statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
niedziela, 22 marca 2009

Nr 25, Sgorr Dhearg i nr 26, Sgorr Dhonuill

Wymowa: skor dyerek; skor do-nul

Znaczenie nazwy: red rocky peak; Donald's rocky peak

Wysokość: 1024m n.p.m. ; 1001m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 107.; 137.

Data wejścia:
21.03.2009

Masyw Beinn a'Bheithir, Góry Piorunów, najpiękniej prezentuje się z mostu nad Loch Leven, przez który droga A82 biegnie w kierunku Fort William. Zaliczany na ogół do Glencoe Hills, leży jednak na uboczu, pozwalając podziwiać jedną z najpiękniejszych dolin Szkocji z nieco innej perspektywy, niż jej pozostałe szczyty.
Trasa rozpoczyna się na parkingu w Ballachulish. Ulica wkrótce przechodzi w polną drogę. Idziemy nią ok. 10 -15 min, wypatrując samotnego płotu antyowczego. Zaraz za płotem niezbyt wyraźna, ale widoczna ścieżka wbija się na zbocze - tędy do góry, cały czas prosto, dopoki grań się nie zwęzi i nie zrobi skalista.

Tutaj zaczyna się najciekawszy etap trasy. Musimy pokonać liczne skalne progi, których nie da się strawersować, cały czas dajemy po grani. Nietrudny scrambling, który porównałabym do skał Kazalnicy poniżej klamer na szlaku na Chłopka. Przy drugim progu pion, znakomicie wyrzeźbiony ale podczas ślizgawicy - my szliśmy w mżawce i bardzo uważałam w tym miejscu - napierać ostrożnie.





Powyżej progów już ścieżkowo na niewybitny Sgorr Bhan, na wierzchołku jest kopczyk. Stąd na pierwszego munro, Sgorr Dhearg, już bardzo blisko. Lakoniczność opisu spowodowana jest faktem, iż przez cały czas szliśmy w chmurze i zamiast widoków była dupa. Dopiero kiedy zaczęliśmy schodzenie na przełęcz pomiędzy oboma munrosami masywu, okoliczności przyrody zaczęły się robić łaskawsze.



Sgorr Dhonuill prezentuje się z przełęczy pięknie i charakternie, choć trasa granią jest spacerowa:



Widoki cud, miód i orzeszki. Glen Etive Hills, Glencoe, Mamores, Nevis Range, morze szczytów jeszcze przez nas nie poznanych i niezidentyfikowanych. Dla takich chwil chodzi się po górach.




Z pomiędzy obu munrosów opada fajna grań. Kto wie, może się ją kiedyś zbada...



Sgorr Dhearg od drugiej strony traci swój zadziorny charakter, ale i tak jest to dobry kawał góry. Pamiętajcie że startujemy z poziomu morza, Loch Leven jest bowiem odnogą fiordu.



Zachwycałam się widokami, więc proszę:




Na ostatnim planie Ben Cruachan




W centrum zdjęcia Ben Starav



Loch Linnhe



Ben Nevis, Aonachs i The Mamores



Most w South Ballachulish

"Atak szczytowy" jest głównie ścieżkowy, choć pod samym szczytem mamy - jeśli trzymamy się dróżki - moment lekkiej ekspozycji, i nawet mini scrambling.









Loch Leven - szczyty po drugiej stronie to dla nas póki co terra incognita




Grupa Bideana nam Bian, czyli Wielki Tron Glencoe podziwiany tym razem z boku



Na wierzchołek Sgorr Dhonuill - szczytu Donalda - pomimo znacznego nachylenia wchodzi się raczej szybko. Bardzo żałowałam, że pogoda nie zrobiła się wcześniej, kiedy byliśmy na Sgorr Dhearg. Z niego musi być świetnie widać całą Glencoe, a tak to Donald zasłania, taki syn :)



