statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
niedziela, 12 kwietnia 2015

Nr 153, An Socach

Wymowa: an sokak

Znaczenie nazwy: the snout ;D (za MunroMagic)

Wysokość: 944m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 227.

Data wejścia: 11.4.15


Kolejne wyjście miało być mniej forsowne i gdzieś blisko. Padło na Glen Shee (dwie godziny jazdy) i pojedynczego munrosa. Cała trasa to blisko 15 km. 

Start z drugiego (patrząc od południa) parkingu za Glenshee Ski Centre, przy niewielkim acz charakterystycznym lasku.

Pierwsze 3 kilometry idziemy doliną. Krajobraz - typowo dla wschodnich płaskowyży - jest raczej księżycowy oraz mocno obły, ale widoczność i światło sprawiały, że było po prostu pięknie.

Za strumieniem (był, jak to o tej porze roku, dość głęboki i trochę się tam nakombinowaliśmy jak przejść bez przemaczania butów) należy zacząć się wznosić (są ścieżki) orientując się na konkretnych rozmiarów kopczyk widoczny po lewej. Nachylenie zbocza jest niewielkie, idzie się fajnie.

To poniżej to początek wału szczytowego - najstromsze podejście na trasie. Niższego (o 6 metrów) drugiego wierzchołka nie widać, ale z tego co widać już na niego niedaleko. Również jest oznaczony kopcem. To jest ten rodzaj gór że bez kopczyków w życiu nie dałoby się na 100% ustalić że stało się na najwyższym punkcie.

Okolice Glen Shee zawsze o tej porze roku wyglądają jak obraz akwarelowy. Lubię też poczucie przestrzeni. Choć góry są tu naleśnikowate chętnie do nich wracam. Zostało nam tu jeszcze osiem munrosów.

Na wale szczytowym paskudnie wiało, nie tak żeby przewracać, ale temperatura odczuwalna zdecydowanie poniżej zera. W ruch poszły maski a wkrótce także kurtki oraz zimowe rękawice.

Wierzchołek to kumulacja drugiego z garbików na II planie. Plan III, wyższy, to są własnie jedne z tych munrosów na których jeszcze nie byliśmy. Nie da się ukryć że An Socach do spektakularnych nie należy... We mgle byłaby to strata czasu, ale pogoda ocaliła dzień.

Pięknie lansowały się Cairngormsy. Nawiasem pozwalam sobie na odrobinę prywaty. Otóż Mariusz i Marcin uważają że jestem okropną fe purystką, ponieważ poprawiam ich kiedy nazywają Cairngormsami cały teren Cairngormskiego Parku Narodowego, w tym również teren Glen Shee. Marcina jeszcze załóżmy rozumiem ale Mazio, jak współautor bloga i osoba słusznie pretendująca do miana ogarniętej w temacie szkockich gór, powinien wiedzieć lepiej.

Dla Mariusza, cytat z Wikipedii >>LINK<<:

Although The Cairngorms are within the Cairngorms National Park, they are only a part of it. Watson (1975) delineates the main Cairngorm massif as being between Aviemore in the north-west, Glen Gairn, Braemar in the south-east, and Glen Feshie in the south-west.

Czyli tak, o:



Amen.

(Cairngormsy to te wysokie na ostatnim planie):

To naprawdę dobrze, że wierzchołek jest oznaczony ;)

Powrót tą samą drogą: dwa kilosy wału szczytowego, zejście, wypłaszczenie z kopcem, kolejne zejście. Potem strumień i marsz doliną.

Pod koniec doliny pasły się konie, na tle nagłej a krótkiej zamieci wyglądało to malowniczo, zwłaszcza jeden siwek. On też się nami zainteresował.

Ruszył prosto na Marcina i mnie, dał się pogłaskać po pysku... Szybko jednak okazało się że nie interesują go pieszczoty a żarcie. Żarcie niosłam ja. Koń wyczuł tattie scones, bekon, serek brie i czekoladę - ogólnie takie raczej mało końskie smaki? Ja tam się zresztą nie znam.

Trochę mnie zestresował (no kurcze, wielkie bydlę z jeszcze większymi zębami!) ale panowie zamiast pomóc mieli polewkę. W końcu Mazio się zlitował, wyjął tattie scone'a i dał zwierzęciu - owo zaczęło żreć, a my pośpiesznie się oddaliliśmy.

