stan nie był dla otoczenia ewidentny. Ale ja wiem, że hardkory dużo mnie kosztują. Nie kokietuję. Owszem, nie wstydzę się przycukrować sobie, że dysponuję ogromną determinacją, dzięki której jednak te miejsca przechodzę.
Jest mi też o tyle trudniej, że mam... Nie, nie nazwę tego lękiem przestrzeni. Osoba z prawdziwym, fobicznym lękiem, nie byłaby w stanie pójść w góry w ogóle. To jest raczej sugestia lęku przestrzeni, poczucie, że gdybym spuściła swoje obawy ze smyczy mogłyby stać się dla mnie, hmm... dużą niedogodnością.
Ok, może jednak faktycznie kokietuję trochę. Przecież jednak po tych górach łażę, a dwa ostatnie akapity sugerują, że to dla mnie co najmniej pokuta. To też nie tak. Znam ludzi, którym już na balkonie trzeciego piętra robi się słabo, a o wejściu na Giewont prawdopodobnie będą z dumą opowiadać prawnukom. Ale nie porównuję się do nich, bo to bez sensu. Porównuję się do tych, którzy dzielą ze mną hobby. I to na ich tle często czuję się tak, jak opisałam. I dlatego zależało mi na zakupie uprzęży, bo wiem jak wygląda podejście na Kozi i wiem, że będę się tam bać. I to podwójnie, bo o siebie i Mariusza.
Może w ten weekend uda się jeszcze raz pojechać na Aonach Eagach. Znowu doświadczyć na finiszu tej satysfakcji, że dało się radę. Byłby to bardzo pozytywny kop przed Tatrami.
No, przyznałam się :)))

21:52, connspeach , Śmietnik
Link Komentarze (2) »
środa, 11 czerwca 2008

Niedługo kolejny wypad w Tatry. Jak zwykle mam mnóstwo planów, z których dobrze, jeśli uda się zrealizować połowę. Potrzeba mi jeszcze tylko lepszych butów i zestawu viaferratowego, a tymczasem wprowadzam się w klimat książkami.
Skończyłam po raz trzeci Wołanie w górach Michała Jagiełły. Mój egzemplarz wydany został przez Iskry w 2006 r. i wygląda tak:



Pan Jagiełło
przez dziesięć lat był ratownikiem TOPRu, z czego przez trzy również naczelnikiem tegoż. Alpinista, taternik, znany także ze swojej działalności pozagórskiej (ale z tym już nie do mnie, bo ta część mnie niezbyt interesuje), generalnie taki dzik, że czapki z głów.
Książka - smacznie grubaśna - jest relacją z wypadków w Tatrach. I właśnie przez taki pryzmat dowiadujemy się mimochodem bardzo wiele o Tatrzańskim Pogotowiu Ratunkowym, rozwijaniu się od samych początków turystyki tatrzańskiej i taternictwa, wreszcie o tym, co dzieje się w głowie ratownika. Tylko opowieści o akcjach ratunkowych, czasem bardzo rozbudowane, czasem jednozdaniowe; plus komentarz, próba analizy bądź refleksja, a także sporo ciekawostek*, płynnie wynikające jedne z drugich dzięki talentowi narracyjnemu autora.
Generalnym przesłaniem książki jest: kochajmy góry, bo są tego warte, ale kochajmy je rozsądnie. Autor naoglądał się w swojej toprowskiej karierze mnóstwa tragedii bądź sytuacji, które o włos by się nimi stały, w wielkiej części wynikłych z bezrefleksyjności ofiar i nie tyle błędnej oceny sytuacji, co raczej niepodjęcia w ogóle próby takiej oceny. A przecież (nie jest to cytat, ale dość wierne odtworzenie myśli zawartej w książce) jeśli ktoś nieświadomie wystawia się w górach na niebezpieczeństwo, to nie dlatego że jest debilem, tylko zwyczajnie brak mu elementarnej wiedzy, a może także wyobraźni, która wszak różnie u różnych ludzi pracuje. Dlatego zamiast potępiać, należy edukować i tę wyobraźnię pobudzać.
O ile opisy akcji czyta się genialnie, to mam nieco mieszane uczucia co do strumienia świadomości, jakiemu Pan Jagiełło co pewien czas daje upust, przerzucając się na refleksje na temat istoty bycia ratownikiem i tego, co dzieje się w ratowniczej duszy. Z jednej strony bardzo mnie te zagadnienia ciekawią i lektura tych fragmentów dała mi co nieco do myślenia. Z drugiej - momentami naprawdę popłynął, a ja wciąż nie jestem pewna, czy jeśli czegoś nie da się powiedzieć prostymi słowami, to nie lepiej nie mówić tego wcale...
Ach no i wiersze, oczywiście. Autor ma niekwestionowalny talent do snucia opowieści i posługuje się przepiękną polszczyzną, niemniej poetą to on jest tylko wannabe. Na szczęście zaserwował nam tylko dwa - i więcej naprawdę nie chcę.
Generalnie, dla Pana Michała wielki szacun i za działalność, i za będącą jej rezultatem świetną książkę, do której wracam regularnie i za każdym razem mam z niej taką samą przyjemność. Wołanie w górach polecam wszystkim zakochanym w Tatrach. Nie jest to fabuła, więc można czytać na wyrywki, z dołu do góry i od prawej do lewej, a co się nie podoba, ominąć bez szkody.
Każde wydanie - a parę ich już było - jest aktualizowane.