26 munrosów padło, czy też, jak twierdzi kolega, pozwoliło na siebie wejść.
To już więcej niż ćwierć setki;)





Schodziliśmy z przełęczy leżącej w załamaniu grani, która w pewnym momencie skręca w prawo by opaść ku Ballachulish. Ślady ścieżki były, ale każdy schodził jak chciał. Z początku szło się po średnio przyjemnym piarżysku:





... by w dolince osiągnąć znacznie sympatyczniejszy teren, skąd najpierw miłą ścieżką w gęstym lesie (!!!), a potem wygodną drogą jezdną do szosy A82, i dalej niestety asfaltem do parkingu. Na tym odcinku bardzo przyda się mapa, ponieważ dróg w tej dolinie jest kilka, przecinają się i niechcący możemy się objawić w South Ballachulish, a stamtąd czeka nas o wiele dłuższy marsz wzdłuż szosy.



Sgorr Dhonuill i koniec interesującej grani




Loch Leven



Po lewej The Mamores, po prawej Sgurr na Ciche aka Pap of Glencoe


Wycieczka była po prostu genialna. Trochę scramblingu - nie że hardkor, ale jednak sporo więcej niż spacer; cudowne widoki, całkiem przyjemne zejście (zejścia są moim największym koszmarem). Beinn a'Bheithir jest piękną górą, znakomitą dla początkujących w Szkocji a mającym już jakieś pojęcie o hillwalkingu, oferuje bowiem w pigułce to, co w Highlandzie najlepsze - scenerię gór z każdej strony, morze szczytów jakiego w Karpatach się nie uświadczy, i ogólną łagodność ze szczyptą prawdziwego charakteru. Bardzo polecam wchodzenie dokładnie taką trasą jak my. Przewodniki rekomendują różne opcje, ja uważam że nasza jest najlepsza. Grań wejściowa to jeden z ciekawszych fragmentów masywu, ponadto trudności pokonujemy do góry, więc jest łatwiej. Zejście jest łagodniejsze i, pomijając odcinek piargowy, relaksacyjne. Trasa generalnie przepiękna, trudność oceniam na *** z minusem. Bardzo chciałabym tam wrócić w celu bliższego obadania grani ktorej fotka jest gdzieś wyżej. Zobaczymy.

Miałam trochę wątpliwości co do przebiegu trasy i mogłam popełnić jakieś nieścisłości przy zaznaczaniu wejścia i zejścia, na tyle jednak drobne, że mapkę uważam za rzetelną.

wtorek, 17 marca 2009

Nr 23, Stob Ban i nr 24, Mullach nan Coirean

Wymowa: stob ban; mulah nan koran

Znaczenie nazwy: white peak; summit of the corries

Wysokość: 999 n.p.m.; 939m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 140.; 236.

Data wejścia:
13.03.2009

Zatęskniło nam się do the Mamores. Rejon Lochaber, to jest Glencoe, Mamoresy i Nevis Range jest naszym ulubionym w Highlandzie, a widzieliśmy już sporo. Grupa Mamoresów jest spektakularna ze względu na genialne położenie pomiędzy Glencoe a Ben Nevisem, tatrzańskie przewyższenia, długość podejść i przepiękne miejsca startu wycieczek, czyli Kinlochleven albo moja ukochana Glen Nevis.

Nie byliśmy pewni jak z pogodą, a Stob Ban z Mullach nan Coireanem wydały nam się prostsze topograficznie niż trzy pozostałe z lokalnych munros (Binnein Mor, Binnein Beag i Sgurr Eilde Mor), więc na wypadek pogorszenia się widoczności jak na poprzedniej wyprawie zdecydowaliśmy się na wariant mniej skomplikowany orientacyjnie.

Trasa wychodzi z przedostatniego parkingu w Glen Nevis, tego samego na którego schodzi się ze Sgurra a'Mhaim kończąc Ring of Steall. Zresztą przez pierwsze kilkaset metrów to jest ta sama droga, dopiero potem zygzaki ścieżki na Sgurr a'Mhaim podrywają się w górę, my zaś wędrujemy sobie na relaksie dolinką pomiędzy masywami jego i Stob Bana.



