statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
wtorek, 28 kwietnia 2009

Na Wielkim Pasterzu Glen Etive już byliśmy, ale ścieżką turystyczną. Tymczasem rozpoczynające masyw Stob Dearg najbardziej znane jest ze swoich północno - wschodnich ścian, którymi prowadzą interesujące drogi scramblingowe (wspinaczkowe też) o różnym stopniu zaawansowania. W Ratho (>>LINK<<) zabukowaliśmy sobie wycieczkę przez - w zależności od pogody - Northern Buttress albo właśnie Curved Ridge, z zamiarem dowiedzenia się jak najwięcej o asekuracji na tego typu przejściach.
Już w Glencoe nasz mentor Nic zaproponował jednak Curved Ridge, raz z powodu pogody, dwa bo na trudniejszym NB nie bardzo jest jak się zatrzymywać i pokazywać "jak to się robi".




Skorzystałam z naszej starej mapki - CR zaznaczyłam (na oko) na zielono. Startujemy z tego samego miejsca co szlak popularny. Po prawej wysoko na tle nieba widać dwa pionowo stojące głazy - to ultra charakterystyczny początek drogi przez Northern Buttress. My idziemy dalej, by przy również niemożliwym do przeoczenia Waterslide Slab, wielkiej skale z której cieknie woda, zacząć się wbijać do góry.

Nic związał nas liną od razu, co było bez sensu bo początek to przyjemny i łatwy scrambling. Za to po pierwszych progach zaczęłam być zadowolona, że mam zabezpieczenie - wspinaczka sama w sobie nie była szczególnie trudna, ale teren bardzo wystromiał, momentami po kilkanaście - dziesiąt metrów szło się w zupełnym pionie. Po drodze Nic pokazywał nam podstawowe węzły, oraz demonstrował zakładanie punktów asekuracyjnych.

Większość trasy to dość prosty scrambling. Skała jest rewelacyjnie wyrzeźbiona i nie trzeba specjalnie kombinować z szukaniem chwytów. Jest jednak kilka miejsc, ktore stawiają CR wyżej od Aonach Eagach na przykład.
Są to fragmenty, gdzie rzeźba skały jest o wiele gładsza, stopnie i chwyty minimalne, a za plecami całkiem sporo powietrza. W tych miejscach asekuracja dała mi spory komfort psychiczny. Niezabezpieczona byłabym pewnie tak speniana, że wydałyby mi się niesamowicie trudne. Przywiązana, mogłam nie zawracać sobie dupy strachem tylko skupić się na faktycznym stopniu trudności, a ten nie był porażający. Ale noga może tam się bardzo łatwo omsknąć, więc jeśli iść na żywca, to tylko przy suchej skale.

Niestety pogoda była niefotkowa, i po raz drugi ze Stob Dearg nie zobaczyliśmy nic.


















Bardzo nam się podobało i sporo wynieśliśmy z tego wypadu. Pewne plany stały się o wiele bardziej realne - nie napiszę co, aby nie zapeszać, ale mamy już 100% pewności co do kolejnych celów, tym razem ogarniętych całkowicie własnym sumptem. Na Stob Dearg też na pewno jeszcze wrócimy.
Poniżej fotka która pokazuje, jak tam jest fajnie jak nie ma chmur:
>>LINK<<

niedziela, 19 kwietnia 2009

Garbh Bheinn (zaznaczyłam, że ten z Ardgour, bo koło niedalekiego Kinlochleven jest drugi) mierzy zaledwie 885m n.p.m. zatem zalicza się do korbetów. Plan zakładał obadanie scramblingowej Pinnacle Ridge, ale coś się nam pomieszało z mapą, w sumie do tej pory nie wiem, jak to się stało, ale koniec końców przeszliśmy się granią główną. Z tym że i tak było bardzo fajnie - góra jest zdecydowanie godna polecenia.