Wycieczka bardzo przyjemna i luzacka, taki bardziej spacer - zwłaszcza w porównaniu do poprzedniej. Niby plaskacz, ale w ładną pogodę polecam!



czwartek, 09 kwietnia 2015


Nr 151, Lurg Mhor i nr 152, Bidein a' Choire Sheasgaich

Wymowa: luarg wor; bidżyn a kori sziskah

Znaczenie nazwy: big ridge; summit of the corrie of the fallow cattle (za MunroMagic)

Wysokość: 986m n.p.m.; 945m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 163.; 224.

Data wejścia: 3.4.15


Na naszą rocznicę chcieliśmy zrobić coś wyjątkowego, przeżyć przygodę. Zaplanowaliśmy dwa odległe od cywilizacji munrosy - cała pętla to trzydzieści osiem kilometrów, czyli nie do zrobienia jednego dnia (trasa jak trasa, ale sama jazda samochodem w jedną stronę to cztery godziny). Na szczęście po drodze znajduje się bothy a nocleg na pustkowiu jak najbardziej spełniał kryteria przygody, zwłaszcza że w ten sposób jeszcze nigdy nie nocowaliśmy.

Cała kobyła na mapie skopiowanej z >>Walkhighlands<<:

Pierwszego dnia dojechaliśmy do Lochcarron, miejscowości dobrze nam znanej i lubianej, gdzie zjedliśmy konkretny obiad mając świadomość że potem będziemy się kontentować zawartością plecaków. Po posiłku przemieściliśmy się do położonego po drugiej stronie jeziora Attadale, gdzie znajduje się duży parking i początek trasy.

Lochcarron i Beinn Bhan (tamtędy biegnie droga do Applecross) ze wschodniego wybrzeża jeziora:

Niestety byliśmy zmuszeni zabrać wory, ponieważ zachodziła konieczność wzięcia śpiworów (letnich, więc po dwa na głowę), maszynki, raków i czekanów, dwudniowych zapasów jedzenia, a także wieczornych czasoumilaczy tj. książek i piwa. W moim przypadku także kosmetyczka mieszcząca płyn do soczewek, pudełko i etui na okulary - niby nic, ale dodane do reszty też waży.

Droga przez pierwsze 2,5 km idzie po płaskim. Przechodzimy koło Attadale Gardens do których niestety nie było czasu zajrzeć (a korciło, bo kilkanaście metrów od wejścia rósł sobie pierwszy kwitnący, w dodatku na ciemno-różowo, rododendron! Te dzikie dopiero mają pąki), mijamy sympatyczne domki do wynajęcia. Wreszcie zaczyna się podchodzenie - zygzaki ścieżki wspinają się na swojego rodzaju "wyżynę":

Ta "wyżyna" to bardzo urozmaicony, wysoko wyniesiony i mocno pofałdowany teren, którym wędrujemy cały czas się wznosząc, ale raczej delikatnie.

Po kolejnych 3 kilometrach z hakiem osiągamy nie tyle przełęcz, co rodzaj wąskiego korytarza pomiędzy dwoma masywami po ok. 460m n.p.m. każdy. Dopiero z tego rejonu, gdzieś mniej więcej w połowie drogi do bothy ukazuje się widok na docelowe munrosy: Bidein a"Choire Sheasgaich, zwany przez baggerów Cheescake, oraz Lurg Mhor po prawej.

Tak czuliśmy po prognozach że to nasza nie tylko pierwsza ale i ostatnia szansa żeby je sobie popodziwiać.

Droga, choć od korytarzo-przełęczy biegła już lekko w dół, zaczęła się nieziemsko dłużyć od kiedy wreszcie ujrzeliśmy cel - chałupinka była natenczas oddalona o jeszcze jakieś 6 km i wcale nie chciała się powiększać!

Pod koniec trasy niespodziewana atrakcja - taki bajerancki mostek wisi sobie nad przełomem Uisge Dubh, czyli Czarnej Wody: 

Bothy - Bendronaig Lodge - należy do Attadale Estate. Większy budynek obok to cottage do wynajęcia, z bothy natomiast korzystać może każdy, choć rekomendowany czas to nie dłużej niż 48 godzin. Zresztą nie byłoby skąd wziąć wystarczającej ilości drewna na opał.