Dolinka - właściwie głęboki i stromy wąwóz - jest bardzo przyjemna. Wysokość zyskujemy sukcesywnie acz bez większego wysiłku. Stosunkowo szybko zaczynają się wyłaniać interesujące rzeczy:



Skały po prawej to wschodnie ściany Stob Bana. Już we wrześniu, oglądane z Ring of Steall, wywarły na nas wrażenie. Teraz, przy śniegu, prezentowały się jeszcze dramatyczniej:




Pogoda, odwrotnie niż na poprzedniej wycieczce, poprawiała się z chwili na chwilę.



Wkrótce ukazała się grań zamykająca dolinę. W lewo prowadzi ona na Sgurra an lubhair, element Ring of Steall, w prawo zaś na nasze munrosy.



Na przełęcz idzie się bezproblemowo, a ślady dupozjazdu wskazywały że i z zejściem nie byłoby kłopotu.





Z przełęczy na szczyt Stob Bana już ściśle granią, po prawej ręce mając spektakularne wschodnie ściany, po lewej - strome, ale jednak zbocze. Podejście wyglądało na ostre, ale nietrudne. Otuchy dodawała też wydeptana ścieżka.



Widoki z przełęczy były piękne. Na drugim planie północna grań Glencoe:




Poniżej zaś końcówka RofS, czyli od lewej Sgurr a'Mhaim, Devil's Ridge kulminujące w Stob Choire a'Mhail, oraz Sgurr an lubhair:



Grań wyprowadzająca na Stob Bana przy śniegu prezentowała się bardzo efektownie. Z jednej strony przepaść i nawisy, od których przezornie trzymaliśmy się w pewnej odległości, z drugiej też stromizna, choć tu spaść nie bardzo było z czego. No i towarzyszące nam cały czas widoki na Glencoe i coraz wyższego króla Benka po prawej stronie.





To podejście jest nieco żmudne, ale niedługie - większość wysokości zyskaliśmy podchodząc przez dolinę.





Na samej końcówce znajdowała się może dwumetrowa pionowa ścianka, w ktorej poprzedni wędrownicy wyrzeźbili piękne stopnie, tak że wchodziło się jak po schodkach. Z tą ścianką było o tyle śmiesznie, że nie było widać co jest za nią. Mogło tam być podejście końcowe, mogła być przepaść. Powyżej było tylko błękitne niebo. Niezależnie od siebie podjęłyśmy z Dorotą milczącą decyzję, żeby puścić Mariusza przodem. Okazało się, że powyżej jest już faktycznie ostatnie, łagodne podejście na sam wierzchołek.
 
Kiedy wreszcie osiągnęliśmy jego kopułę, zachwytom nie było końca. Nasza grań prezentuje się zeń imponująco: dopiero teraz w pełnej krasie widać, jak tam po jednej stronie można się elegancko spierdzielić.






Po lewej Sgurr a'Mhaim

Ze Stob Bana można prześledzić niemal całą dalszą trasę. Dłuuuga grań wiedzie spacerowo na niewybitny wierzchołek Mullacha nan Coireana, z którego dalej opada łagodnym ramieniem:



Rejon szczytowy Stob Bana robi wrażenie. Idziemy ponad wschodnimi ścianami, przed nami już na wpół wiosenna Glen Nevis. W dodatku nawet nie marzyliśmy że pogoda nas tak rozpieści.





Dupozjazdy też były, a jakże:




Na grani Mullacha czeka nas kilka krótkich podejść w górę i w dół, ale to co najżmudniejsze już za nami. Góra niby niecharakterna i naleśnikowata, ale od północy opadająca pięknym kotłem - tak jest zbudowanych wiele wzgórz Szkocji, chociażby całe Cairngormsy. Z jednej strony hałda, z drugiej konkret - nawet Ben Nevisa da się podciągnąć pod tę zasadę, choć to inna skala, zwłaszcza konkrety poważniejsze.