Garbh Bheinn leży nad Loch Linnhe, bardzo blisko przeprawy promowej w miasteczku Corran. Startujemy z parkingu przy drodze A861 położonego tuż za miejscowością (hmmm, 3 domy) Inversanda. Jakaś ścieżka jest, ale najlepiej wbijać się po swojemu. Góra oferuje zarówno prawdziwe ściany, jak i banalne trawiaste zbocza, a także - i to nas interesowało - scrambling o różnym stopniu trudności.




Tym razem cel jako taki nie liczył się, ważna była zabawa i trening przed przyszło-weekendową eskapadą.



Wierzchołek, ścianki w centrum są naprawdę konkretne:



Kropka poniżej łoi. W sumie były dwa dwuosobowe zespoły.



My natomiast scramblingowaliśmy sobie radośnie, wybierając warianty adekwatne do indywidualnych możliwości.





Jeden z zespołów:



Mariusz i Wojtek, cytując tego ostatniego, mierzą się na ch***. Obydwoje udowodnili co mieli udowodnić. My z Batem zdecydowaliśmy się jednakowoż na lajtowszą drogę.





Pogoda trafiła nam się taka bardziej śródziemnomorska:






Resztki śniegu ostały się tylko gdzieniegdzie, najwięcej oczywiście na szczycie Ben Nevisa:



Widokowo Garbh Bheinn jest niesłaby, ponieważ podziwiać z niego można rejony od Glen Shiel aż po Ben Cruachana, ze szczególnym uwzględnieniem mojego ukochanego Lochaber.











W dolinę schodziliśmy nieprzyjemnym żlebem w którym wszystko się ruszało. Pozostałe warianty (wśród nich także Pinnacle Ridge, którą zlokalizowałam o wiele za późno) były bardzo strome i lepiej nadawały by się do wchodzenia. Poza tym żleb jest upierdliwy, ale że opada z najniższego fragmentu grani, dolinę osiąga się ekspresowo.



Garbh Bheinn w całej okazałości:



I na deser widok na masyw Bideana nam Bian z baru w Onich. Prawdopodobieństwo takiej sielanki pogodowej, kiedy akurat człowiek wybiera się w szkockie góry, oceniam na zbliżone do trafienia co najmniej czwórki w totka.



Bardzo nam się podobało, pomimo nieznalezienia drogi przez Pinnacle Ridge zdołaliśmy zapewnić sobie trochę atrakcji. Skała jest świetna, bardzo szorstka i przyczepna - warto zabrać rękawiczki, nam się zapomniało i trochę wiązanek poszło na okoliczność. Góra dla każdego, bo trudności można sobie wybrać i stopniować samemu.
Tu reszta zdjęć >>LINK<<. Polecam, cudności wyszły.

wtorek, 14 kwietnia 2009


Nr 29, Stob Dubh i nr 30, Stob Coire Raineach

Wymowa: stob duu; stob kori ranah

Znaczenie nazwy: black peak ;
peak of the bracken filled corrie

Wysokość: 958m n.p.m.; 925m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 201.; 263.

Data wejścia:
10.04.2009

Grań Beinn Fhady jest ostatnią z trzech sióstr Glencoe, na której nie byliśmy. Podobnie jak dwie pozostałe, Gearr Aonach i Aonach Dubh, należy do masywu Bideana nam Bian. Beinn Fhada kulminuje w ładnym munro Stob Coire Sgreamhach, z którego już bezpośrednio można się dostać na wierzchołek Bideana, ale SCS jak widać powyżej nie został uwzględniony w obliczeniach, ponieważ zdeptaliśmy go już drugi raz. Był to nasz drugi munro w ogóle.

Wjeżdżając do Glencoe od strony Tyndrum, najpierw mijamy spektakularną bryłę Buachaille Etive Mor, potem jego mniejszego brata Buachaille Etive Beag, a kolejną granią jest właśnie Beinn Fhada, ograniczająca od wschodu Wielki Tron Glencoe, czyli całą ogromną bryłę Bideana i jego satelitów. Samochód zostawiliśmy na parkingu u wylotu Lairig Eilde, dolinki wciśniętej pomiędzy mniejsze Buachaille i naszą BF.

