statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Trasę tę opisywałam rok temu (>>LINK<<), tym razem jednak lepiej ją udokumentowaliśmy na zdjęciach i myślę że poniższy opis może być bardzo przydatny jeśli ktoś ma zamiar się tamtędy wybrać.

Podczas tej wycieczki istotne było dla nas także obejrzenie i dokładne obfotografowanie Castle Ridge, grani którą planujemy w tym masywie następnym razem.

Z Castle Ridge jest dziwna sprawa, bo pod różnymi kątami wygląda zupełnie inaczej i dlatego ważne było dokładne jej opatrzenie. Na poniższym zdjęciu jest to grań najbardziej po prawej i z tej perspektywy, z wyjątkiem kawałka na górze, wygląda prawie spacerowo:



Stąd już mniej, ale nadal nie wywiera szczególnego wrażenia. Zdjęcia górnej części pokażą, że jednak niesłusznie, ale żeby to zobaczyć trzeba być znacznie wyżej.



Poniżej żleb nr 5, którym rozpoczyna się trasa. Jest jeszcze drugi wariant do wykorzystania przy zagrożeniu lawinowym, ale Mariusz musi mi pomóc go zlokalizować na zdjęciu. My dwukrotnie podchodziliśmy żlebem, jako że drugi już raz przechodziliśmy tę trasę wiosną.



Żlebem dosłownie kawałek, do widocznego poniżej zachodu. Rok temu w całości pokrywał go śnieg i po prostu go przeszliśmy, tym razem skałki ponad zachodem były odsłonięte i śliskie, więc choć były to głupie 2-3 metry, było gdzie zjechać i to był pierwszy fragment scramblingowy. W ogóle scramblingu było teraz dużo więcej z powodu znacznie zredukowanej ilości śniegu.



Po przejściu zachodu należy się na chwilę skoncentrować - nie idziemy prosto, choć jest tam coś na kształt ścieżki, a skręcamy ostro w lewo, do krótkiego żlebiku:





Żlebik wyprowadza do niewielkiego kotła, ograniczonego od prawej granią, którą będziemy kontynuować. U nasady grani jest wspaniały punkt widokowy gdzie warto zrobić postój - my tym razem zajęliśmy się głównie obserwowaniem Castle Ridge, która odsłania się dopiero po osiągnięciu tego miejsca. Stąd już widać, że to nie taki spacer jak wydawało się z dołu.



Zaczynamy podchodzenie granią. Są momenty łatwego scramblingu, są i takie gdzie po prostu się idzie. Najcharakterniejszym fragmentem jest koń. Nie lubię tego miejsca, bo niby obiektywna trudność jest niewielka, ale mam jakieś swoje opory, i w rezultacie wolałam zejść trudniejszą ale nieeksponowaną ryską po lewej stronie.



Powyżej konia odsłania się końcowa część trasy, aż do wyjścia na plateau.





Na plateau oczywiście tłumy. Dziś przynajmniej ci wchodzący ceprostradą mieli możliwość zobaczenia północnej ściany, o ile chciało im się podejść do krawędzi. W brzydki dzień bez widoczności można wejść i zejść z Ben Nevisa i mieć przeświadczenie iż było się na kopie.



Poniżej ładnie widać finalny fragment Tower Ridge: wierzchołek Great Tower, Tower Gapa i początek ostatniego podejścia.



Tym razem planowaliśmy zejście przez Carn Mor Dearg Arete, czyli trzeba było przejść przez wierzchołek. Z punktu gdzie Ledge Route się kończy jest na niego jeszcze spory kawał przez wznoszące się łagodnie, acz wyraźnie plateau. Paradoksalnie ten odcinek, w dodatku w słońcu, zmęczył nas bardziej niż LR.



Poniżej wierzchołek, który odsłania się dopiero gdy docieramy do końcówki Tower Ridge. Urwisko północnej ściany prezentuje się stąd przepięknie, zwłaszcza poprzez kontrast z płaskim, przyjaznym, oblepionym ludźmi plateau szczytowym.



Po raz pierwszy mieliśmy ładne widoki na Glencoe, jakoś za każdym razem niezależnie od pogody tam akurat stały chmury.





Na plateau zeszło nam tyle czasu (podziwialiśmy i fotografowaliśmy wszystkie granie północnej ściany) że kiedy zeszliśmy z wierzchołka i stanęliśmy na początku Arete, z żalem ale zdecydowaliśmy się na skrócenie drogi powrotnej. Można to było w miarę bezpiecznie zrobić tylko z miejsca w którym zapadła decyzja. Na krawędzi stoi tam metalowa tablica używana jako stanowisko zjazdowe w sytuacjach awaryjnych. Latem absolutnie nie byłoby mądrze próbować schodzenia tamtędy. Teraz jednak leżał śnieg, więc założyliśmy raki i zaczęliśmy iść. Początkowo stromizna była naprawdę duża i trochę deprymowała.



Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy w końcu teren się położył. Resztę zbocza pokonaliśmy w najprzyjemniejszy możliwy sposób, tj. na siedzeniach.



Dobrze było mieć możliwość przekroczenia potoku w górze doliny, gdzie składał się jeszcze z wielu małych strumyczków. Na dole zmieniał się w rwącą rzekę której wolałabym nie musieć pokonywać.

Od miejsca w którym skończyliśmy zjeżdżać do chaty CIC jest kawałek, ale trochę nam tam zeszło na pokonywaniu rumowiska. Poniżej chaty jest już relaks.




Tak prezentuje się Ledge Route: żleb nr 5 - zachód - żlebik - kawałek do początku grani gdzie znajduje się ten rewelacyjny punkt widokowy - grań - plateau.



I ostatni widok, który kojarzy mi się bardzo tatrzańsko:



Ledge Route jest wspaniałą alternatywą dla CMD Arete. Te dwie trasy to najłatwiejsze dojścia od północnej strony (LR odrobinę trudniejsza za to krótsza) i nie wymagają żadnych specjalnych umiejętności, a są o niebo ciekawsze niż ceprostrada. LR oferuje prawdziwie wysokogórski klimat i rewelacyjne widoki na Castle i Tower ridges. Jest nieco bardziej skomplikowana orientacyjnie niż CMDA, ale zdjęcie na którym ją zaznaczyłam powinno pomóc - właściwie uważać trzeba jedynie żeby po przejściu zachodu właściwie zlokalizować żlebik, bo pójście prosto może się skończyć zapchaniem się.

Tu wszystkie zdjęcia: >>LINK<<