Jest nawet króciutki odcinek skalistą grańką, a w paru miejscach od północy występują całkiem ciekawe formacje. Owszem, jest to spacer, ale spacer interesujący.



Droga na wierzchołek jest naprawdę długa, na mapie widać że odległościowo cała ta trasa porównywalna jest z RofS, tyle że o wiele łagodniej ukształtowana.



Grupa the Mamores ze szczytu Mullacha, Stob Ban to to niepozorne (!) wzniesienie po prawej:



Widoki z Mullacha są imponujące - nie dość że znajdujemy się na ostatnim od zachodu szczycie w grupie Mamoresów, co daje unikalną perspektywę całego pasma, to otwierają się panoramy na zachód, z odległymi wzniesieniami Glen Affric, Glen Shiel, i innymi które jeszcze ciężko nam zidentyfikować. Fort William leży u naszych stóp.
Jestem naprawdę wdzięczna losowi że pogoda spieprzyła się dopiero na Mullachu.

Zejście zaczęło się niewinnie, łagodną granią. Jazdy rozpoczęły się dopiero po znalezieniu się poniżej granicy śniegów. Na odcinku może kilometra (stroma łąka, potem brzozowy lasek) wszystko pływało. Taka pora, wiadomo że ten cały śnieg musi gdzieś znikać. Wkrótce zrobiło nam się wszystko jedno bo buty i tak mieliśmy przemoknięte na wylot.
Na ostatnim fragmencie bagno płynnie przeszło w quasi tatrzański bór, rzecz w Szkocji rzadka i przywołująca miłe wspomnienia. Borem już krotko i sucho na parking.


Trasie daję **, za malowniczość należałoby się znacznie więcej. Po raz kolejny potwierdziło się, że jak po widoki, nie masz jak w Mamoresy. Piękny rejon, wycieczka łatwa a przecież w prawdziwie górskim klimacie. Aż żal, że w tym paśmie została nam tylko jedna trasa. Dobrze, że obok leży słabo przez nas spenetrowana Nevis Range. Jak skończymy, będziemy szaleć tam.

Całość (polecam, piękne zdjęcia wyszły) pod >>LINKIEM<<




Nr 22, Ben Lawers

Wymowa: ang.

Znaczenie nazwy: hill of the Labhair (loud) stream

Wysokość: 1214 n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 10.

Data wejścia:
6.03.2009

Na Ben Lawersa nie udało nam się wejść w kwietniu 2008, kiedy to praktycznie spod szczytu (czego byliśmy nieświadomi) spędziła nas konkretna burza śnieżna - co opisałam tu >>LINK<< . W tym roku przyszedł czas na odwet. Żeńska brygada dowodzona przez Mariusza wyruszyła ze znajomego już parkingu koło Visitor Centre, na który skręcamy z drogi A827 za Killin (jest drogowskaz).



Ranek był przyjemny, niebo rokowało nadzieje, śniegu jak na warunki lokalne mnóstwo. Postanowiliśmy pójść inaczej niż w zeszłym roku. Wtedy wchodziliśmy szlakiem przez długą grań zaliczając jeszcze jednego munro, Beinn Ghlasa. Tym razem zależało nam tylko na Ben Lawersie, plan zakładał zatem strawersowanie zboczy Beinn Ghlasa i wyjście na przełęcz pomiędzy nim a BL.

Na mapce drogę przez grań zaznaczyłam na czerwono. Drogę zamierzoną tym razem - na zielono.





Meall Corranaich



Loch Tay





Miało być tak pięknie, a tymczasem wkrótce ogarnęły nas chmury. Pomimo zerowej widoczności zdecydowaliśmy się kontynuować. Pogoda nie była ogólnie zła: wiatr słaby, zero deszczu, temperatura znośna. Szło się całkiem przyjemnie, tyle że bez widoków.



