statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
poniedziałek, 29 marca 2010

Po raz drugi wybraliśmy się do Lake District, na trzecie najwyższe wzgórze Anglii, Helvellyna. Prowadzi na nie wiele ścieżek, ja wybrałam najciekawszy wariant tak do wejścia, jak i zejścia. Niestety, Lake District tym się różni od Highlandu, że na popularniejszych drogach są tłumy nie mniejsze niż na tatrzańskich szlakach.




Startujemy z miasteczka Glenridding. Leży ono u samych podnóży masywu Helvellyna, więc obywa się bez długich podchodzeń. Do góry zaczynamy się wbijać praktycznie od razu. Długość całej pętli to jedynie 12 km - zdecydowanie nie są to cairngormskie dystanse.
Poniżej widok na urocze Ullswater. Do Glenridding dojeżdżamy drogą prowadzącą wzdłuż krętego brzegu jeziora i stanowczo nie jest to fragment dla osób z chorobą lokomocyjną.




Z początku wędrujemy zboczami, z widokami tylko po lewej ręce, w bardzo szybkim tempie zyskując wysokość.





Kiedy w końcu osiągamy początek grani Striding Edge, póki co jeszcze łagodny i szeroki, ukazuje się sam Helvellyn. Nie wygląda zbyt spektakularnie, linie ma raczej klockowate, ale nie o sam szczyt tu chodzi, a o prowadzące nań i z niego granie: wspomnianą Striding Edge i Swirral Edge.



Poniżej właściwa Striding Edge, wąski i skalisty odcinek grani. Taką masę ludzi, jaka nim wędruje, w Highlandzie widziałam tylko na Ben Lomondzie i oczywiście Nevisie.



Wreszcie osiągamy samo gęste - staram się cały czas iść ostrzem grani. Nie jest trudno, w większości miejsc ręce nie są potrzebne, choć przyznaję że silny wiatr zmusza mnie do korzystania z nich w wielu miejscach, które normalnie po prostu bym przeszła. Cholerny wiatr odbiera nam sporo przyjemności z pokonywania tego odcinka - bo jakkolwiek jest łatwo, w miejscach gdzie grań najbardziej się zwęża nie uśmiecha mi się stracić równowagi.



Można iść po ostrzu grani, można też trawersować ją od strony stawu, ale że naprawdę nie jest trudno, za to widokowo, nie bardzo widzę sens.









Jedyne trudniejsze - i całkowicie nieomijalne - miejsce, to zejście na przełęcz z której rozpoczyna się atak szczytowy - dwójkowy scrambling w jednym z kilku, przypominających tatrzańskie, kominków.





Zaraz potem mamy fragment podejścia po świetnej skale, kojarzący mi się z łatwiejszymi partiami Czerwonej Ławki - jego również można ominąć, ale nie ma do tego żadnych powodów, wspinaczka jest banalna a daje dużo więcej radości niż marsz ścieżką.





Na szczytowym plateau nie zabawiamy długo - zbyt mocno wieje. Widoki na drugą stronę masywu są sympatyczne, niestety nic nam jeszcze nie mówią - nie umiemy zlokalizować nawet Scafell Pike'a, to dopiero nasza druga wizyta w Lake District.



Początek Swirral Edge wyznacza kamienny kopiec. I bardzo dobrze, inaczej byłaby trudna do znalezienia - opada z plateau tak gwałtownie, iż trzeba podejść do samej krawędzi żeby zobaczyć gdzie się zaczyna. W pierwszej chwili efekt jest mocny, bo wydaje się, że będziemy schodzić po Bóg wie jakiej stromiźnie, ale wrażenie mija w miarę jak się obniżamy. Swirral Edge jest podobna w charakterze do Striding Edge, ale o ile tamta była z grubsza pozioma, ta opada dość mocno w dół. Ponieważ jest położona na większej wysokości, zalegało tam jeszcze sporo lodu i śniegu. Jako że nie mieliśmy raków (a nawet gdybyśmy mieli, raczej nie opłacało by się ich zakładać na tak krótki fragment) szliśmy bardzo ostrożnie. Odcinek gęstego szybko się kończy, i można iść dalej granią na Catstye Cam albo od razu obniżać się do Czerwonego Stawu - wybraliśmy ten drugi wariant.





Powrót, jak widać na mapce, już bez mocnych wrażeń, za to jest co podziwiać po drodze - ładne lasy, tak rzadko spotykane w Highlandzie, i urocze domki z kamienia, jakich w tej miejscowości (a pewnie i w całym regionie) pełno, idealnie komponujące się z otoczeniem.
Trasa jest niezbyt forsowna i bardzo ładna. Dobra dla początkujących scramblerów, bo bez wielkich trudności pozwala trochę się obyć ze skałą. Na Helvellyna nie radziłabym wchodzić inną drogą. Te dwie granie jedyne w całym masywie mają charakter.


