statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
czwartek, 21 czerwca 2007

Nr 2, Stob Coire Sgreamhach

Wymowa: stob kori skrijah

Znaczenie nazwy: peak of the fearful corrie , szczyt przerażającego kotła

Wysokość: 1072m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 65.

Data wejścia: 17.06.07

Nr 3, Bidean nam Bian

Wymowa: bitien nam bią

Znaczenie nazwy: pinnacle of the mountains, szczyt szczytów

Wysokość: 1150m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 23.

Data wejścia: 17.06.07

Potężny, o ciężkiej sylwetce Bidean nam Bian razem ze swymi trzema satelitami (Stob Coire Sgreamhach, Stob Coire nan Lochan i Stob Coire nam Beith) rozsiada się majestatycznie pomiędzy Glencoe a Glen Etive. Zaliczany do Glencoe hills, z głównej doliny jest jednak praktycznie niewidoczny (trzeba wiedzieć, gdzie i kiedy patrzeć). Z trzech położonych opodal szczytów tylko SCS uznany został za dostatecznie wyodrębniony, by zaliczono go do munros, pomimo iż gabarytowo na listę łapią się wszystkie sąsiadujące wierzchołki. Osobiście uważam że Stob Coire nan Lochan, zresztą wyższy od SCS, jak najbardziej powinien być munro. No ale jak lista, to lista, trudno.

Wędrówkę rozpoczęliśmy przy czwartym parkingu w Glencoe (patrząc od strony Bridge of Orchy). Wybiega stamtąd wyraźna ścieżka, która początkowo wspina się lekko, wyprowadzając do doliny. Szlak biegnie po płaskim, wzdłuż potoku Allt Lairig Eilde, po prawej stronie mając poszarpaną grań Beinn Fhady, po lewej zaś ścianę Buachaille Etive Beag z piramidą Stob Dubh (958m n.p.m.).

Nie bardzo mieliśmy pomysł, jak iść - wiedzieliśmy tylko, że przed nami powinien się znajdować SCS, no i skoro jest szlak, to pewnie nas GDZIEŚ wyprowadzi. Nasza droga, jak się okazało, miło i spacerowo łączy Glencoe z Glen Etive, co tłumaczyłoby, że spotkaliśmy na niej trochę ludzi i psów (potem, do samego końca wycieczki, tylko raz w ogóle widzieliśmy człowieka). Istotnie wyprowadziła nas bez pudła, bo pod samą grań SCSa.   

Grań Stob Coire Sgreamhach zamyka dolinę. Jest to sam początek, zasłonięty zboczami Beinn Fhady szczyt znajduje się o wiele wyżej

Postanowiliśmy wbić się na przełęcz i kontynuować marsz po grani. Innych bezpiecznych możliwości zresztą nie było.

Przełęcz (741m n.p.m.)

Wspinaczka ma przełęcz była niedługa, ale strasznie mozolna z powodu znacznego nachylenia. Na szczęście przewyższenie w tym miejscu wynosi zaledwie circa 300 metrów.

Grań Buachaille Etive Beag, najbardziej po prawej Stob Dubh

Widoki z przełęczy na dolinę, choć piękne, nie mogły równać się z tym, co zobaczyliśmy po drugiej stronie: lśniącym w słońcu Loch Etive i jego wspaniałym otoczeniem. Dla czegoś takiego warto żmudnie brnąć pod górę, przeklinając wczorajsze używkowe ekscesy:

Ku wierzchołkowi SCS pięliśmy się bardzo szeroką granią, z jednej strony płynnie przechodzącą w łagodne zbocze, z drugiej opadającą urwiskami. Ten odcinek jest mniej męczący, denerwuje tylko, że przez dłuższy czas nie widać szczytu, przed nami tylko trawa i kamienie. Za to widoki z boków i tyłu z każdym krokiem zyskują na bogactwie - na północnym zachodzie błyszczy Loch Linnhe, po przeciwnej stronie Blackwater, naokoło morze wzniesień:

Nareszcie widać szczyt

W kierunku szczytu

Na wierzchołku Stob Coire Sgreamhach stanęliśmy po mniej więcej godzinie od ruszenia z przełęczy (ale można ten odcinek przejść szybciej, nie robiąc długich postojów na pikniki i robienie zdjęć:>). Widoki wzbogacają się o kierunek północny, ale z panoramy da się dostrzec tylko fragment (za to z grzbietem Ben Nevisa) - plan pierwszy zasłaniają masywne sylwety Bideana i Stob Coire nan Lochan, rozdzielone głębokim siodłem.

