statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
niedziela, 06 kwietnia 2008

... albo raczej: Porażka Pod Ben Lawersem. Albo: Odwrót Spod Moskwy. Albo: Lawers, Lawers, ty WUJU...

No, tak czy siak, ordnung muss sein:

Nr 11, Beinn Ghlas:

Wymowa: bin glas

Znaczenie nazwy: green-grey hill, szarozielone wzgórze (znów za The Munros, ale może coś w tym być - munromagic.com podaje green hill)

Wysokość: 1103m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 47.

Data wejścia: 5.04.2008


Ben Lawers miał być naszym kolejnym celem. Najbliższy nam munro z pierwszej dziesiątki (na ostatnim miejscu, ale zawsze), o na tyle łagodnych kształtach, że trasa jest raczej bezpieczna także w zimie; w dodatku znajdujący się dalej na wschód, niż kiedykolwiek zawędrowaliśmy w Highlandach, czyli zupełnie nowe widoki, w tym na położone bezpośrednio u podnóża góry Loch Tay.

Do Ben Lawersa dojeżdżamy przez Callander, a potem (obok stacji benzynowej przed Crianlarich) należy skręcić na Killin. Za tym bardzo malowniczym miasteczkiem odbijamy w ultrawąską drogę (nie do przegapienia, jest drogowskaz) i nią w górę, przez las i łyse zbocza aż na parking koło Visitor Centre, skąd zaczyna się trasa.






Parking z początków szlaku na Ben Lawersa. W dole za wałem leży Killin


Szlak jest wyraźny, na początkowym odcinku oznaczony. Wędrujemy krętą drogą przez dolinę, otoczoną wałami z jednej strony Ben Lawersa (którego jeszcze długo nie zobaczymy, jedyne co widać, to właśnie należący do tego samego masywu Beinn Ghlas) i munro Meall Corranaich po stronie przeciwnej.



Na ostatnim planie Stob Binnein oraz Ben More



Marsz przez dolinę trwa około 20 minut. Wreszcie zaczynamy się wspinać na wał, który wyprowadzi nas na Beinn Ghlasa i dalej, na Ben Lawersa. I może nawet - taki był plan - na kolejnego munrosa, An Stuc.



Beinn Ghlas, widać ludzi na szlaku

Szlak jest nietrudny, stromy raczej umiarkowanie, jedynie w niektórych miejscach bardziej. W sumie nie ma jakoś bardzo wiele podchodzenia, a przynajmniej nie tyle, ile można by się spodziewać po tak wysokich (jak na Highland rzecz jasna) górach. Po prostu sam parking położony jest już na pewnej wysokości - gdyby podchodzić od podnóży, czyli od brzegów Loch Tay, dopiero by się poczuło, że atakuje się dziesiątego z munro-listy.




Wał po drugiej stronie doliny, kulminujący w Meall Corranaich (1069m n.p.m.)



Widok w kierunku północnym



Ponieważ już na starcie mamy fory, na widoki nie trzeba długo czekać. Ładnie wygląda Loch Tay, dumnie prezentuje się Ben More ze Stob Binneinem, ale naprawdę piękne panoramy otwierają się na wschodzie i północy. Niestety, nie umiem jeszcze zidentyfikować większości szczytów.

Śniegu było dużo więcej niż w środę na Ben More, i prawie cały czas sypał. Co tam zresztą sypał, on zacinał - jakby ktoś ciskał w twarz garściami ryżu, kuleczkami homeopatycznymi albo styropianem mającym żelazne wypełnienie.



To już ostatnie podejścia przed szczytem Beinn Ghlasa. Na dolnym zdjęciu widać zbocze, po którym prowadzi droga, i Loch Tay:



Silnie wiało, więc niebo zmieniało się jak kalejdoskop. Generalnie jednak widoczność była znakomita, a najgorsze chmury trzymały się wysoko, byliśmy więc dobrej myśli. Gdyby nie ten walący po twarzy śnieg i lodowaty wiatr, komfort byłby kompletny...



Meall Corranaich

Szczyt Ben Lawersa ukazał się dopiero z wierzchołka Beinn Ghlasa. Wielki, byczy grzbiet kojarzy się trochę z Ben Nevisem, i ma charakterystyczną dla wielu szkockich gór cechę: jest obły z jednej strony, a skalisty i stromy z drugiej.


Z Beinn Ghlasa obniżamy się na długą przełęcz:




Widok z przełęczy na Ben Lawersa i położony za nim kolejny munro, An Stuc (1118m n.p.m.)



Potok Allt a'Chobhair w dolinie, po prawej An Stuc

Na przełęczy, już bezpośrednio pod ścianą Ben Lawersa, zdecydowałam się założyć dodatkową garderobę i wsadzić w rękawiczki wkładki rozgrzewające. Wiatr był nie do zniesienia, i nawet nie chciałam myśleć, co będzie na wierzchołku...



