statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
piątek, 14 maja 2010

Nr 62, Cac Carn Beag

Wymowa: kah karn beg

Znaczenie nazwy: pass of the small cairn

Wysokość: 1155m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 21.

Data wejścia: 28.04.10

Położony w obrębie Cairngorms National Park, faktycznie Lochnagar to jeszcze Mounth, nie Cairngorm plateau. Arktyczne klimaty pozostają oczywiście te same. Lochnagarem jest nazywane wzniesienie położone na obrzeżu plateau, na południe i wschód łagodnie przechodzące w jego miękkie linie, na północny zachód opadające wspaniałym kotłem. Jak to na płaskowyżach bywa, dokładne ustalenie najwyższego punktu jest sprawą podstawową, gdyż rzadko jest on ewidentny. Na Lochnagarze wierzchołki są dwa, ale żeby zaliczyć munrosa trzeba oczywiście stanąć na wyższym, Cac Carn Beag.

Lochnagar zdobywaliśmy drogą najpopularniejszą, od Spittal of Glenmuick. Teraz uwaga, bo bardzo łatwo pomylić drogę (jako i my uczyniliśmy). Z początku jest to normalnie autostrada. Opuszczając parking mijamy niewielki lasek, potem idziemy otwartym polem. W oddali widoczne są zabudowania farmy. Kiedy autostrada skręca ostro w prawo, my obieramy azymut na charakterystyczny budynek, coś w rodzaju otwartego garażu. Ciężko opisać ale w terenie nie do pomylenia. Okrążamy garaż od prawej strony po czym prawie niewidoczną ścieżką wchodzimy w las. Za lasem droga pojawi się ponownie i więcej odcinków mylnych już nie będzie.

Pierwszy widok na Lochnagar z farmą w dole:



Przepiękne starodrzewy Ballochbuie Forest, fotka robiona akurat z miejsca przez które prawidłowa trasa nie prowadzi:



Po przekroczeniu strumienia droga gładko wyprowadza na zbocza Lochnagaru. Nie jest trudno, nie jest stromo, klimat taki bardziej spacerowy, widoki stają się coraz rozleglejsze i piękniejsze. Pełno fauny: jelenie, pardwy, cietrzewie, zające, żmije (!); flora surowa - same wrzosy, zero drzew. Można poczuć się jak za kołem polarnym.



Kiedy w końcu teren znacznie się spiętrza, oznacza to że osiągnęliśmy ostatnie podejście, The Ladder, które już bezpośrednio wyprowadzi nas na plateau. Podchodzenie nie trwa długo. Wkrótce stajemy na płaskowyżu i odsłania się nam w całym swym splendorze lochnagarowy kocioł, opadający do jeziorka tej samej nazwy:



O tym, że kocioł ów warto obadać pod kątem scramblingowym, wiedzieliśmy doskonale. Wycieczka miała być zresztą tak samo zrobieniem munrosa jak i rekonesansem. Z moich książek pamiętałam, że są tam na pewno jakieś czwórkowe (czyli trudne, ale osiągalne) scramblingi. Idąc wzdłuż krawędzi klifów, wypatrywaliśmy miejsc z potencjałem - tzn. takich, które byłyby realne dla nas wszystkich, bo znacznie trudniejszych akurat tam nie brakuje. Znaleźliśmy albo tak nam się wydaje.



Pogoda zmieniała się kilkanaście razy w ciągu dnia. Było pięknie (choć na górze panowała iście arktyczna zimnica, w kontraście do podejścia gdzie popylaliśmy radośnie w samych polarkach).



Po zdobyciu obu wierzchołków i napatrzeniu się na niesamowitą panoramę wracaliśmy ponownie przy krawędzi, ale tym razem pięknie świeciło słońce i można było dostrzec więcej. Jednym z potencjalnych celów jest turniczka poniżej, na którą panowie zresztą już by weszli, gdybym nie zaprotestowała. Było zbyt ślisko, a ponadto jak wchodzić to razem - tyle że ja, jako znany tchórz, wolałabym z liną. Nie wyglądało to na bardzo trudne ale ekspozycja cholerna.



Turniczka od strony "wejściowej":



Wypatrzyliśmy jeszcze ze trzy granie które wyglądały na leżące w zasięgu naszych możliwości, acz również dość lufiaste. Na pewno wrócimy tam latem.



Powrót tą samą drogą.