* ja tam np. znalazłam opis wypadku, którego byłam PRAWIE świadkiem. Znaczy, i ja i ofiara byłyśmy na Orlej, ale w innych częściach. Ale widziałam śmigłowiec i na dole słyszałam dramatyczne relacje, co i jak. Książkowy opis, data, okoliczności i miejsce zdarzenia zgadzają się idealnie.

piątek, 06 czerwca 2008

... czyli jak zakosztować emocji związanych z wysokością bez wybierania się w góry.

W Dniu Dziecka zrobiliśmy sobie prezent szalejąc na Go Ape. Go Ape, cytuję za ulotką an award-winning high wire forest adventure course, mieści się w David Marshall Lodge Visitor Centre, obok miejscowości Aberfoyle w Trossachs. Dojazd z Glasgow drogą A81, ze Stirling kolejno A84, A873 i A81, ale najbardziej polecam opcję przejechania najpierw przez Callander, a potem w sąsiednim Kilmahog odbicie na A821, aby doświadczyć fantastycznej drogi przez wysoko położoną Dukes Pass. Widoki na Trossachs i Loch Venachar wymiatają.

Jako że bilety trzeba rezerwować wcześniej, będąc u celu udaliśmy się najpierw do kasy, gdzie potwierdziliśmy rezerwację, zostawiliśmy co cenniejszą zawartość kieszeni, oraz otrzymaliśmy karty z zasadami bezpieczeństwa do podpisania. Karty zawierały m.in. informację, że już dwie osoby zleciały na Go Ape, ponieważ nie zabezpieczyły się prawidłowo. Trochę nas zaniepokoił brak uzupełnienia, co się z nimi stało.

Po formalnościach trzeba było jeszcze chwilę poczekać, aż skończy się szkolić poprzednia grupa, i przyszła kolej na nasz trening. Każdy dostał od instruktora uprząż z dwoma karabinkami oraz został dopilnowany, by założyć ją prawidłowo (jak mnie pan instruktor docisnął, miałam wrażenie, że mi odpadnie górna połowa ciała). Zostaliśmy jeszcze raz pouczeni o zasadach bezpieczeństwa, po czym najpierw pokazano nam, jak i w jakiej kolejności należy się wpinać w zabezpieczenia, a potem każdy demonstrował, czy załapał.

Kiedy instruktor uznał, że jesteśmy gotowi, można było zacząć zabawę. Zacząć od razu, bowiem na teren Go Ape dostaje się półkilometrowym zjazdem nad doliną (poniżej stanowisko zjazdowe):



Początek zjazdu:



Widoki podczas zjazdu są fantastyczne, ale zrobienie zdjęć ze względów oczywistych jest dość trudne.




Kiedy się czekało na swoją kolej, wrażenie było naprawdę niesamowite: malejące figurki znikały kolejno w pokrytym mgłą lesie... Było, nie ma. Następny... A jeśli to wszystko podpucha, i coś tam na nas czyha?;D



Ten pierwszy zjazd dostarcza adrenaliny do tego stopnia, że kiedy w lesie człowiek otrzepuje się z trocin i przestaje się już śmiać, od razu ma ochotę na więcej i pędzi szukać wrażeń.



