statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
poniedziałek, 31 marca 2014

Nr 127, Sron a'Choire Ghairbh

Wymowa: sron a kori garw

Znaczenie nazwy: peak of the rough corrie (za MunroMagic)

Wysokość: 937m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 239.

Data wejścia: 29.3.14


Na zeszły weekend prognozy były zupełnie na odwrót niż zwykle, bo brzydko na wschodzie i południu, północny zachód w miarę. Istna anomalia! Wobec powyższego Mariusz wybrał munrosa nad Loch Lochy, obok sąsiada na którym uskutecznialiśmy naszą niezapomnianą drogę idiotów: >>LINK<<. Loch Lochy jest piękne no i fajnie było w końcu wybrać się gdzieś dalej na Północ.

Samochód zostawiliśmy w zatoczce koło mostu na Kilfinnan Burn po czym zaczęliśmy się zastanawiać (Stirlitz zamyślił się... Tak mu się spodobało że zamyślił się jeszcze raz). Mianowicie głowiliśmy się nad wyborem drogi. Na munrosa generalnie idzie się najpierw lasem wzdłuż jeziora, potem doliną na przełęcz pomiędzy nim a Meall na Teanga. Bardzo dobry wariant kiedy chce się zdeptać oba, ale my mieliśmy w planach tylko Sron a Choire Ghairbh więc mogliśmy sobie pozwolić na forsowniejszą i ciekawszą opcję, w sensie od razu do góry na grzbiet i dalej przez kolejno trzy wzniesienia na szczyt munrosa. Zaoszczędziło by nam to dwukrotnego marszu doliną. Niby same plusy, ale niespecjalnie mieliśmy ochotę rozpocząć podchodzenie praktycznie spod samochodu. No ale zdrowy rozsądek zwyciężył i zaczęliśmy się tyleż ślimaczo co walecznie wbijać do góry.

Wzniesienie poniżej ma 689m n.p.m. i dopiero za nim znajduje się korbet a za nim munros... Jak w kawale o turyście który pytał bacy czy ta górka to już Giewont.

Szło się dobrze, wielkich stromizn nie było, nie padało. Rozczarowywała słaba widoczność - byłam już nieopodal i wiem jak tam potrafi być pięknie.

Chmur jako takich było niewiele, ale kompletnie nieprzejrzyste powietrze. Jezioro ledwo było widać, gór praktycznie wcale, oprócz potężnego masywu Meall na Teanga. Najlepsze że Teanga ma zaledwie 918m n.p.m. a Sron tylko o 19 m więcej, robią jednak wrażenie olbrzymów. To dlatego że startujemy z kilkudziesięciu metrów nad poziomem morza.

Przebyta droga aka górka z pierwszego zdjęcia z podchodzenia na korbet Sean Mheall:

Oraz Loch Lochy, milion razy piękniejsza sceneria od niedalekiego o tyle słynniejszego Loch Ness:

Dopiero z Sean Mheall (888m n.p.m.) odsłonił się nasz cel. Zaczęło się też wypogadzać i wyglądało iż definitywnie nie będziemy zdobywać szczytu w chmurze. BBC Weather znowu miało rację co do godziny (znaczy zdarzały im się już wtopy, jednak skuteczność mają imponującą)! Wierzchołek po lewej nie jest munrosem (za mała deniwelacja) a jedynie munro top.

Grań prowadząca na przedwierzchołek była najpiękniejszym odcinkiem trasy: 

Niektórym aż wyłączyło się panowanie nad mimiką i zaczęli się szczerzyć:

Właściwy wierzchołek jest, jak widać, z tych obszerniejszych:

Javi próbował strącić nawis kamieniami. Ponieważ mu się nie udało w ramach pocieszenia przygarnął jednego kamulca, ochrzcił Peterem oraz konsekwentnie przyhołubił w plecaku. Otrzymałam raport iż Peter bezpiecznie dojechał do Edynburga i powoli aklimatyzuje się w nowym domu.

Poniżej Meall na Teanga, z którym wiąże się tyle wspomnień (patrz link z początku notki). Była i walka z dżunglą amazońską, i używanie czterech kończyn na wrzosach... A w maliny wpuścił nas pan Andrew Dempster i jego dzieło "Classic mountain scrambles in Scotland".

Z wierzchołka zeszliśmy na przełęcz (niektórzy nawet wesoło zjechali po trawkach na dupie i co ciekawe nie byłam to ja, ale nie będę kablować ;P). Z przełęczy schodziliśmy dolinką, tak jak przewidywały nasze przewodniki. Bardzo malownicze miejsce, zwłaszcza na odcinku leśnym ale ciągnęło się jak, że zacytuję jednego z moich ulubionych autorów, smark po ścianie. Bardzo, bardzo dobrze że podjęliśmy decyzję o wchodzeniu po swojemu.

Pętla liczy sobie pomiędzy 13 a 14 km (nie jestem pewna na ile precyzyjnie zaznaczyłam trasę) ale trzepie jak dużo dłuższa tura (przewyższenie!). Cudowna wycieczka i jeden z tych munrosów które choć zdobywane pojedynczo okupione zostały ciężką fizyczną pracą :)


poniedziałek, 03 marca 2014

Nr 125, Beinn a' Chochuill; nr 126, Beinn Eunaich

Wymowa: ben a czok-hul; ben ańjah

Znaczenie nazwy: hill of the shell;  fowling hill (za MunroMagic)

Wysokość: 980m n.p.m.; 989m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 172.; 156

Data wejścia: 1.3.14


Beinn a' Chochuill i Beinn Eunaich mają pecha leżeć w sąsiedztwie masywu Ben Cruachana, który ze względu na kształt i charakter jest jednym z najsłynniejszych w Highlandzie. Główny szczyt to faktycznie wyjątkowo ładna góra, zaryzykowałabym twierdzenie że najładniejsza poza Skye. Dlatego sąsiedzi, choć niczego sobie, zawsze będą jedynie tymi pagórkami obok Cruachana. A niesłusznie. 