Lochnagar jest piękny a widok z plateau powala na kolana. Na pewno warto tę górę odwiedzić nawet ceprostradą, tym bardziej że jest ona tak nieforsowna, że do przejścia dla każdego. Fajnie gdyby utrafić z pogodą - zupełna lampa niekoniecznie pasowała by do klimatu tego miejsca, taka pogoda w kratkę jaką my mieliśmy (z chmurami jednak wysoko przez cały czas) idealnie podkreślała surowość krajobrazu - w oddali widzieliśmy strumienie deszczu spadającego w różnych miejscach, w dole tworzyły się tęcza za tęczą, chmury przeplatały się ze słońcem - wszystko to dawało dokładnie taki efekt, jak powinno*.

Polecam jako cel z pełnym przekonaniem.

*moje preferencje chadzają oczywiście różnymi drogami ;P


środa, 05 maja 2010

Nr 59,
Creag nan Damh; nr 60, Sgurr an Lochain; nr 61, Sgurr an Doire Leathain

Wymowa: kreg nan daw; skur an lo-hen; skur an do're - leen

Znaczenie nazwy: crag of the stags; rocky peak of the little loch; rocky peak of broad oak thicket

Wysokość: 918m n.p.m.; 1004m n.p.m.; 1010m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 274.; 131.; 122

Data wejścia: 24.04.10

Na pierwszy biwak w tym roku wybraliśmy Glen Shiel. Chcieliśmy przejść 11 kilometrową grań Seven Sisters, łańcuch dziesięciu wzniesień z których aż sześć ma status munro.

Z racji że plan był nad wyraz ambitny, postanowiliśmy pierwszy dzień poświęcić na dojście jak najbliżej punktu startowego, tj. grani. Samochód zostawiliśmy u końca trasy, pod Cluanie Inn, przeszliśmy te 11 km dołem, szosą, po czym zaczęliśmy szukać drogi na grań. Trasę tę tradycyjnie pokonuje się w drugą stronę, nie jestem pewna dlaczego. My postanowiliśmy zrobić po swojemu.

Jeszcze nie wszędzie umiem podpisać co jest co:




Maol Chinn-dearg; Sgurr Coire na Feinne i opadająca zeń grań Druim Thollaidh





Na II planie Sgurr nan Forcan i The Saddle

Podchodzenie zaczynamy z parkingu przy Malagan Bridge, tego samego, z którego szliśmy na The Saddle.

Ścieżka z początku jest wyraźna, nastromienie średnie, ogólnie nie szło by się źle ale że mieliśmy ciężkie wory i 11 km w nogach, musieliśmy robić bardzo częste przystanki. Za plecami towarzyszył nam widok na potężny Sgurr na Ciste Duibhe. Wszystkie szczyty Glen Shiel sprawiają wrażenie niezwykle wielkich, przytłaczających - wszystko dlatego, że startujemy z ok. 200m n.p.m. czyli przewyższenia są spore, nawet do 800-900 metrów.



Szło się słabo i wkrótce miało się ściemnić, zatem już w okolicach połowy drogi na grań, po wejściu do zacisznej dolinki, zaczęliśmy wypatrywać odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu, czytaj: płaskiego i w miarę możliwości suchego (czyli w tym przypadku mniej mokrego niż reszta otoczenia).



Jedynym znakiem obecności człowieka była wijąca się w dole nitka szosy. Poza tym, pustkowie, surowość, przestrzeń; wszystko w kolorystyce jeszcze rudej, nie zielonej. Z jednej strony piękna sprawa, z drugiej - krajobraz szalenie melancholijny i rozdzierający...

Po nocy w najsuchszym i najbardziej płaskim miejscu jakie udało się znaleźć (z zimna nie mogłam spać, a Mariusz nie spał bo ciągle wpadał w dziurę, ale to drobiazgi) dzielnie ruszyliśmy do góry coraz bardziej stromiejącym stokiem. Ścieżka zrobiła się zupełnie rozmazana, ale nie miało to już znaczenia, kierowaliśmy się prosto w gorę, na przełęcz.

W międzyczasie zaczęła się psuć pogoda. Na przełęczy okazało się jasne, że optymistyczne prognozy się nie ziszczą:



Szczyty w polu widzenia to Creag nan Damh i Sgurr an Lochain. Jako że wydawały się leżeć na wyciągnięcie ręki, postanowiliśmy osiągnąć drugi z nich w południe (była 10.30, szliśmy tak wolno bo ciążyły nam wory). Wydawało się, że będzie to bułka z masłem.