Go Ape jest podzielone na pięć sekcji, tak zorganizowanych, że automatycznie trafia się z jednej do drugiej, a każda kolejna jest tworzona przez wyższe platformy, co pozwala się oswoić z wysokością, a ta pod koniec jest naprawdę konkretna. Każda sekcja to kilka różnego rodzaju mostków rozpiętych pomiędzy platformami i zakończonych zjazdem. Żeby wejść na teren danej sekcji, trzeba wstukać kod, podany wcześniej przez instruktora. Kod zmienia się codziennie, więc mój sprytny plan, żeby znaleźć naziemną drogę na Go Ape i przyjeżdżać sobie tak często jak tylko się chce na darmową rozrywkę (bo wkrótce mamy sobie kupić własne zestawy do via ferrat) nie ma niestety szans realizacji ;)



Wpinanie się jest bardzo łatwe, zresztą pod drzewami kręcą się instruktorzy, których można poprosić o pomoc. Ponadto na platformie mogą być jednocześnie obecne trzy osoby, więc w razie czego kolega może potwierdzić, czy zabezpieczyliśmy się prawidłowo.



Mostki są bardzo różne, oprócz tych sfotografowanych pamiętam jeszcze podłużną ażurową beczkę, do której wchodziło się na czworakach.




Najlepsze są i tak zjazdy pod koniec, każdy kolejny z większej wysokości. Ostatni naprawdę odrobinę zmiękcza kolana.





Najtrudniejszym przejściem okazał się mostek (określenie mocno na wyrost) utworzony z luźno zwisających strzemion. Był też jedynym, obok którego prowadziło przejście alternatywne, ze zwisających poziomo palików. Przyznaję że zdecydowałam się na to drugie, widząc jakie akrobacje wyprawia Mariusz na strzemionach (albo raczej, co strzemiona wyprawiają z Mariuszem). Aczkolwiek szacunek, bo poradził sobie pięknie.





Najważniejsze to pokonać odruch chwytania wszystkiego rękami. W uprzęży jesteśmy bezpieczni czy się trzymamy, czy nie, więc rozpaczliwe łapanie się czego popadnie naraża nas jedynie na późniejsze zakwasy.





Ostatnia sekcja trochę nam dała popalić. Znajduje się tam najbardziej hardkorowy element, wysoki tarzan swing, gdzie cały wic polega na tym, że lina jest luźna - więc najpierw się spada, a dopiero potem leci, by jak wór kartofli pieprznąć w siatkę. Tu nie wystarczy się dyskretnie zsunąć z platformy, tu już trzeba skoczyć. Czy z pozycji pionowej czy kucznej, skok w dół jest nie do uniknięcia, wbrew protestującemu instynktowi przetrwania. Większość z nas poradziła sobie w miarę bezboleśnie, ale jeden kumpel przestał na platformie prawie 10 minut zanim się pod wpływem intensywnego dopingu zdecydował.





Po przejściu wszystkich sekcji wracamy tak jak przybyliśmy, zjazdem nad doliną. Mały ekran umieszczony na platformie pozwala zobaczyć, czy poprzednia osoba już wylądowała.



I na tym zabawa się kończy. Podobało się nam bardzo i na Go Ape na pewno jeszcze przyjedziemy.

Info praktyczne na stronie www: goape.co.uk
Tam też należy rezerwować bilety (alternatywą jest telefon ale wtedy płacimy funta więcej). Koszt biletu to 25 funtów dla dorosłych i 20 dla dzieci powyżej 10. roku życia.
Na stronie jest spis wszystkich 16 Go Ape'ów na terenie UK (w Szkocji znajduje się tylko ten jeden). Są też filmiki.


Kurcze, gdyby mnie było stać jeździłabym tam co weekend :D


czwartek, 05 czerwca 2008

Nr 13, Ben Starav

Wymowa: tak jak się pisze ale z akcentem na drugą sylabę

Znaczenie nazwy: hill of rustling, wzgórze szelestu. Wersji jak zwykle jest legion, więc podaję najpopularniejszą

Wysokość: 1078m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 62.

Data wejścia: 31.05.2008

Ben Starav wystrzela 1078m nad powierzchnię Loch Etive. Loch Etive jest fiordem, zatem jego lustro stanowi poziom morza. Te tysiąc z hakiem metrów do góry plus zdjęcie w przewodniku Ben Nevis & Glen Coe kusiły nas już od dawna.