Przełęcz między BnB a SCnL

Zwłaszcza Bidean robi wrażenie.

Bidean nam Bian - widok z przełęczy łączącej go z SCS

Żeby dostać się na Bideana, musieliśmy zejść na mocno wciętą przełęcz i uwaga! W razie niedyspozycji, załamania pogody czy innych niesprzyjających okoliczności tu można zacząć schodzić - z przełęczy opada stromy, ale bezpieczny szlak do Lost Valley i dalej do Glencoe.

Na szczyt wiedzie wyraźna i wygodna ścieżka. Do końca prowadzi granią, miejscami wąską i nieco eksponowaną, jednak bez żadnych trudności technicznych. Po pół godzinie marszu w towarzystwie biegnącej kilkadziesiąt metrów niżej owcy indywidualistki, osiągnęliśmy niższy wierzchołek Bideana. Warto się tam zatrzymać na kilka chwil - już tu mamy przedsmak tego, co czeka nas na górze - dookolna panorama szczytów uległa cudownemu rozmnożeniu, a za Loch Linnhe widać otwarte morze.

W tle właściwy wierzchołek BnB

Na szczyt już tylko chwilka.

Stob Coire nan Lochan i Stob Coire nam Beith wydają się być na wyciągnięcie ręki.

Stob Coire nam Beith, 1107m n.p.m.

Za to zejście na przełęcz jest średnio przyjemne. Idzie się po stromym kamiennym usypisku, które przejawia spore tendencje do mobilności - dziewięć na dziesięć kamulców trzyma się ściśle siebie nawzajem, a ostatni wyjeżdża ci spod nóg. Zdecydowanie ostrożność jest tu wskazana. Bokiem usypiska biegnie co prawda ścieżka, ale wypatrzyliśmy ją nad samą przełęczą, tak że nie wiem w którym punkcie się zaczyna.

Na przełęczy po raz pierwszy w życiu widziałam widmo Brockenu.

Zejście z Bideana

Na SCnL wchodzi się szybko, w wejściu atrakcji brak, jest nawet słabo widoczna dróżka. Szczyt jest rozległy, za to ku Glencoe opada stromymi ścianami, u podnoża których widnieje rogalik utworzony przez dwie z Three Sisters, Aonach Dubh i Gearr Aonach.

Po lewej Aonach Dubh, po prawej Gearr Aonach. Środkiem biegnie ten szlak

Na grani SCnL

SCS, przełęcz i zbocze Bideana wznoszące się nad Lost Valley

Zdecydowaliśmy się schodzić w kierunku Gearr Aonach i szukać miejsca, gdzie będzie można zejść na dzika do Zagubionej Doliny. Próbę zejścia podjęliśmy w dolnych partiach grani SCnL - zbocze, choć bardzo strome, spełniało nasze kryteria bezpieczeństwa (nachylenie mniejsze niż 90 stopni, przyczepne podłoże: trawa). Choć się powiodło, uważam, że zrobić głupiej się po prostu nie dało. Przyjemne trawiaste zbocze okazało się cholernie długie i usiane kamulcami, kamieniami, kamykami, kamyczkami oraz żwirkiem. Przy potężnej stromiznie oznaczało to dupozjazdy, uwagę natężoną dziesięć razy powyżej normy i nadwerężenie mięśni pleców podczas prób utrzymania równowagi. Do Zagubionej Doliny zeszliśmy zmordowani, źli i ze sztywnymi łydkami. Od tego momentu każdy zaczął czuć w nogach zrobione kilometry - dobrze, że chociaż można było się napić: dnem płynie, tworząc malownicze wodospadziki, Allt Coire Gabhail.

