statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
wtorek, 22 marca 2016

 

Nr 164, Glas Tulaichean

Wymowa: glas tulahen

Znaczenie nazwy: grey-green hillocks (za MunroMagic)

Wysokość: 1051 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 79.

Data wejścia: 19.3.16

 

W sobotę dzień był jak jeden na milion. Chociaż obydwoje jesteśmy przepracowani nie dało rady nie pójść w góry. Celem były dwa munrosy nieopodal Glen Shee, ale daliśmy radę zdeptać tylko jednego. 

Rejon płaskowyżu Mounth do którego zalicza się Glen Shee jest wybitnie naleśnikowaty, niewiele tu kotłów i skalnych formacji charakterystycznych dla położonych nieco na północ Cairngormsów, jest jednak bardzo fotogeniczny. W tych rolujących się wzgórzach bez charakterystycznych punktów jest jakiś wielki spokój.

Start z parkingu w Spittal of Glenshee, skąd należy się kierować w stronę Dalmunzie House Hotel. Za hotelem asfalt się kończy i wchodzimy w wąską Glen Lochsie.

Nie poszliśmy drogą dnem doliny ponieważ płynie nim rzeka, a teraz podczas roztopów wszystkie górskie rzeki i strumienie szaleją. Wspięliśmy się do ścieżki biegnącej równolegle do zboczy i nią doszliśmy suchą nogą do ruin Glenlochsie Lodge, gdzie dołączyliśmy do drogi. Od tego miejsca biegnie już ona w górę, łagodnym wałem opadającym z plateau szczytowego Glas Tulaicheana.

 

Patrząc z wału, jedynym charakterystycznym punktem krajobrazu jest masyw Beinn a'Ghlo, wielki i mniej naleśnikowaty niż reszta:

 

Oraz - widoczne ponad ramieniem sąsiedniego Carn an Righ, na którego nie weszliśmy - Cairngormsy, które jeszcze pokażę na zbliżeniu.

 

Plateau szczytowe (wciąż nie mogę wyjść z szoku nad tym jaka pogoda nam się trafiła):

I typowy dla Mounth krajobraz. Tych zdjęć mamy całą serię, i wszystkie wyglądają niemal identycznie. Ale taki obraz mogłabym mieć na ścianie. Zawsze w Glen Shee mam malarskie skojarzenia. Tym razem również kulinarne - ja tu widzę wielkiego murzynka posypanego cukrem pudrem.

Obiecane Cairngormsy, a konkretnie otoczenie Lairig Ghru. Po lewej ciemny Devil's Point, za nim Cairn Toul, Angel's Peak i Braeriach. Po prawej Cairn a'Mhaim przechodzący w masyw Ben Macdui. Z tego zdjęcia byliśmy na wszystkich wierzchołkach.


Schodziliśmy krawędzią kotłów które stanowią jedyny ciekawszy rys Tulaicheana - nawisy są jeszcze całkiem spore.

Dupozjazd po tym zboczu okazał się jednym z głupszych pomysłów. Bardzo głupim wręcz. Dobrze że nikomu nic wielkiego się nie stało.

Po podjęciu decyzji o niekontynuowaniu na Carn an Righ rozpoczęliśmy powrót przepiękną Glen Taitneach. Zresztą nie wiem czy faktycznie była przepiękna czy to ta niesamowita pogoda sprawiała że wszystko wydawało mi się być jak nie z tej ziemi. 

To zdjęcie ma jedynie lekko podniesiony kontrast i jest podostrzone. Przy kolorach nic nie było majstrowane. 

Takie niebo zdarza się w Szkocji może kilkanaście razy w roku, więc sami sobie odpowiedzcie jakie są szanse że akurat będzie to nasza wspólna wolna sobota. 

 

Zanim Glen Taitneach się wypłaszczy, opada stromym progiem. Ścieżka biegnie wzdłuż potoku tworzącego gdzieniegdzie malownicze wodospadziki. Mimo ograniczonych widoków był to IMO najładniejszy odcinek trasy.  

 

Przyznaję w pewnym zażenowaniem że choć zrobiliśmy zaledwie niecałe 25 km i to w dużej mierze po płaskim, koniec trasy powitałam z wielką ulgą. Miało w tym na pewno udział to że na asfalcie pomiędzy parkingiem a Dalmuznie House scarpy mnie zniszczyły, choć nie był to długi odcinek.

Trochę mnie boli że nie zaliczyliśmy tego Carn an Righ. Głównie dlatego, że mieliśmy szansę to zrobić w pogodę, która już się nam tam raczej nie trafi. Dziwnie będzie wbijać się tam w najbardziej prawdopodobnym klimacie pt. "Kapusty we mgle" pamiętając jak to było poprzednim razem.

Póki co bez mapki bo mam z nią problem techniczny.