Glen Etive sąsiaduje z Glencoe. Na krótkim dystansie doliny biegną względnie równolegle, rozdzielone grzbietem Buachaille Etive Mor, a potem rozchodzą się w kierunach z grubsza zachodnim (Glencoe) i z grubsza południowym (Glen Etive). Charakter obu dolin różni się dość znacznie. Glen Etive jest prawie dwa razy dłuższa i o wiele szersza. Jest też znacznie spokojniejsza, ponieważ jedyna droga, która tamtędy biegnie jest wąska z licznymi mijankami i urywa się nad Loch Etive. Krótko mówiąc, służy jedynie celom turystycznym. Przez Glencoe przebiega natomiast słynna A82, na której ruch nie ustaje nawet nocą.

Rozległa Glen Etive jest bardzo zielona, zamieszkuje ją mnóstwo fauny (widzieliśmy jelenie), teraz na wiosnę wszędzie kwitną rododendrony. Znacznie ciaśniejsza Glencoe jest surowsza, za to zapiera dech spektakularnością szczytów po obu stronach. Jak dotąd nic w Highlandach nie wbiło mnie w fotel bardziej, niż widok na wyłaniające się zza zakrętu Three Sisters.

Bez wątpienia cała okolica to jeden z najefektowniejszych rejonów Szkocji.

Początek trasy był nieco problematyczny, dróżkę odchodzącą od szosy łatwo przegapić, brak jakichś charakterystycznych punktów. Zamiast tłumaczyć, podaję mapkę zgodną z tą z przewodnika (na mapce widać, że można zaparkować wcześniej i ściąć część trasy, nie wiem czemu przewodnik nie podał takiej wersji):



Po przejściu drugiego mostka należy zwiększyć uwagę, żeby nie przegapić rozwidlenia dróg. Wspinamy się szlakiem, który zaznaczyłam na zielono. Czerwonym będziemy schodzić. Można oczywiście odwrotnie, tym bardziej że obie opcje są równie żmudne, ale idąc zielonym (oczywiście kolory to moja licentia poetica) szybciej osiągniemy szczyt.



Na ostatnim planie Stob Dubh kończący Buachaille Etive Beag, po jego prawej stronie widoczna końcówka Buachaille Etive Mor, między nimi przełęcz przez którą można się przedostać do Lairig Eilde i Glencoe

Zdjęcie poniżej pozwala prześledzić sporą część trasy. Nasz szlak pnie się potężnym ramieniem na niewidoczny na razie szczyt. Potem mamy krótki kawałek płaskiej grani (to tam, gdzie śnieg), która następnie lekko się obniża by - na tym odcinku zębata i poszarpana, co będzie widoczne dopiero na zdjęciach z mniejszej odległości - osiągnąć niższy wierzchołek masywu, Stob Coire Dheirg. Dalej szlak oniża się, wciąż po grani, w kierunku przełęczy, której zdjęcie już nie objęło. Od tej przełęczy można udać się na kolejnego munro, Glas Bheinn Mor, lub schodzić drogą którą na mapce zaznaczyłam na czerwono:



Poniżej odcinek od Stob Coire Dheirg po Glas Bheinn Mor, wspomniana przełęcz stanowi największe obniżenie grani:



Szczytu nie zobaczymy jeszcze długo, ale rekompensują to coraz rozleglejsze widoki za plecami, zwłaszcza w kierunku Glencoe, gdzie dominuje masyw Bideana nam Bian.



Kiedy wreszcie ukazuje się szczyt, jesteśmy już naprawdę wysoko. Szlak na krótkim odcinku się wypłaszcza, po czym wzbija w górę, na kamienisty wierzchołek. Na poniższym zdjęciu (zresztą w realu odczucie jest identyczne) wygląda to tak, jakby na górę było już blizutko, hyc-hyc i delektujemy się widokami ze szczytu. Oczywiście nie jest tak. Większą część wejścia istotnie mamy za sobą, ale i przed nami jeszcze ładny kawałek.



Nareszcie widać całą grań szczytową, od wierzchołka głównego po Stob Coire Dheirg. Najbardziej cieszyliśmy się na końcowy odcinek grani, fajnie pozębiony i wyglądający na eksponowany.