Lost Valley naprawdę mnie zachwyciła. Jest to dolina wisząca, obrywająca się do Glencoe stromym progiem, z którego z hukiem spada potok. Węższa od swojej sąsiadki którą zaczynaliśmy trasę, w cieniu Bideana nam Bian i Stob Coire nan Lochan, jest też mniej surowa dzięki ilości flory: rosną tu drzewa i krzewy. W ogóle COŚ tu rośnie:) Szlak puszczony został w górnych partiach dnem doliny, w niższych sporo powyżej. Można podziwiać potok daleko w dole.

Tuż przed skalnym progiem otoczenie wygląda sielsko i niewinnie, śliczny lasek po prostu zaprasza... Tymczasem ten ostatni odcinek dopiero dał nam popalić!:D W lasku zaczyna się szaleństwo, scenografia do filmu fantasy: plątanina wiatrołomów, skałek, wodospadów, ogromnych głazów, wykrotów; szlak co chwila się gubi albo naprawdę znika, trzeba przeciskać się pod pniami, szukać zejścia ze ścianek, przekraczać po śliskich kamieniach rwący potok. Coś cudownego, a zarazem strasznie irytującego człowieka, któremu po ciężkim zejściu dygocą łydki i który zrobił po górach potężny dystans. Na ten szlak wybierzemy się kiedy indziej, tylko dla podelektowania się wszystkimi pułapkami i zakątkami, ale wypoczęci i z naładowanymi bateriami w aparatach - będzie oddzielna sesja i oddzielna notka. 

Glencoe pożegnało nas cudownym zachodem słońca, w którego ostatnich promieniach toczyliśmy się złachani do parkingu. Podczas dyskusji podsumowującej już w samochodzie wyprawę uznano zgodnie za absolutnie fantastyczną.

Trasę po wyciągnięciu średniej oceniam na **. Spora część jest banalna, ale kilka odcinków (droga ze szczytu Bideana na przełęcz, grań Stob Coire nan Lochan, wreszcie nasze dzikie zejście oraz końcowy lasek) zasługuje na ***. Droga jest długa i męcząca, przy czym chyba więcej schodzenia niż wchodzenia. Jako szlak zejściowy z SCnL zdecydowanie rekomenduję trasę przez Gearr Aonach i niżej Coire nan Lochan, pomiędzy Siostrami. Przy czym prawdziwych trudności technicznych - tzn. takich, do których potrzeba więcej niż przeciętnej sprawności fizycznej - brak, wystarczy iść ostrożnie.

Bardzo polecam :)

PS (03. 01. 2008): dopiero po którymś z kolei kontrolnym czytaniu połapałam się, że to nie wynika jasno z tekstu - na odcinku pomiędzy pierwszą przełęczą a przełęczą między Stob Coire Sgreamhach i Bideanem ścieżki NIE MA. W przewodnikach / na mapach jako rekomendowane wejście i zejście z Bideana zaznaczona jest trasa Glencoe - Zagubiona Dolina - SCS - BnB - SCnL - Coire nan Lochan - Glencoe. Na całej jej długości biegnie szlak, oczywiście w rozumieniu szkockim, bo nie jest w żaden sposób oznaczony, za to wyraźny.

Naszą "autorską" opcję ogromnie polecam, jest fajna, nie chcę po prostu wprowadzać nikogo w błąd. 

wtorek, 12 czerwca 2007

Na początku kwietnia wybraliśmy się do Glencoe z zamiarem ponapawania się widokami i ewentualnie zrobienia jakiejś łatwej trasy (w wyższych partiach leżał na masę śnieg). Nie mieliśmy mapy ani koncepcji, za to dużo zapału. Okazało się, że to wystarczy, żeby było wesoło.

