statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
wtorek, 26 maja 2009


Nr 35, Ben Vorlich i nr 36, Stuc a'Chroin

Wymowa: ben worlih; stuk a krojn

Znaczenie nazwy:
hill of the bay; w zależności od źródła peak of danger/peak of the sheepfold (jak zwykle, WTF?)

Wysokość:
985m n.p.m.; 975m n.p.m.

Pozycja na liście munros
ów: 165.; 182.

Data wejścia:
22.05.2009

Ben Vorlichy są dwa, ten drugi nad Loch Lomond. Nasz BV kusił nas o tyle, że razem z sąsiadem Stuc a'Chroin stanowią bardzo charakterystyczny element panoramy widzianej z Pasa Centralnego. Jedynie Ben Lomond jest wysunięty bardziej na południe. Ben Vorlich i Stuc a'Chroin to forpoczta Highlandu (administracyjny Highland zaczyna się na północnych stokach Glencoe, ale dla mnie granicą jest Callander), morze szczytów otwiera się dopiero za nimi, one są jeszcze jedną nogą w Lowlands. Vorlicha z kuplem widać nawet z naszej okolicy, tylko trzeba znaleźć odpowiednio wysoki punkt (najdalszym munrosem którego zlokalizowałam z rejonu Livingston jest Ben More).
Jadąc z południa, mijamy Callander i przed miejscowością Lochearnhead skręcamy na mikrą ścieżkę biegnącą wzdłuż południowego brzegu Loch Earn. Ścieżka jest naprawdę mini-mini, z mijankami.

Droga rozpoczyna się nieopodal Ardvorlich House, który jest uwzględniony w atlasach i na mapach, AFAIR są też stosowne drogowskazy, więc ciężko przegapić. Etapem pierwszym będzie marsz przez Glen Vorlich - z jej zarania góra prezentuje się tak:



Do pewnego momentu szlak trawersuje ramię góry, by w końcu się na nie wbić i dalej już w jedynym oczywistym kierunku. Wejście jest szybkie i banalne (nam marsz od wylotu Glen Vorlich na szczyt zajął 2h, a bynajmniej się nam nie spieszyło). Ben Vorlich to bez żadnych wątpliwości jeden z łatwiejszych i mniej forsownych munros w ogóle.

Ostatnie podejście:



Najbardziej liczyłam na widoki na Lowlands, a konkretnie chciałam wypatrzeć Livingston, Edynburg i Pentland Hills. Niestety widoczność na tę stronę nie była najlepsza, chociaż Highlands za naszymi plecami lansowały się bezwstydnie, pozwalając sięgać wzrokiem po początki Glencoe i ośnieżone Cairngormsy. Pierwszy raz człowiek poszedł hillwalkingować nie dla widoku gór, to szkocka pogoda i tak go wydymała. Takie rzeczy, to tylko tu.

Z Vorlicha na Stuca nie jest daleko:




Najpierw obniżamy się na głęboką przełęcz, potem mamy odcinek praktycznie po płaskim, by osiągnąć podnóże stromej formacji - jakby boulderów poprzerastanych trawnikami - tędy po prawej stronie biegnie stroma ścieżka, wyprowadzająca w ekspresowym tempie w rejon szczytu.


Po lewej ledwo widoczny zarys Ochil Hills, za nim jasna plama zatoki Forth, po drugiej stronie której leży Edynburg




Na tym stromszym fragmencie rozpadał się grad i zrobiła się taka ślizgawica, że w tym łatwym przecież terenie uważaliśmy na każdy krok. Przy okazji gdzieś w tym rejonie potwierdziło się Pierwsze Prawo Vespy: jeżeli na ścieżce znajduje się dziura (to prawo, w nieco zmienionej formie, dotyczy też kałuż), opcjonalnie uformowana pod takim kątem że nawet celowo byłoby ciężko włożyć do niej nogę, Vespa wpadnie w nią bez pudła.



Loch Earn, a przyprószone dalekie góry po prawej to już początek Cairngorsmsów:



Grupa Ben Lawersa - Meall Corranaich, Beinn Ghlas i sam Lawers
:



Vorlich ze Stuca:



Beinn Tulaichean, Stob Binnein oraz Ben More; na prawo od tego ostatniego, na ostatnim planie prawdopodobnie zarys Creise:



Trossachs i Arrochar Alps, z widocznymi Ben Lomondem i Cobblerem, kry niestety przy tym rozmiarze zdjęcia jest praktycznie nie do rozpoznania:





Ze Stuca schodziliśmy tą samą drogą do przełęczy, skąd można wydeptaną, wygodną ścieżką strawersować Ben Vorlicha - ścieżka łączy się ze szlakiem dojściowym w Glen Vorlich, tuż przed miejscem gdzie podchodzący zaczynają się wbijać do góry.