... nie była.
Kiedy trasa zaczęła nam dosłownie rosnąć w oczach zrozumieliśmy, że padliśmy ofiarą wyjątkowo wrednego skrótu perspektywicznego. Za pierwszym munrosem - nawiasem to co wzięliśmy za jego szczyt okazało się przedwierzchołkiem, a do szczytu właściwego był kawał - grań załamywała się i zataczała pętlę, czego z przełęczy nie było widać. Co gorsza, do pokonania było leżące na owej pętli kolejne wzniesienie, nie munros co prawda, ale też wysokie.



Był nawet krótki odcinek scramblingu, gdzie trochę siałam panikę jako że skały były ośnieżone i śliskie - na zdjęciu nie wygląda na trudne, ale nawet Mariusz przyznał, że ten pierwszy krok nie był przyjemny.



Tego corbetta (muszę sprawdzić czy to na pewno corbett, najwyżej wyedytuję) pomiędzy munrosami trawersowaliśmy ścieżką wydeptaną przez munro-bagger
ów. Przy krótszej trasie można się wziąć na ambicję i iść cały czas granią, ale tu po prostu nie było sensu.



Chmury obniżały się coraz bardziej, więc na tym odcinku Mariusz strzelił ostatnie fotki (znów, jeszcze nie umiem ich na 100% podpisać):





Z przełęczy za corbettem na Sgurr an Lochain podchodziło się bardzo żmudnie - odcinek nie jest długi, ale stromy. Wierzchołek osiągnęliśmy już we mgle. Zamierzaliśmy w tym miejscu być w południe, mieliśmy tymczasem półtora godzinny poślizg - wina nie tylko worów, ale będącej dla nas totalnym zaskoczeniem długości tego odcinka. Wiadomo było, że należy się ewakuować pierwszym możliwym zejściem. Po analizie poziomic i ukształtowania terenu na mapie padło na grań Druim Thollaidh (tej z trzeciego zdjęcia), opadającej z czwartej siostry, nieletniej, bo liczonej do Sióstr pomimo niebycia munrosem. Czyli zostały nam do pokonania jeszcze dwa wzniesienia i długie zejście - perspektywa nie była wesoła, ale że innych możliwości nie widzieliśmy, kontynuowaliśmy marsz.

W zupełnej mgle zdjęć nie było jak robić, jednak opadające na północ urwiska, momentami niemalże klify, były doskonale widoczne. Z mapy wynikało że północne zbocza są w większości strome i przepaściste, więc przy tak kiepskiej widoczności właściwy wybór drogi zejścia był sprawą kluczową.

Kiedy dotarliśmy na szczyt Sgurr an Doire Leathain, byliśmy już tak zmęczeni, że postanowiliśmy powtórnie przestudiować mapę. Okazało się, ze słusznie - całkiem dobrą opcję mieliśmy z miejsca gdzie się znajdowaliśmy: wyglądało to na w g
órze bardziej, niżej średnio stromy stok. Zaczęliśmy schodzić, choć oczywista na mapie trasa niezupełnie była taka w terenie. Z początku prowadziły nas ślady - nie my pierwsi wybraliśmy ten wariant - potem się rozmyły i szliśmy na intuicję. Raki były potrzebne tylko na moment, w miękkim śniegu bardziej zawadzały niż pomagały. Kiedy w końcu obniżyliśmy się popod mgłę, okazało się, że idziemy w dobrym kierunku. Dojście do drogi zajęło nam wieki, ale w końcu, mokrzy od nasilającego się deszczu i zmachani, stanęliśmy na asfalcie. Uwaga: wzdłuż szosy płynie rzeka, a przekroczyć ją na sucho można tylko w miejscu, gdzie wpada do skalnego tunelu. Dlatego nie można ulec pokusie wędrowania po skosie, tak aby ściąć jak najwięcej asfaltówki. Trzeba niestety iść prosto. Tunel zaznaczony jest na mapie, w terenie widoczny jest w formie niewielkiej górki przy samej szosie.

Marsz szosą dał nam w kość, ale przynajmniej odpadły wątpliwości nawigacyjne. Przy samochodzie zameldowaliśmy się o 19. Stanu naszego zmachania oraz ulgi po pozbyciu się worów nawet nie będę próbować opisywać.

Trasę definitywnie dokończymy, "mniejsza połowa" została zrobiona, a to co pozostało wydaje się być mimo wszystko nieco lżejszym wyzwaniem. Na kolejny raz zaplanowaliśmy wchodzenie granią Druim Thollaidh - nie mogę się już doczekać, Glen Shiel jest przepiękne.