Glencoe (bądź Glen Coe), Dolina Łez, jedno ze słynniejszych miejsc w Szkocji (rzecz jasna po pierwszej lidze, którą stanowią Edynburg, Glasgow, Loch Ness i Rosslyn:>), jest miejscem bezdyskusyjnie przepięknym. Położona w West Higland, razem z sąsiednią Glen Etive stanowi konkretne skupisko munrosów oraz wzniesień mniejszych, ale równie dekoracyjnych. Wylotem wschodnim obie doliny opierają się o pustkowie Rannoch Moor. Do zachodniego sięga morze, a powstała zatoka (Loch Linnhe), wżynająca się w ląd głęboko jak fiord, wysuwa w stronę doliny swoje wąskie odgałęzienie, Loch Leven. Patrząc na LL z góry w życiu by się człowiek sam nie domyślił, że to nie jezioro.

Co do naszej trasy, wybraliśmy ją zupełnie przypadkowo. Zatrzymaliśmy się po prostu na jednym z dwóch parkingów i zaczęliśmy kombinować, jakie szlaki odchodzą w polu widzenia. Wybór był dość oczywisty, za niskie by pokrywał je śnieg Three Sisters, niższe piętro z nieznanych mi przyczyn nie będącego munrosem imponującego Stob Coire nan Lochan, wznosiły się tuż nad nami i widać było, że prowadzi tam droga:

Dwie z Three Sisters, Gearr Aonach i Aonach Dubh

Szlak z początku zbiega w dół, do faktycznego dna doliny (szosa puszczona jest nieco wyżej), przekracza potok River Coe i zaczyna piąć się w górę, trawersując zbocze Gearr Aonach. Ścieżka jest dobrze widoczna, raczej wygodna, w znacznej części ułożona z kamieni, choć sporo jest i wkurwiającego żwirku.

Ten pierwszy odcinek jest mało nachylony, wysokość zyskujemy powoli. Daleko w górze widnieje coraz wyraźniejszy szczyt Stob Coire nan Lochan, który z tej odległości wydaje się strasznie daleki, wysoki i ogólnie nie do zdobycia:]

Kiedy osiągamy środek podkowy i zaczynamy się piąć równolegle do potoku, robi się stromiej - już nie trawersujemy ściany, ale walimy centralnie, obrzeżami wielkiego żlebu. Sceneria raczej bez zmian - szczyt bliżej i bliżej, ale wciąż budzący respekt; za plecami coraz głębsza dolina i coraz cieńsza nitka szosy A82.

Im wyżej, tym stromiej, więcej żwiru i słabiej widoczna ścieżka. Pod koniec idzie się już bez zwracania uwagi, jest droga czy nie, skoro jedyny logiczny kierunek prowadzi tak czy inaczej prosto w górę.

Ostatnie podrygi wyraźnego szlaku, zaraz będzie stromo a ścieżka się rozmyje

Kiedy w końcu osiągamy najwyższy punkt zbocza, znajdujemy się na - mniej więcej - równi, lekko tylko pofałdowanej. To szczyt podkowy, czy też półksiężyca, budowanego przez Gearr Aonach i Aonach Dubh. Jeśli te dwie kolumny są nogami krzesła, to równia jest siedziskiem, a urwiska SCnL oparciem. Porównanie tylko z pozoru wydumane, bo dokładnie tak to wygląda:

Na Gearr Aonach, w tle Stob Coire nan Lochan

http://leisure.ordnancesurvey.co.uk/leisure

Widoki oczywiście wymiatają.

Stob Coire Sgreamhach

Grań Aonach Eagach po przeciwnej stronie doliny

Z pogodą wyjątkowo się nam poszczęściło, ale o tym, że to jednak wczesny początek wiosny, nie dawały zapomnieć płaty śniegu:

Na szczyt SCnL nie próbowaliśmy wchodzić. Panowie chcieli, ale zaprotestowałam stanowczo. Było za dużo śniegu. Może to przesadna ostrożność, ale moje doświadczenia ze śniegiem w górach ograniczają się do seryjnych zjazdów na dupie w Tatrach w czerwcu 2006, kiedy warunki (czego się spodziewałam, ale nie miałam możliwości pojechać w innym terminie) były klasycznie zimowe już w wyżej położonych dolinach. Było średnio, czuję się na coś takiego nieprzygotowana i wolę nie ryzykować, tym bardziej że cóż za problem zaliczyć tę samą trasę latem.