Jak zwykle o tej porze roku, kiedy to za motto szkockich dolin może posłużyć maksyma Heraklita z Efezu, najbardziej problematyczne okazało się podejście pod trasę właściwą. Allt Lairig Eilde, dwa lata temu w czerwcu pokonany suchą nogą, zmienił się w rzekę. Trzeba było zdjąć buty, zacisnąć zęby i napierać.

Za potokiem na grań Beinn Fhady (oznacza to nic innego, jak "długą górę") według uznania, pomiędzy skałami jest dużo trawników, po których stromo ale bezproblemowo do góry. 






Specyfiką Beinn Fhady jest to, iż choć nie widzimy z niej niczego, czego nie zobaczylibyśmy z dowolnego punktu w masywie Bideana, znajduje się ona w centrum zamieszania. Jesteśmy w samym środku Glencoe i z każdej strony dzieje się bardzo wiele.

Poniżej sąsiednie dwie siostry, Gearr Aonach i Aonach Dubh. Po drugiej stronie doliny Sgurr nam Fiannaidh zamyka grań Aonach Eagach:



Bidean i Stob Coire nan Lochan:



Sama grań BF (na zdjęciu jej najwyższy punkt, 931m n.p.m. ale nie mający statusu munro; zza niego wychyla się skromnie Stob Coire Sgreamhach) jest spacerowa, zaledwie w paru miejscach węższa i - pomijając widoki - niezbyt spektakularna.



Poniżej można prześledzić naszą trasę zejściową ze Stob Coire nan Lochan sprzed lat dwóch. Schodziliśmy na tzw. rympał równolegle do strumienia po prawej stronie. Zejście to powinno się zadawać jako pokutę szczególnie zatwardziałym grzesznikom. Pamiętam, że Mariusz następnego dnia wziął w pracy wolne...



Z BF ładnie wygląda Aonach Eagach, którego turnie i turniczki są z tej perspektywy wyraźnie zarysowane:



Poniżej widok na wyłaniające się zza AE The Mamores i grupę Ben Nevisa. Zwróćcie uwagę na przewagę, jaką ma ten ostatni, choć wszystkie niemal okoliczne szczyty to munrosy. Pomijając Nevis Range, drugi po Benku jest widoczny po prawej stronie zdjęcia Binnein Mor, o ponad 200m niższy. Przy czym jak widać przewaga Benka nie ogranicza się tylko do wysokości, ale także rozległości powierzchni. A Nevis Range jako całość, to w ogóle jest mocarz.



Na kolejnej fotce ostatnie wzniesienie Beinn Fhady, dalej jest już Stob Coire Sgreamhach formalnie do niej nie zaliczany.



Podejście na SCS rozpoczyna ok. 20 metrowy boulder zwany The Bad Step, gdzie trzeba już wyjąć ręce z kieszeni. Należy zaatakować go od lewej, ukształtowanie terenu jest takie że nie ma żadnych problemów orientacyjnych - po chwili objawiamy się powyżej, na bardzo stromej ścieżce na SCS, skąd na szczyt już niedaleko.



Beinn Fhada:



Z SCSa schodziliśmy naszą drogą sprzed dwóch lat, tj. zboczem na wschód, w kierunku przeciwnym do Bideana. Poniżej Sron na Lairig, scramblingowa grańka opadająca do Lairig Eilde:


Zeszliśmy na przełęcz, z niej skierowaliśmy się w dolinę, praktycznie do wysokości z której zaczynaliśmy trasę, po czym rozpoczęliśmy żmudny marsz na zamykającego wał Buachaille Etive Beag munrosa Stob Dubh. Plan był taki, żeby przetrawersować na mniej strome zbocza od strony Lairig Gartain, czyli kolejnej dolinki, ale nie chciało nam się kombinować, wbijaliśmy się więc prosto w górę.
Stob Dubh poniżej, wchodziliśmy po linii z grubsza prostej, nieco po lewej od ciemnych charakterystycznych skałek.