Wycieczka na oba munrosy generuje same zalety. Przede wszystkim, bliskość z Pasa Centralnego - z Edynburga niewiele ponad godzinę. Zdecydowanie nie trzeba wstawać o czwartej. Ponadto: łatwość, nieforsowność i ogólny lajt przy jednoczesnej znacznej widowiskowości. Po wrażenia i hardkory jeździ się do Torridonu czy na Skye, a na sympatyczny spacer kondycyjny polecam właśnie Ben Vorlicha z sąsiadem. Mnie osobiście urzekło zestawienie dwóch kompletnie różnych światów - z jednej strony swojskie (ok, słabo widoczne, ale widziałam gdzie patrzeć) rejony, które kojarzą mi się z pracą i życiem codziennym, a w przeciwnym kierunku dalekie zarysy miejsc, które są dla mnie odskocznią i relaksem. Przecież odległość między nimi nie jest duża, skoro można je ogarnąć wzrokiem stając na górze. A jednak to dwa zupełnie różne światy.

Na deser zameczek nad Loch Earn:


Przebieg zielonego trawersu może się minimalnie różnić:


Całość: >>LINK<<

czwartek, 21 maja 2009

Nr 33, Creag Leacach i nr 34, Glas Maol


Wymowa: kreg lehtah; glasz mul

Znaczenie nazwy:
slabby crag; grey-green hill*

Wysokość:
987m n.p.m.; 1068m n.p.m.

Pozycja na liście munros
ów: 159.; 69.

Data wejścia:
8.05.2009

Poprzednia trasa spodobała nam się na tyle, że tym razem wybraliśmy się o rzut beretem.
Do Glen Shee kierujemy się drogą A93 (my jechaliśmy z południa, przez Perth i Blairgowrie). Jest tam sporo munros
ów, a w północnej części doliny zaczyna się już Cairngorms National Park. Ambitny plan zakładał zrobienie - tak jak poleca przewodnik McNeisha - sześciu munros, co nie jest takim wyzwaniem, jak by się mogło wydawać, bo trasa jest owszem długa, ale już pisałam o specyfice łażenia po płaskowyżach. Niestety pogoda pozwoliła nam zrealizować jedną trzecią planu, to jest Creag Leacach i Glas Maol.
Początek trasy na pierwszym w dolinie parkingu, po prawej stronie, za Spittal of Glenshee. Początkowo droga jest wyraźna. Po przekroczeniu strumienia porzucamy ją i zaczynamy wspinać się dość łagodnym zboczem na grzbiet (dostałam opieprz od Mariusza że zbytnio szafuję słowem "grań", co wzięło mi się od obcowania z lokalną g
órską literaturą, gdzie ridge to i grań sensu stricto, i grzbiet, i żebro), którym na nieodległy szczyt Creag Leacach.

Podchodzenie zboczem:



Droga A93, na zdjęciu na wysokości 670m n.p.m.:





Na pierwszym munro pogodę mieliśmy fatalną, wiało tak, że co chwila wiatr mnie przesuwał i ku uciesze Mariusza zatrzymywałam się każdorazowo na murku nawigacyjnym. Poniżej tenże murek biegnący w kierunku Glas Maol:



Jakkolwiek wiatr nie raczył ustać ani na moment, zmieniał jedynie natężenie, przynajmniej chmury sobie poszły. Widoki były niesamowite. Tundra. Zero drzew, nawet w dolinkach. Zero wiosny, która zaczęła już nieśmiało docierać do West Highlands. O tym, jak taki krajobraz na mnie działa, mogłabym napisać dużo, ale boję się, że popłynę i zacznę - jak mawia moja druga połowa - górnolotnie popierdalać.







Na Glas Maol kawałek się idzie, ale głównie o, po takiej Nizinie Mazowieckiej jak na Driesha:





W tle grzbiet, ktorym się wbijamy i Creag Leacach



Wiatr i dość późna pora były czynnikami które zdecydowały o niekontynuowaniu sześciomunrosówki. Z Glas Maol schodzi się nadzwyczaj wygodną tj. szeroką, bitą ścieżką - ze względu na obecność wyciągu w sezonie jest zapewne bardzo uczęszczana, stąd ta wygoda - z powrotem na szosę, skąd jakieś 2km do samochodu.



Poniżej zbocze wyprowadzające na Creag Leacach:



Pora za późna na kontynuowanie łażenia nie była za późną na zwiedzanie na czterech kołach. Wracaliśmy okrężną drogą, przez Cairngorms National Park. Kilka zdjęć:







A tu te właściwe Cairngormsy, te najwyższe. Drogi jezdne omijają je z dala, i bardzo dobrze.



Piękny rejon, wymarzony (tak wiem wspominałam) do włóczęg z namiotem. Już niedługo...


* pisownia w gaelic pozostaje dla mnie zagadką - w taki sam sposób tłumaczona jest nazwa Beinn Ghlas. O ile zgaduję że beinn i maol oznaczają różne typy gór, zapewne nieprzetłumaczalne (Eskimosi mają jakąś kosmiczną liczbę rodzajów śniegu, to Szkoci mogą mieć rodzaje gór), o tyle czemu raz jest ghlas, a raz glas, nie potrafię ogarnąć. W highlandzkim nazewnictwie takie różnice w pisowni zdarzają się nagminnie i czasem naprawdę żałuję, że nie wiem nic o gaelic.