Pomimo zmiany planu na mniej ambitny, otoczenie wprawiło ekipę w taką euforię, że zwiedziliśmy całą (a konkretna owszem jest) podkowę, od krańca do krańca. Przepaście po obu stronach były imponujące, ale tym, dla czego naprawdę warto było się tą trasą wybrać, okazały się widoki z Aonach Dubh, siostry wyższej, zachodniej, liczącej 892m npm.

Idziemy na Aonach Dubh

Droga A82

Wyraźnie widać, że szosa jest puszczona powyżej dna doliny

Miejscowość Glencoe nad brzegami Loch Leven

W końcu trzeba było przerwać tę sielankę i zacząć złazić, ale nikt nie miał ochoty wracać żlebem wzdłuż potoku. Postanowiliśmy zejść na dzika bezpośrednio z AD, ścinając hektar starej trasy i zaoszczędzając czas (jeden z kolegów śpieszył się do Edynburda w sprawach mocno prywatnych:P). Szlak w dole było pięknie widać, a zbocze, choć bardzo strome, nie wyglądało jakoś strasznie hardkorowo. Zaczęliśmy schodzić.

Ten odcinek okazał się - oprócz oczywiście widoków - najfajniejszym punktem całej wycieczki. Złaziliśmy prawie pionowym trawiasto - skalistym stokiem, gdzie nachylenie powodowało, że w wielu miejscach trzeba było przysiadać na dupie i trzymać się trawy, kamulców czy co tam jeszcze się znalazło do trzymania. Groźnie nie było AFAIR w żadnym momencie (chociaż przy pewnym pechu jak najbardziej było gdzie połamać nogi), ale w kilku miejscach (skały plus żwirek my love:]) trzeba było jednak następny krok przemyśleć.

Teren naszego zejścia z przyległościami

Łatwy moment

Szlaku tą metodą faktycznie ścięliśmy sporo, w dodatku w malowniczy sposób. Kolega zdążył na swoją randkę;)

Wycieczkę na Aonach Dubh polecam wszystkim, którzy mają ochotę na wysokogórskie widoki, ale niekoniecznie lubią ryzyko. Pierwszoligowe wrażenia estetyczne zapewnione. Trudności technicznych w trasie żlebem brak, w naszej dzikiej właściwie też - choć tu trzeba zachować minimum ostrożności. Droga może być dość męcząca dla osób o słabszej kondycji, ale nie jest na tyle długa, by nie można było sobie pozwolić na częste postoje. Trudności orientacyjnych brak, po prostu należy się wspinać / schodzić zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Niewolnicze trzymanie się ścieżki na tej akurat trasie nie jest konieczne.

Odcinek żlebem oceniam na *, nasze zejście z AD na mocne **.

piątek, 08 czerwca 2007

Nr 1, Beinn Dorain

Wymowa: ben doren

Znaczenie nazwy: hill of the streamlet, wzgórze strumyczków

Wysokość: 1076m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 64.

Data wejścia: 2.06.07

W BD zakochałam się od pierwszego wejrzenia, zobaczywszy go z okna samochodu w drodze do Glencoe. Trasę tę robiliśmy później jeszcze wiele razy, a mój apetyt stawał się coraz większy. Góra jest po prostu przepiękna - widziana z drogi stanowi niezwykle kształtną, aż nienaturalnie regularną piramidę, poznaczoną od wierzchołka po podnóża falistymi żlebkami (może to są właśnie trasy tych "streamletów"), co mnie skojarzyło się z bałtycką muszelką.

Ponadto BD, jak wszystkie wgórza w okolicy (grupa Bridge of Orchy hills), nie należy do żadnego pasma, a jest zupełnie samodzielnym wzniesieniem, co dla osoby przyzwyczajonej do specyfiki Tatr, gór o zupełnie innej konstrukcji, jest dodatkową gratką. Nie musisz robić kilkugodzinnych podejść, zanim w ogóle zobaczysz docelową ścianę - ot, jest płasko, i nagle wystrzela do góry ostrosłup, którego budowę możesz prześledzić "od stóp do głów".