Glen Etive z Ben Staravem:



Podejście było męczące, ale i tak dzięki obranej taktyce zaoszczędziliśmy trochę czasu.



Dokładnie gdy osiągnęliśmy grań Buachaille, już niedaleko od szczytu, pogoda uległa gwałtownemu spieprzeniu a widoczność zmalała do zera. Buachaille Etive Beag zrobiliśmy już w deszczu i we mgle. Grań jest jeszcze bardziej spacerowa niż Beinn Fhada, niedługa, drugi munro Stob Coire Raineach nie jest szczególnie wybitny, z przełęczy wchodzi się na niego bardzo szybko a schodzi jeszcze szybciej. Droga w dół, opadająca z tejże przełęczy, jest bardzo sympatyczna, ułożona w "tatrzańskie" schodki, i wyprowadza na sam parking.

Wycieczka była bardzo udana, trudnościom bouldera daję **, kilka uwag:

- ani Beinn Fhada ani tym bardziej Buachaille Etive Beag nie nadają się żadną miarą na wycieczkę całodniową, Buachaille w ogóle robi się ekspresowo -  wobec tego nasza łączona opcja stanowi w miarę sensowną propozycję. BF można też wykorzystać jako drogę wejściową na Bideana, który jest już jakimś celem i da się w jego masywie wykroić kilka fajnych opcji na konkretniejszą wyprawę (nawet na _bardzo_ konkretną, odsyłam do literatury poświęconej scramblingowi - ja sugeruję jedynie rzeczy, na które sama bym się na dzień dzisiejszy zdecydowała). Można też wchodzić (lub schodzić) przez Sron na Lairig i wtedy schodzić (wchodzić) Beinn Fhadą, trasa ta w skali scramblingowej jest oceniona na 2, czyli łatwiej niż trójkowe Aonach Eagach i Creise. Z czym połączyć Buachaille Etive Beag, pomysłu nie mam. Masyw ten jest całkowicie samodzielny.
W Glencoe byliśmy już prawie wszędzie, ale im więcej się chodzi, tym więcej widzi się potencjalnych możliwości... Jeszcze nie raz i nie dwa nas tu rzuci. Zaczynam się w tej dolinie czuć jak w domu.


poniedziałek, 06 kwietnia 2009

Nr 27, Creise i nr 28, Meall a'Bhuiridh

Wymowa: krisz; milla wuri

Znaczenie nazwy: nieustalone; hill of the bellowing

Wysokość: 1100m n.p.m.; 1108m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 50.; 45.

Data wejścia:
4.04.2009

Creise leży u wylotu Glen Etive, sąsiadując z Buachaille Etive Mor. Meall a'Bhuiridh, z którym tworzą masyw, wysuwa się na plan pierwszy wyrastając nad drogą A82 - to ta góra, z ktorej spada wyciąg narciarski - zaś wycofane Creise staje się widoczne dopiero po osiągnięciu Glen Etive. Szczyt można osiągnąć na wiele sposobów. The Munros McNeisha rekomenduje najłatwiejszą drogę, wzdłuż żlebu w centrum. Dla zaawansowanych jest grań Inglis-Clark. My wybraliśmy opcję pośrednią, czyli wchodzenie granią przez Sron na Creise.

Najpierw trzeba było pokonać niekończące się wrzosowisko. Na początku pomyliliśmy drogę próbując startować z parkingu u wylotu Glen Etive, co wiązało się z koniecznością przekraczania rzeki. Teraz wiem, że najlepiej zaczynać na wysokości mostu na A82 i dawać na przełaj po najprostszej linii, rzekę mając po prawej stronie.



W krajobrazie dominuje Stob Dearg, bardziej imponujący sąsiad. Nam niestety jakoś nie chciał się do końca odsłonić.



Po przekroczeniu strumienia teren wreszcie stromieje, co oznacza że zaraz zacznie się trasa właściwa. Pojawiają się pierwsze skałki. Z początku szliśmy po prawej stronie żlebu ktory oddziela Sron na Creise od reszty masywu, by wkrótce zdecydować że wbijamy na grań.