W środku - duża główna izba ze stołem na wiktuały, trzy mini-pokoiki z kominkami, i kibel który trzeba spłukiwać wodą ze strumienia, który na szczęście płynie tuż koło chatki. Dla chętnych - książka wpisów :) Estate zapewnia pewną ilość drewna (stos za chałupą - warto przynieść nieco do środka żeby było suche dla następnych użytkowników), które trzeba sobie porąbać na szczapy (kartka na ścianie informuje że nie należy używać progu jako pieńka drwalskiego). Siekiera jest, nie trzeba taszczyć :D

Napalić zdecydowanie trzeba było, temperatura wewnątrz była zbliżona do na zewnątrz tyle że bez wiatru. Przedsenna lektura przy kominku raczący się piwem nie tylko spełniła, ale wręcz przebiła nasze wizje rocznicowego wieczora.

Sielanka skończyła się w nocy kiedy ogień zgasł i obudziło nas zimno. Zdecydowanie trzeba zainwestować w wytrzymalsze śpiwory.

Rano pogoda była taka jak mówiły prognozy, czyli słaba. Tak miało być więc się nie przejęliśmy.

Pierwszym etapem wycieczki było dostanie się nad Loch Calavie, skąd dopiero mieliśmy zacząć podchodzenie na przełęcz pomiędzy munrosami.

Śnieg był mokry, przepadający, w dodatku zaczęło mżyć. Na przełęczy wszystkie ciuchy miałam już z lekka wilgotne. Tam mżawka zmieniła się w śnieg, czyli panowały temperatury około zerowe. W mokrawych ciuchach raczej średnia przyjemność, ale przynajmniej nie robiliśmy specjalnych postojów bo ząb zaczynał wtedy uderzać o ząb.

Niestety ta sama chmura która zapewniła opady wyłączyła też widoki. Szliśmy po czyichś śladach co umożliwiało nie patrzenie na GPS co trzy minuty. W chmurze mało nie wpakowaliśmy się do kotła. Zdjęcie szczytowe - i jak najszybszy powrót na przełęcz.

Na pierwszego munrosa jest z przełęczy około kilometra, na drugiego 800 metrów, czyli odległość niewielka. A jednak na Cheescake'u się umęczyliśmy. Ostatnie 200 (?) metrów biegło stromym polem śnieżnym, gdzie ze względu na nachylenie dobrze by było użyć raków ale kondycja śniegu na to nie pozwalała. 

To cholerne pole wyprowadziło na szczęście na samą grańkę szczytową, skąd do wierzchołka były trzy minuty.

O ile do tego momentu mieliśmy luksus podążania za śladami, teraz musieliśmy już radzić sobie sami!

Schodziło się upierdliwie, bo baaaardzo szerokim ramieniem góry, gdzie we mgle ciężko było trzymać właściwy kierunek. GPSa należało sprawdzać niemal non stop, a że potrzebował czasu żeby się ustawić, dosyć nas to spowalniało. Choć sama munrosowa pętelka to zaledwie 10 kilometrów, do chatki dotarliśmy już nieźle zmęczeni.

Po posiłku czekał nas 14-kilometrowy powrót. Nie będę wchodzić w detale, ale trochę nas poskładał :D Zwłaszcza paradoksalnie fragmenty całkiem równe gdzie scarpy dobitnie udowadniały że są butami pod raki, a nie na spacery. Niestety zabranie podejściówek oznaczałoby dalsze obciążenie worów więc nawet nie rozważaliśmy tego...

Wycieczka udała się fantastycznie (zwłaszcza ze później mieliśmy cały weekend na regenerację), ale najbardziej jestem zadowolona że zrobiliśmy w końcu jakieś "survivalowe", wymagające logistycznie munrosy. Jest ich w Szkocji pewna ilość ale na ogół zostawiamy je na kiedyś tam, wybierając łatwiejsze opcje - a przecież mamy zamiar wejść na wszystkie. Uważam że zrobiliśmy bardzo dobry początek.