Na BD wybraliśmy się drugiego czerwca. Poranek był lekko pochmurny, ale ekipa (sztuk cztery) wyszła z optymistycznego założenia, że pogoda może się zmienić na lepsze, a w ogóle to do Bridge of Orchy mamy ponad 100km i nie ma się co łamać, że nad Livingston jest marnie. Trasa podróży wiodła standardowo: kierunek Bathgate - Falkirk - Stirling - i faktyczna brama do Highlandu, czyli Callander. Już w Callander stało się jasne, że jeśli chodzi o pogodę, jesteśmy w głębokiej dupie - nawet co poniektóre niższe szczyty niknęły w chmurach - ale ponieważ nie padało, uznano zgodnie że warto zaryzykować.

Kiedy dojechaliśmy do Bridge of Orchy, miasteczka straszliwie zadupiastego, ale przepięknie położonego, wciąż było marnie. Szczyty BD i sąsiedniego, bliźniaczego munro Beinn an Dothaidh ginęły w chmurze. Niezrażeni zaparkowaliśmy koło dworca (o tej linii kolejowej będę musiała kiedyś napisać, ponieważ jest to coś niesamowitego), i zaczęliśmy wypatrywać, którędy najlepiej naszego bena przyatakować. W szkockich górach szlaków jako takich nie ma, w każdym razie nie w polskim rozumieniu. Są ścieżki, ale tylko na niektórych odcinkach poumacniane, w wielu miejscach nie ma ich wcale i ludność wchodzi "na dzika", jakichkolwiek oznaczeń brak. Tym razem problemu nie było - zbocze przecinała dość wyraźna wydeptana droga, wspinająca się aż na przełęcz łączącą naszego munrosa ze swoim bliźniakiem.

Po lewej Beinn an Dothaidh, po prawej Beinn Dorainn

Wspięcie się na przełęcz zajęło nam około półtorej godziny. Trasa była bardzo monotonna - po lewej ściany jednego bena, po prawej drugiego, w oddali siodło przełęczy, pod nogami niezbyt stromo, za to mnóstwo żwiru i kamieni (opcja lepsza) bądź błocka i torfu zasysającego buty. Za to patrząc wstecz można było podziwiać rozszerzającą się panoramę zielonej Glen of Orchy - i to były już ostatnie widoki tego dnia.

Glen Orchy

Jeśli przedtem byliśmy w głębokiej dupie, to na przełęczy głębszej już być nie mogło. Widoczność spadła do zera - w lepszych momentach sięgała może 20m. Po drugiej stronie siodła, skąd powinien rozpościerać się fantastyczny widok na dzikie połacie Rannoch Moor i sąsiednie szczyty, widniała zwarta ściana mgły. Piździło i mżyło ponadto straszliwie. Już wiadomo było, że krajobrazów nie popodziwiamy, ale chcieliśmy przynajmniej zaliczyć pierwszego munro.

Przełęcz

Droga z przełęczy na szczyt prowadzi terenem niezbyt mocno nachylonym i nie jest szczególnie męcząca. Później sprawdziłam na mapie, że długość tego odcinka jest niemal identyczna jak długość drogi z Bridge of Orchy na siodło, ale dzięki twardemu podłożu pokonuje się ją dużo szybciej. Krajobraz góry - na ile można to było ocenić we mgle - jest urozmaicony: minęliśmy kilka jeziorek, co i rusz z chmury wyłaniały się jakieś skały i skałki, podłoże raz było trawiaste, raz skaliste. Kontur ścieżki rysował się "na słowo honoru", przez co zresztą zgubiłam się na jakiś kwadrans;).