Ponieważ nazwy tradycyjnie były dla Mariusza niewymawialne jednego munrosa ochrzcił Eunuchem, a drugiego tym czego eunuchowi brakuje. Żeby nie epatować słownictwem, przyjmijmy alternatywnie że Chochlą.

Zaparkowaliśmy za bramą wjazdową do Castles Farm. Parkingu jako takiego tam nie ma, ale jest dużo miejsca a napotkany farmer potwierdził że nie ma problemu. Od razu z terenu farmy wychodzi droga. 

Przebijanie się przez stado krów było trochę adrenalinowe. Tak jak normalnie nie zwracają na człowieka uwagi, tym razem wyglądały na niezbyt przyjaźnie nastawione, zapewne ze względu na obecność cielaków. Jedna nafukała na nas i naryczała. Wrażenia olfaktoryczne daruję, nadmienię tylko iż to w czym one stoją to tylko w niewielkiej części błoto.

Idziemy dość wysoko ponad dnem Glen Noe, z początku trawersując zbocze Eunucha. Bardzo stroma ścieżka wspinająca się na ramię góry której początek jest oznaczony kopczykiem, będzie drogą zejściową - chyba że ktoś woli pokonywanie tej trasy w przeciwnym niż my kierunku.

Kileburn Castle na jeziorze Awe:

Kiedy mijamy przełęcz pomiędzy munrosami zbocze które trawersujemy należy już do Chochli. Kiedy należy rozpocząć pięcie się do góry? Polecam przeanalizowanie mapy, widać wyraźnie że góra wysyła na południowy wschód coś w rodzaju ramienia, które wyprowadza na grań szczytową. 

Poniżej klasyczny highlandzki brązowo-zielony, zimowy widoczek: 

Pogoda była mocno zmienna, chmury cały czas, ale momentami były w nich spore dziury. Tu wschodnia flanka podkowy Cruachana czyli jej drugi munro Stob Diamh:

Grań szczytowa Chochli jest rozciągnięta a że momentami w zadymce nic nie było widać, dwa razy fałszywie sądziliśmy iż dobijamy do wierzchołka. Tu pierwszy raz:

Glen Etive z Ben Staravem (w styczniu zginął na nim pan Tiso, właściciel sieci sklepów outdoorowych tej samej nazwy):

Kolejny fałszywy wierzchołek (prawdziwy w chmurze). Jak widać po raz pierwszy w tym sezonie posmakowaliśmy normalnej zimy.

A tu wreszcie prawdziwy. Nie powiem, ulżyło nam.

Wierzchołek jest na tyle nieobszerny (znaczy, nie żaden Sgurr nan Gillean, ale i nie cairngormskie plateau) że mogłam przebiec go wzdłuż i wszerz i albo kopca tam nie ma, albo był pod śniegiem. Myślę jednak że nie ma bo musiałby to być wyjątkowo mały kopczunio. Fota szczytowa:

Z Chochli zeszliśmy na przełęcz i rozpoczęliśmy ciśnięcie na częściowo skrytego w chmurze Eunucha. Warunki znacznie się pogorszyły. Wiatr dął - nie był to prawdziwy highlandzki orkan, dało się iść, ale masakrycznie zacinało śniegiem i lodem po twarzy. Widoczność po chwili zero. Dlatego nie ma zdjęć.

Z przełęczy na Eunucha jest krócej, ale i stromiej niż na Chochlę. Wszyscy szli / schodzili w rakach, nam nie chciało się zakładać, na szczęście lodu prawie nie było. To podejście, w tych warunkach dało nam obojgu popalić. Kiedy teren zaczął się nieco wypłaszczać wiedzieliśmy że znajdujemy się w rejonie szczytu ale nie było nic widać. Niebo i śnieg miały ten sam brudnoszary kolor. W pewnym momencie Mariusz stanął i krzyknął żeby się zatrzymać: okazało się że beztrosko maszerowaliśmy prosto na urwisko. Przez to że ciężko było odróżnić gdzie zaczyna się niebo zorientował się jakieś dwa metry od nawisu na krawędzi. Mapa pokazuje że choć pionów tam nie ma, jest skąd polecieć. I to właśnie był szczyt (znów wniosek na podstawie analizy mapy), choć zorientowaliśmy się dopiero po chwili (kopiec, który tam akurat na 100% jest, był zasypany). Od tamtego miejsca teren zaczął się już tylko obniżać, ale kiedy ogarnęliśmy sytuację nie było już mowy żeby wracać. W ten sposób zdjęcie szczytowe szlag trafił.

Zejść popod chmurę udało nam się bez obstrukcji ponieważ para przed nami zostawiła piękny ślad. Niżej dobiliśmy do ścieżki wspomnianej na początku, i nią stromo - do drogi nad Glen Noe.

Pomijając rozczarowanie faktem iż przegapiliśmy szczyt Eunucha (acz nie mam wątpliwości że na nim byliśmy, wystarczy zresztą spojrzeć na ukształtowanie terenu), wycieczka była znacznie lepsza niż się spodziewałam. Było i wydymanie przez naturę, i niewielki ale zawsze element przygodowy, niedużo ale trochę widoków oraz last but not least kolejne dwa munrosy zaliczone. Acz uczciwie przyznaję, post factum czułam się nie jak po 13 km, a po dwa razy tyle.