Od miejsca z którego ukazuje się szczyt wędrujemy po względnie płaskim, wzdłuż przepięknych krzesanic obrywających się na lewą stronę. Z drugiej za to powoli zaczynają się otwierać widoki na Loch Etive i południe.




Im wyżej, tym więcej kamieni. Sama piramida szczytowa to ogromny kamienny kopiec.



W głębi Bidean nam Bian, Stob Coire Sgreamhach i Buachaille Etive Beag

Atak szczytowy zajmuje około kwadransa. Idzie się miło, bo kamienistość terenu wymusza korzystanie także z rąk, więc nogi mogą trochę odpocząć. Coś na kształt ścieżki momentami się przewija, ale nie warto się nią przejmować. Logiczny kierunek jest tylko jeden.




Poniżej wspomniane skrzesane urwiska, szlak jest wyraźny:




Stob Coire Dheirg i najbardziej obiecujący fragment grani (przy uważnym przypatrzeniu się można dostrzec, że znajdują się na niej dwie osoby):



Na wierzchołku Ben Starava po prostu trzeba rozsiąść się na dłużej. Takie widoki - zwłaszcza przy pogodzie, jaka nam się trafiła - nie są czymś, co przydarza się często. Dla mnie był to mój osobisty - jak w pratchettowskim Złodzieju Czasu - moment absolutnej perfekcji.



Loch Etive, po prawej fragment wyspy Mull



The Cruachan Horseshoe z Ben Cruachanem



Beinn Trilleachan



Po prawej Stob Coir'an Albannaich. Za szczytami Glencoe widać The Mamores

Ze szczytu najpierw lekko w dół, zupełnie płaskim odcinkiem grani:






Zza Bideana nam Bian wyłania się wierzchołek Ben Nevisa, po jego prawej stronie The Mamores

Po tym pierwszym podszczytowym odcinku przyszła kolej na najbardziej interesujący kawałek trasy, czyli poszarpańce wyprowadzające na wierzchołek Stob Coire Dheirg. Istotnie, ekspozycja jest tam spora, ale idzie się bardzo łatwo. Trochę taka Carn Mor Dearg Arete w miniaturce, tyle że CMDA jest o wiele dłuższa i bardziej spektakularna. Powtarzam, trudności brak, ale jeśli ktoś mimo wszystko wolałby bezpieczniejszą opcję, po prawej strony poniżej ostrza grani biegnie ścieżka.






Stob Coire Dheirg



Ze Stob Coire Dheirg schodzimy na głęboką przełęcz, z której albo w dół, by połączyć się ze szlakiem dojściowym, albo na Glas Bheinn Mor. Ta druga opcja jest zastrzeżona dla osób z dobrą kondycją, ponieważ na szczyt kolejnego munrosa jest niezły kawał, a trzeba jeszcze zejść. Jeżeli ktoś planuje tę trasę a nie jest dzikiem, powinien zacząć wchodzenie naprawdę wcześnie.

My schodziliśmy przytulną kotlinką ograniczoną od prawej przez malutki Glas Bheinn Chaol, grzbiecik dzielący na pół olbrzymi kocioł poniżej Ben Starava i Glas Bheinn Mora. Dnem kotlinki biegnie głęboki widowiskowy wąwóz którym płynie Allt nam Meirleach. Zejście jest dość przyjemne, jedynie z początku trochę żwirku. Kiedy pokażą się pierwsze górskie sosny to znak, że wkrótce połączymy się ze szlakiem "zielonym", a stamtąd już tak samo jak w drugą stronę, przez mostki i las.

Piękna wycieczka, piękna góra, a Glen Etive to jedno z cudniejszych miejsc w ogóle, jakie widziałam do tej pory. Szlak oceniam na **, i przypominam, iż w paru miejscach należy zachować znaczną ostrożność pomimo ich łatwości technicznej. Długość drogi jest raczej tatrzańska niż highlandzka (jakby nie było, dajemy ponad tysiąc metrów do góry), i to pomimo iż atakujemy bezpośrednio, bez żmudnych podejść dolinami. Polecam i życzę podobnie pięknej pogody, jak podczas naszej wycieczki. Czyli przy ostrożnych szacunkach macie średnio dziesięć szans w roku, żeby się spełniło;)



Zielony - droga dojściowa, czerwony - zejściowa, żółty - grań pomiędzy szczytem a ostatnią przełęczą