W pewnym momencie dwaj nasi panowie, którzy ostro wybili się na przód, zawrócili z wiadomością iż właśnie przed chwilą byli na szczycie, ale tak wiało że zaraz wrócili - i żebyśmy teraz my z M. weszli, a oni tu na nas poczekają w osłoniętym miejscu. Szczęśliwi, że to już (ręce prawie mi odpadły z zimna), wspięliśmy się na wskazane miejsce. Potencjalny szczyt, niewielkie przewyższenie, istotnie wydawał się najwyższym punktem w okolicy, ale jak dla mnie był jakiś niepozorny. Taki kawał góry nie powinien kończyć się pypkiem, na którym zmieścić się mogą trzy osoby naraz. Ponadto w żaden sposób nie był oznaczony, a spodziewałam się przynajmniej kopczyka z kamieni. Zawołaliśmy resztę i zaczęliśmy iść dalej.

Po krótkiej przeprawie lekko wznoszącym się terenem (tu już wszyscy przyznali mi rację) weszliśmy na - przynajmniej mam taką nadzieję - faktyczny szczyt Beinn Dorain, bo kopczyk był, a jakże - i to po byku. Ha, kopiec:D

Ponieważ do podziwiania mieliśmy oprócz kopca co najwyżej siebie, po chwili zdecydowaliśmy się schodzić. Kierunek obraliśmy odwrotny w stosunku do poprzedniego - jakaś dróżka znalazła się bez problemu.

Ledwo przeszliśmy po względnie płaskim kilkadziesiąt metrów, a tu surprajs. Drugi identyczny kopiec, chyba nawet większy. Uznaliśmy, że musi to być alternatywny wierzchołek BD, bo trudno sobie wyobrazić inny powód do stawiania czegoś takiego. Trochę nas to w pierwszej chwili zbiło z tropu, tym bardziej że przy zerowej widoczności byliśmy dość ogłupiali.

Od tego punktu droga zaczęła prowadzić w dół i trawersować zbocze - po przeciwnej stronie było dość przepaściście. Wąska ścieżka wiła się łatwym terenem, głównie po śliskim żwirze, momentami tylko było stromiej. Nagle ponad nami ukazała się głowa górskiego diabła.

W tym momencie wielkie gratulacje dla wszystkich panów, którzy uznali zgodnie, że diabeł jest kozicą. Nawet, kiedy już ukazał się w całej okazałości. A przepraszam - padła jeszcze opcja "muflon". Jakoś nikt nie mógł uwierzyć, że w naszej munroistycznej przygodzie towarzyszą nam zwykłe...

Owce:DDD

Owieczki szły za nami jeszcze przez długi czas - trzy dorosłe i jeden maluch (panowie: kebab! Kebab!). Dla skubańców, jak widać, munros to małe miki.

Droga była długa. Po mniej więcej godzinie (raczej więcej niż mniej) skończyliśmy trawersowanie zbocza i znaleźliśmy się na bardziej płaskim i rozległym terenie, bardzo przypominającym początkowe partie ścieżki nad przełęczą. Wkrótce okazało się, że była to ta sama - najwyraźniej zrobiliśmy pętlę. Znanym już odcinkiem drogi zeszliśmy na siodło i z niego do Bridge of Orchy - tym co poprzednio nudnym szlakiem pomiędzy potężnymi bryłami dwóch munrosów.

Trasę oceniam na *. Trudności nie napotkaliśmy żadnych - jeśli już, to orientacyjne, ale niewielkie i wyłącznie z powodu mgły. Droga była dość monotonna, zwłaszcza do przełęczy, ale niezbyt męcząca. Nachylenie nawet w najbardziej stromych miejscach nie było znaczne. Atutem tej trasy byłaby niewątpliwie widowiskowość, gdyby warunki pogodowe pozwoliły się nią cieszyć.