Od tego momentu zaczyna się scrambling. Skała jest bardzo dobra, przede wszystkim na tyle szorstka że nawet po mokrej się jakoś specjalnie nie ślizgaliśmy. W dwóch momentach musiałyśmy z Kasią trochę pokombinować, panowie natomiast nie mieli tam żadnych zagwostek.



Trudność nie większa niż na Aonach Eagach, ale wszystko na zaledwie 300 metrach.



Już blisko szczytu Sron na Creise przeżyliśmy chwilę grozy. Grań zamykał potężny boulder, a obejścia nie było widać.



Wydawało się, że możliwości są dwie. Mariusz wszedł bardzo stromą rysą z minimalnymi chwytami i stopniami, ale reszta z nas wolała poszukać czegoś prostszego. Tym sposobem wmanewrowałam się w kominek, który Wojtek ocenił na tatrzańskie 4 z plusem. Mariusz probował mi pomoc od góry, pozostali od dołu, aż po kilku minutach spanikowałam totalnie, nawrzeszczałam na wszystkich i jakoś się wycofałam. Cieszę się, że nie wlazłam wyżej, bo stamtąd w przypadku utknięcia mogłoby nie być tak prosto się wydostać.





Po moim wycofie wiadomo już było, że kominkiem nie ma się co pchać. Na szczęście po małym rekonesansie okazało się, że po lewej stronie jednak jest obejście! Krótki trawers po zboczu, a potem mały scrambling wyprowadziły nas dokładnie na wierzchołek Sron na Creise.
Poniżej odpoczynek od wiatru i deszczu w bothy bagu:



Ze Sron na Creise musimy jeszcze spory kawałek podejść granią. Scrambling zakończył się definitywnie.



Warunki pogodowe były najoględniej mowiąc słabe. Deszcz przeszedł w śnieg, widoczność zerowa, a wiatr mną i Kaśką po prostu rzucał. Uważam jednak, że i tak mieliśmy sporo szczęścia, że najtrudniejsze miejsca udało nam się przejść kiedy było jeszcze całkiem znośnie.



Z wierzchołka odbijamy w lewo na przełęcz.



Dupozjazdy były boskie:



Na Meall a'Bhuiridh wchodziliśmy około 30 minut. Idzie się niezbyt stromą, kamienistą granią. Skalisty wierzchołek to najwyższy punkt całej trasy.



Kilkadziesiąt metrów poniżej wierzchołka zaczyna się wyciąg. Schodzimy wzdłuż niego na sam dół. Całą długość orczyka udało się pokonać na siedzeniach, niestety poniżej śnieg się skończył i trzeba było tuptać z buta. Zejście w dolnych partiach jest bardzo strome, ścieżka całkiem zerodowana i moim zdaniem jest to najbardziej męcząca (ex aequo z brodzeniem we wrzosowisku) część trasy. Pozytyw jest zaś taki, że schodzimy prosto na parking.

Kiedy schodziliśmy, pogoda zmieniła się diametralnie i po raz pierwszy tego dnia można było zobaczyć nasz cel w całej okazałości. Poniżej Sron na Creise i grań szczytowa, wierzchołek właściwy góry nie jest widoczny na zdjęciu.



A tu jeszcze widok z szosy, Sron na Creise to ta wielka trójkątna formacja po prawej. Widać stamtąd całą naszą część scramblingową. Wierzchołek ponownie niewidoczny.



Wycieczka była genialna. Najtrudniejszym momentom daję ****, acz Mariusz by się z tym pewnie nie zgodził. No ale skala jest MOJA. Wariantów przejścia jest w większości cięższych miejsc więcej niż jeden, gdzieniegdzie trudności można całkowicie ominąć, choć z wyjątkiem tego bouldera pod granią szczytową nie warto moim zdaniem tego robić.
Samochód najlepiej zostawić na parkingu koło Glencoe Ski Centre, tego na który będziemy schodzić. O tej porze roku dobre buty konieczne - śnieg spływa z gór i wrzosowiska po prostu pływają.