Ostatnie momenty przed wejściem w mleko:





Meall nan Tarmachan

Przypominam, plan zakładał "zielony" trawers i łagodną wbijkę na przełęcz. Niestety przy zerowej widoczności i braku ludzkich śladów okazało się, że trasa wcale nie jest taka oczywista. Podstawowym problemem był fakt, iż zbocza Beinn Ghlasa nie są takie do końca kopiaste, jest tam gdzieniegdzie dość stromo i skaliście. Ścieżka "zielona" omija te miejsca dołem, więc żeby się gdzieś nie wpieprzyć, należało albo ją znaleźć, albo w przypadku nieznalezienia walić prosto w górę, na bezpieczną grań. Ponieważ po ścieżce nie było ani śladu, a teren zaczął stromieć, Mariusz zdecydował się na tę drugą opcję. Poszliśmy prosto w górę, odcinkiem ktory zaznaczyłam na żółto. Z mapy wynika że tamtędy też idzie droga, ale nie mieliśmy o tym pojęcia, zresztą nic nie było przedeptane.



Wchodziliśmy po momentami sporej stromiźnie, wzdłuż krawędzi kotła który opadał całkiem konkretnie - poniżej tych konkretów gdzieś tam biegła sobie ścieżka "zielona". Po niezbyt długim marszu (40 min.?) wydostaliśmy się w końcu na grań. Tu okazało się, że popełniliśmy drobny błąd w obliczeniach. Sądziliśmy otóż, że wyjdziemy na grań przed przełęczą (na mapie oznaczona X), ale już za wierzchołkiem Beinn Ghlasa. Tymczasem objawiliśmy się z jego drugiej strony, praktycznie pod szczytem, co oznaczało że dziewczyny zaliczą tego dnia dwa munrosy, a my jednego nowego i jednego podwójnie.



Długą granią Beinn Ghlasa (po lewej wspomniany stromy kocioł, po prawej łagodniejsze zbocze) powędrowaliśmy na znaną nam już przełęcz pomiędzy nim a BL. Mariusz na przełęczy:



Droga z przełęczy na Ben Lawersa to może z pół godziny marszu. Na oblodzonym skalistym podłożu przydały się raki:



Od skałek, przy których z zeszłym roku zrezygnowaliśmy, na szczyt jest dosłownie kilka minut.
Poniżej piknik na wierzchołku. Niestety, skurczysyny chmury nie odpuściły do końca i musieliśmy podziwiać siebie nawzajem z braku widoków. Najważniejsze jednak, że Lawers w końcu PADŁ.




Przy zerowej widoczności bezpieczniej było schodzić granią, po raz kolejny zrezygnowaliśmy zatem ze ścieżki "zielonej". Drugi raz tego dnia zdeptaliśmy Beinn Ghlasa, po czym "czerwoną" granią, przyjemnym spacerem zeszliśmy do doliny.



Cóż mogę napisać. Wycieczka subiektywnie była bardzo udana, ale ze względu na "czynnik ludzki", bo wędrowało nam się razem fantastycznie. No i w końcu zaliczyliśmy Ben Lawersa. Niestety, widokowo klapa na całej linii. Trasa łatwa, z trudności topograficznych wybrnęliśmy na medal, z bardziej męczących podejść ewentualnie odcinek "żółty" i początek bezpośredniej wbijki na szczyt BL, poza tym spacer. Oceniam na **, druga gwiazdka tylko w warunkach oblodzenia. Bardzo chciałabym zrobić w końcu tę górę w ładną pogodę, tym bardziej że można to połączyć ze zdeptaniem munrosów leżących dalej za BL, ale w tym sezonie Ben Lawersowi mówimy zdecydowanie "do widzenia".

Całość: >>LINK<<