środa, 13 maja 2009

Nr 31, Mayar i nr 32, Driesh

Wymowa: miijar; drisz

Znaczenie nazwy:
być może od m'aighear, my delight. Albo od magh - a plain. Do mnie najbardziej przemawia wersja z MunroMagic - obscure hill - mayar jest faktycznie ukryty, wycofany; thorn bush - ale czytałam też, że trójkąt

Wysokość:
928m n.p.m.; 947m n.p.m.

Pozycja na liście munros
ów: 253.; 219

Data wejścia:
2.05.2009

W naszej pierwszej wycieczce na wschód eksplorowaliśmy The Mounth plateau, obszar na południe od najwyższych gór w Szkocji, Cairngormsów.  East Highlands, choć to również Grampiany, różnią się znacznie od sąsiadów z zachodu. Przestrzenie wydają się tu większe, zamiast zaostrzonych wierzchołków mamy rozległe płaskowyże, krajobraz jest tundrowaty. Mc Neish w "The Munros" pisze (o Cairngormsach, ale można to odnieść także do okolicy):
Z powodu swej wysokości i ekspozycji (nie w znaczeniu wspinaczkowym rzecz jasna, nie jestem pewna jak to przetłumaczyć) wzg
órza te mają ze wszystkich brytyjskich gór klimat najbardziej zbliżony do arktycznego, a ukształtowanie terenu, gleby, wegetacja oraz świat bezkręgowców i ptaków wykazują znaczne podobieństwo do arktycznej części Kanady, Islandii czy Grenlandii, o wiele większe niż do południowoeuropejskich pasm górskich - Alp, Pirenejów czy Kaukazu.

Trudności na tym obszarze trzeba sobie wyszukiwa
ć, ale owszem, są. Przy czym te opiszę dopiero, jak poeksploruję.

Mayar z Drieshem leżą we wschodniej części płaskowyżu Mounth, na południowym skraju East Highlands. Tym razem wyruszaliśmy z Dundee, z którego jedzie się ok. półtorej godziny.

Z Dundee kierujemy się (najpierw A90, potem A928) na Kirriemuir, i dalej do Glen Clova. Samoch
ód zostawiamy na parkingu w Glen Doll, skąd spacerowa droga w ciągu 30 min. wprowadza nas do klimatycznego Corrie Fee.




"Tatrzańskim" chodniczkiem okrążamy kocioł od lewej, by wzdłuż strumienia zacząć się wspinać na Mayara.



Po wyjściu ponad kocioł otwierają się widoki na Mounth plateau. Ten typ krajobrazu jest tylko na zdjęciach mniej spektakularny od gór o wyraźniejszej rzeźbie. W realu ta przestrzeń jest czymś niesamowitym - melancholijnym i uspokajającym...





Znad Corrie Fee łagodnym zboczem jakieś pół godziny (nieśpiesznie) na wypłaszczenie szczytowe Mayara z kamiennym kopcem. Na płaskowyżach owe kopce są niezbędne - samemu bardzo ciężko byłoby ustalić gdzie znajduje się najwyższy punkt.





Na wierzchołku:




Z Mayara na nieco wyższego Driesha (widocznego poniżej) jest przyjemny spacer:





Patrząc na niektóre zdjęcia aż trudno uwierzyć, że były robione w górach i to jeszcze na munrosach - toż to, panie, Nizina Mazowiecka, tylko wierzby ukradli:



We wschodnich Highlandach kluczowym problemem nie są trudności techniczne, a nawigacja. Przy braku widoczności może zrobić się naprawdę poważnie. Graniami (to słowo nabiera tutaj zupełnie innego znaczenia) biegną zatem gdzieniegdzie płotki lub linie tyczek, można też napotkać kopczyki.



Czy tak wyglądałyby Bieszczady, gdyby je ogołocić z drzew?



W dole Glen Clova:



Z Driesha schodziliśmy zerodowaną i stromą ścieżką, niezbyt miłą dla kolan. Na szczęście dość szybko sprowadza ona w dolinę, skąd do parkingu już tylko kawałek wygodną drogą.



Po tej wycieczce zostałam fanką wschodnich Grampianów. Pokonywanie trudności i charakterne niebezpieczne szlaki są genialne, ale równie fajnie jest wybrać się na włóczęgę po pustkowiach. Ten rejon to wymarzone miejsce aby przyjechać z namiotem (mamy, plany już są) i łazić sobie bez pośpiechu, aby odetchnąć od cywilizacji. No i ponieważ nie jest trudno ani bardzo męcząco, podczas takiego wypadu powiedzmy na weekend można zaliczyć ładną kolekcję munrosów. Że mało prestiżowych? Pff. Prestiżowe nie uciekną :)



Całość: >>LINK<<