Polarnik :))



Po lewej zbocze Beinn Ghlasa. Przez siodło pomiędzy nim a Meall Corranaich wiedzie alternatywna droga, którą schodziliśmy



"Atak szczytowy" zapowiadał się na średniołatwy. Ścieżka była wyraźna, gdzieniegdzie jednak zalodzona, co przy stromiźnie zbocza wymuszało sporą ostrożność. Ogólnie jednak w dobrych warunkach pogodowych to musi być relaks.



Beinn Ghlas



Już na przełęczy widzieliśmy wielkie paskudne chmurzysko, ale liczyliśmy że przejdzie bokiem. Tymczasem kiedy byliśmy może w jednej trzeciej drogi na szczyt, niebo zaczęło szarzeć coraz bardziej, a wiatr dąć coraz silniej.



Ostatnie widoki



Wkrótce nic już nie było widać. W szalejącej zadymce wchodziliśmy dalej, mając świadomość, że zawrócić praktycznie pod samym szczytem jest niehonorowo.

Wreszcie znaleźliśmy jakieś skałki, pomiędzy którymi schowaliśmy się, żeby trochę się rozgrzać i przeczekać najgorsze momenty. Ja byłam już jednym soplem lodu, pomimo hot-padów w rękawicach, polara, spodni chroniących od wiatru i niezawodnej jak dotąd kurtki.
Za skałkami odbyła się dramatyczna narada, co robić dalej. Mariuszowi zimno tak nie dokuczało, poza tym z racji większej wagi wiatr nie miotał nim tak jak mną, był więc skłonny iść dalej. Koniec końców spasowałam jednak. Ręce bolały jak wściekłe, twarz niewiele mniej, a kiedy wstałam, znów zaczęło mną rzucać. Nie jestem chucherkiem, ale po raz drugi w górach miałam bardzo realne wrażenie, że zaraz mnie zepchnie w przepaść - pierwszy raz miał miejsce podczas burzy z piorunami, ulewą i gradobiciem na szczycie Kopy Kondrackiej. Zaczęliśmy odwrót.
Kiedy już dotelepaliśmy się jakoś do przełęczy okazało się, że czeka tam na nas trzech tubylców, którzy wcześniej szli przed nami i w czasie kiedy my dyskutowaliśmy za skałkami też zaczęli uciekać w dół. Zaproponowali, żebyśmy poszli z nimi, bo przez szczyt Beinn Ghlasa w tych warunkach nie ma jak wracać, schodzą więc do doliny i dalej przez szerokie siodło, za którym połączymy się ze szlakiem dojściowym.
Schodziliśmy trawersując zbocze Beinn Ghlasa, po ścieżce która raz się pojawiała, raz niknęła zasypana. Zbocze było dość mocno nachylone i na stromych śniegach - a śniegiem było pokryte praktycznie w całości - należało bardzo uważać. Parę razy o włos, a zjechałabym na sam dół. Śnieg był w wielu miejscach tak zmarznięty, że ciężko było wbić w niego nogę i łatwo było o poślizg.
Od szerokiej przełęczy trasa zrobiła się łatwiejsza, weszliśmy do tej samej doliny, którą prowadzi szlak dojściowy. Na górze wciąż trwała zadymka. Nawet tu, w dolinie, napadało mnóstwo świeżego śniegu. Ale na dole było po prostu cudownie, bo NIE WIAłO.
Końcówka drogi przeszła już bezproblemowo.

Na Ben Lawersa jeszcze się wybierzemy, bo nam pojechał po ambicji. Szlak oceniam na ** (druga gwiazdka w warunkach oblodzenia). Sam Beinn Ghlas - no cóż, widokowa góra, ale dla nikogo raczej nie jest celem samym w sobie. Nie jest to szczyt, którym miałabym ochotę się chwalić nie mogąc w tym samym zdaniu wspomnieć o Ben Lawersie. Niby jedenasty muros zdobyty, ale nie mam specjalnej satysfakcji. Znaczy fajna przygoda, i generalnie z wycieczki jestem zadowolona. Tyle że nie mam poczucia, że w dziedzinie munroistycznej zrobiłam jakiś postęp;)
Rejon Ben Lawersa wygląda ciekawie, munrosów jest tam całkiem sporo, widoki piękne - na pewno warto się wybrać.
Komplet zdjęć jak zwykle w linkach.
czwartek, 03 kwietnia 2008

Nr 10, Ben More:

Wymowa: ben moar

Znaczenie nazwy: hill of the anvil, szczyt kowadła (kowadłowy?). Tym razem podaję za The Munros

Wysokość: 1174m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 16.

Data wejścia: 2.04.2008


Ben More należy do Crianlarich Hills. Miasteczko Crianlarich położone jest przy drodze A85 pomiędzy Callander a Tyndrum, jeszcze stosunkowo "płytko" w Highlandach, więc dojazd z Pasa Centralnego zajmuje około dwóch godzin - a zarazem wystarczająco głęboko, żeby z każdej strony otaczały nas fascynujące górskie widoki.