>>LINK DO ZDJĘĆ<<
piątek, 19 marca 2010

Nr 58, Beinn Bhreac

Wymowa: bin wrek

Znaczenie nazwy: speckled hill

Wysokość: 931m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 249.

Data wejścia: 14.03.10

Znalazłam u McNeisha bardzo trafny cytat o Cairngormsach, przepraszam że podaję w oryginale ale tłumaczę podobnie jak obieram ziemniaki: co z tego że wiem jak, kiedy efekt jest kwadratowy:

Sir Henry Alexander suggested that for many, first acquaintance with these hills was occasionally accompanied by a sense of disappointment. But, he goes to say, "as one explores them and wanders among them, the magnitude of everything begins to reveal itself, and one realises the immensity of the scale upon the scene is set, and the greatness and dignity and calm of the Cairngorms cast their spell over the spirit.

Mam dokładnie takie same odczucia. Cairngormsy po etapie rozczarowania (te naleśniki to mają być najwyższe góry Szkocji?) rozkochały mnie w sobie.

Celem ostatniej wycieczki były dwa munrosy we wschodniej części grupy, nieeksploatowanej jeszcze przez nas Glen Derry.

Od parkingu przy Linn of Dee, znaną nam drogą (wracaliśmy nią z Penisa >>LINK<<) maszerujemy do Derry Lodge. 




Jest to chyba najbardziej zalesiona dolina, jaką ogarnęliśmy w szkockich górach. Oprócz flory zachwyca też cairngormska fauna - jelenie, zające bielaki, pardwy. Szkocka Arktyka :)

Od Derry Lodge odbijamy w kierunku Glen Derry. Do konkretów niestety jeszcze spory kawałek.



To na górze to już Glen Derry, my mieliśmy się wbijać na wał po prawej stronie. W przepadającym paskudnym śniegu osiągnięcie plateau zajęło wieki. Co i rusz wydawało mi się że już jestem w rejonie szczytowym, ale nie - otwierał się kolejny plan. Niby kopa, ale w tych warunkach śniegowych wysysała energię ekspresowo. Widoki mieliśmy jedynie za sobą, na Glen Derry i zachód.



Bein Bhreac jest największym plaskaczem jakiego zdeptałam. Gdyby nie to, ze najwyższy punkt jest oznaczony kopcem, w życiu byśmy go nie znaleźli. Pomiędzy nim a następnym munrosem (poniżej) rozciąga się zaś zupełnie płaski fragment plateau, teren spiętrza się dopiero pod koniec. W warunkach letnich można to przejechać na rowerze, w głębokim śniegu jednak nie było już tak łatwo.


Na tym zupełnie płaskim, acz długim (kilka kilometrów) odcinku mało się nie zarżnęliśmy. Były fragmenty, że wpadaliśmy w śnieg po uda. Niezbyt motywujący był tez fakt, iż nad munrosem wisiała cały czas nieładna chmura, i ogólnie widoczność była kiepska.



Poniżej munrosy po drugiej stronie doliny: Derry Cairngorm, stromy kocioł prawdopodobnie opadający z masywu Macduia i Beinn Mheadhoin:


W którymś momencie powiedziałam pas. Byłam już tak zmęczona torowaniem sobie drogi w śniegu, a Beinn a'Chaorainn zdawał się w ogóle nie przybliżać, że kiedy dodatkowo zaczęła się zadymka uznałam, że nie dam rady. Wyjęliśmy bothy bag i spędziliśmy w nim ponad kwadrans, regenerując się herbatą. Ustaliliśmy też, że w tych warunkach nie będziemy mieli siły wrócić z drugiego munro, więc zawracamy teraz.

Wracaliśmy po własnych śladach. Była opcja, żeby zejść w dolinę ale im niżej, tym śnieg był mniej związany więc postanowiliśmy zostać na plateau jak najdłużej. Mało rozsądnie strawersowaliśmy potencjalnie lawiniaste zbocze - byliśmy już tak zmęczeni, że było nam wszystko jedno - dowlekliśmy się na dół i rozpoczęliśmy powrotny marsz doliną.

Z planowanych 29 km zrobiliśmy ok. 25, czyli klasyczny cairngormski trekking.

Niestety, właśnie takich warunków śniegowych można będzie się spodziewać w ciągu najbliższego miesiąca - dwóch. Dlatego z Cairngormsami na razie się żegnamy i zaczynamy kierować się bardziej na zachód. Najmokrzejszy w roku sezon w Szkocji uważam za oficjalnie rozpoczęty.