No niestety, trzeba będzie się tam wybrać jeszcze raz. Munro niby zaliczony, ale niedosyt pozostaje.

http://leisure.ordnancesurvey.co.uk/leisure

czwartek, 07 czerwca 2007

Ano, skala trudności - nie od rzeczy będzie ustalić taką, przyda się to przy opisach poszczególnych tras. Wymyśliłam, że moja subiektywna ST będzie następująca:

* - łatwizna (tak technicznie, jak i pod względem potencjalnych niebezpieczeństw);

** - średnio (z jakiejś przyczyny - większa ekspozycja, stromsze miejsca, bardziej męcząca trasa - już nie tak prosto, ale wciąż bez hardkorów);

*** - mocne wrażenia (ale dla Prawdziwych Ryzykantów wciąż za mało);

**** - było genialnie, ale raczej nie będę mieć ochoty uskuteczniać tej trasy ponownie... w najbliższym czasie.

*****  tłumaczyć się zaś będzie jako NIGDY WIĘCEJ!!! - ale mam na tyle rozwinięty instynkt samozachowawczy, że praktycznego zastosowania dla tych pięciu gwiazdek raczej nie przewiduję.

No, to pierwszy ważny problem techniczny rozwiązany;)

16:58, connspeach , Org.
Link Dodaj komentarz »

Co najmniej 3000 stóp wysokości nad poziomem morza, czyli circa 914 metrów, liczy sobie każdy z munros - szczytów Scottish Highlands nazwanych tak od nazwiska sir Hugha Munro, pierwszego freaka, który to wszystko sklasyfikował po uprzednim wejściu (potem się co prawda okazało, że munrosów jest więcej, ale szacunek za ideę i tak się należy). Sir Hugh uskuteczniał swoją działalność pod koniec XIX wieku i doliczył się 236 munrosów. Stan na dziś wynosi 284 i raczej jest ostateczny. Pierwszą nagrodę zgarnia słynny Ben Nevis ze swoimi 4406 stopami (1344 m), co może nie wydaje się liczbą szczególnie imponującą, ale trzeba pamiętać, że szkockie góry wyrastają praktycznie z morza, tak że wysokości względna i bezwzględna różnią się zaledwie nieznacznie. Wzniesienie, na mapie wielkości Gubałówki, w praktyce może dość poważnie zaskoczyć takimi atrakcjami, jak potężne przewyższenie w stosunku do otaczającego terenu, urwiste ściany, stromizny i przepaście. No fakt, na tej wysokości o rozrzedzone powietrze raczej trudno:] Ale do szkockich gór należy bezwzględnie mieć szacunek i zachowywać wszelkie zasady bezpieczeństwa, jakie turysta bez skłonności samobójczych stosuje w górach wyższych.

Ponieważ na punkcie gór mam potężnego świra, kiedy razem z moją drugą połową podwyższyliśmy statystyki ostatniej emigracji na Wyspy o sztuk dwie, oczywiste było, co mnie tu najbardziej zainteresuje. Aktualnie mieszkamy w Livingston, tuż pod Edynburgiem, niecałą godzinę jazdy od Stirling, za którym już właściwie zaczyna się Highland. Czyli jest nawet lepiej niż w Polsce, gdzie od Tatr dzieliło nas 400km z hakiem - nic, tylko jeździć i korzystać:)

Postanowiliśmy z M., że w ramach korzystania spróbujemy zaliczyć wszystkie munrosy. Przedsięwzięcie takie można podjąć oficjalnie, z rejestracją, a na zakończenie kolekcjonowania otrzymać tytuł munroisty, ale coś takiego mnie nie bawi. W Tatrach też nigdy nie zbierałam pieczątek w schroniskach. Zresztą, zobaczymy, może jeszcze zmienię zdanie.

Do tego bloga chciałabym wrzucać wszystko, co związane z moim górskim świrem, czyli relacje z wycieczek, subiektywne opisy tras i miejsc, zdjęcia, teksty, generalnie to na co będę mieć aktualnie ochotę, byle na temat. Nie mam bynajmniej zamiaru ograniczać się tylko do Szkocji a w samej Szkocji - do tytułowych 3000ft. Jeśli jakaś góra ma charakter, gabaryty tracą na znaczeniu.

Tyle wstępu, a jak wyjdzie, zobaczymy:)

13:36, connspeach , Org.
Link Komentarze (5) »