Ben More i jego bliźniak Stob Binnein (niekiedy Stobinion bądź Stobinian), niższy o 9m i osiemnasty na munro-liście, są najwyższe w okolicy. Rozumiem przez to, że w ogarnialnym wzrokiem sąsiedztwie nie mają rywali. Najbliższym wyższym szczytem jest Ben Lawers niedaleko Killin, położony jednak zbyt daleko by stwarzał realną wizualną konkurencję.

Ben More jest nie do przegapienia, ponieważ wznosi się tuż nad drogą do Crianlarich. Kiedy już go zidentyfikujemy, co nie jest trudne - potężne kopuły jego i Stob Binneina są doskonale widoczne z samochodu - uważajmy na parking po prawej stronie szosy (zakładam że jedziemy od Callander). Z parkingu jeszcze ćwierć mili do tabliczki z napisem "To Ben More", od której zaczyna się szeroka droga jezdna.



Ben More

Droga okrąża górę od prawej strony, po czym urywa się. Na Ben More nie prowadzi żadna ścieżka, więc opcji mamy nieskończoną ilość, z tym że najrozsądniejsze wydają się dwie:

- iść wspomnianą drogą do końca, aż ukaże się przełęcz pomiędzy Ben More a Stob Binneinem. Atakować przełęcz i z niej już bezpośrednio szczyt;

- wbijać się na górę "od frontu", tj. mając cały czas za plecami szosę.

My wybraliśmy na wejście wariant drugi. Zbocze jest strome i wspinaczka trochę daje w kość, z drugiej strony plusem takich bezpośrednich podejść jest szybkie zyskiwanie wysokości.



Tym zboczem prosto w górę



Crianlarich



Od pewnego momentu zaczynamy czuć, że znajdujemy się wyżej niż cokolwiek w bezpośredniej okolicy. Za wzniesieniami, które otaczały nas gdy zaczynaliśmy wspinaczkę, otwiera się drugi, trzeci, dziesiąty plan.



Munro Cruach Ardrain po drugiej stronie Benmore Glen


Trawiaste zbocze staje się po pewnym czasie bardziej skaliste i jeszcze stromsze. Kopuły szczytowej wciąż nie widać. Za to było coraz więcej śniegu :)



Od lewej: munro Beinn Tulaichean, munro Cruach Ardrain, wznoszący się nad doliną wał ze szczytami Stob Garbh i Stob Coire Bhuidhe, zza których wyłania się munro An Caisteal

Wreszcie, po ostatnich skałkach i kamieniach, wychodzimy na kopułę szczytową, łagodnie nachyloną, rozległą i gładką - w sensie, że bez kamulców. Stąd na wierzchołek już tylko paręnaście minut.



Śnieg dodaje dostojeństwa każdym górom. Pod białą kołderką nawet relatywnie niewysokie wzniesienia Highlandu prezentują się jak miniaturowe (ok, bardzo miniaturowe:P) Alpy.





Najwyższy punkt Ben More jest oznaczony kamiennym słupkiem. Widoki... A co tu gadać. To trzeba zobaczyć. Najlepiej teraz, kiedy tam w górze jeszcze panuje zima, ale temperatury są już znośne.




Stob Binnein

Stob Binnein, oddzielony od Ben More głęboką przełęczą, wyglądał przepięknie, ale zrezygnowaliśmy ze wspinaczki. Za dużą mieliśmy przerwę w chodzeniu po górach. Acz będąc w lepszej formie jak najbardziej bym się zdecydowała, podejście jest strome, ale niedługie.



Trossachs



Cruach Ardrain



Żeby nie wracać tą samą drogą zeszliśmy na przełęcz - Stob Binnein prezentował się z niej o wiele łagodniej i aż zapraszał - i trawersując zbocze Ben More, zaczęliśmy się obniżać w kierunku Benmore Glen.



Cały czas trawersując i przekraczając liczne, bardzo teraz rwące potoczki, w towarzystwie owiec (owca na owcy owcą tam pogania) osiągnęliśmy miejsce gdzie zaczyna się wspomniana na początku szeroka droga, która już bez najmniejszych trudności, po około pół godziny wyprowadza na szosę.

Trasa jest piękna i bardzo widokowa. Nietrudna technicznie (*), ale może zmęczyć bo wchodzimy na naprawdę konkretną górę. Wielkim atutem jest brak jakichkolwiek trudności nawigacyjnych, i to pomimo iż ścieżka jako taka nie istnieje: góra wyrasta praktycznie z szosy, nie ma żadnych męczących podchodzeń przez doliny, kierunek jest oczywisty - byle wyżej, nieważne którędy. Żałuję tylko, że nie udało się tym razem zdobyć Stob Binneina, ale mamy zamiar to nadrobić.
Reszta fotek tu.