statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
czwartek, 09 grudnia 2010

Nr 69, An Caisteal

Wymowa: an-kasz-tiel (akcent na kasz)

Znaczenie nazwy: the castle

Wysokość: 995m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 147.

Data wejścia: 5.12.10

An Caisteal McNeish poleca połączyć z dwoma sąsiednimi munrosami, ale na to moglibyśmy się porwać tylko przy związanym śniegu. Ile i czy w ogóle jakiegoś zdepczemy, zależeć miało więc od warunków.

Początek trasy z szosy A82 tuż za Crianlarich. Parking znajdował się po przeciwnej stronie drogi, ale nie bardzo umiałam zaznaczyć go na mapie.

Wyruszyliśmy w kopnym śniegu, tnąc zbocze jak najwygodniej i pokonując kolejne antyowcze płotki, w większości ozdobione u góry *%#(^%%@ drutem kolczastym (uważać na spodnie i zawartość!)

Jak widać na mapie, cały masyw ma kształt podkowy o długich ramionach. Skierowaliśmy się na ramię prawe (patrząc z parkingu), rozpoczynające się wzniesieniem o nazwie Stob Glas, z którego mogliśmy już kontynuować grzbietem do końca na wierzchołek. Najgorsze było podchodzenie na Stob Glas, ponieważ tu na dole śnieg był najgłębszy. Liczyliśmy że na grzbiecie będzie lepiej.

Widoczność i warunki mieliśmy idealne, Highland w śniegu prezentował się wspaniale. poniżej nasz pierwszy munro, Beinn Dorainn:


Rewelacyjnie lansował się Ben Lui  (po jego prawej Ben Oss, jeszcze czeka w kolejce):

Za wierzchołkiem Stob Glas znaleźliśmy sobie osłonięte od wiatru miejsce i zrobiliśmy przerwę na herbatę. Stąd odsłoniła się nam już cała dalsza droga, tak na oko niespecjalnie długa.

Szło się niespecjalnie. Żeby jeszcze podłoże było jednolite, ale tu mieliśmy na przemian głęboki śnieg, śnieg zmrożony i lód (i tak mogłoby być cały czas), czy lekko tylko przyprószone skały, po których masakrycznie słabo szło się w rakach. Z drugiej strony z dwojga złego lepiej było w rakach niż bez bo na tych zmrożonych a co stromszych odcinkach i tak trzeba byłoby je zakładać. Generalnie, pomijając widoki, nie była to najprzyjemniejsza wędrówka.

Na ostatnim planie Ben Lomond:

Śmieszna była taka jedna pionowa skarpka, wysoka może na dwa metry. Śnieg był tam totalnie luźny i przy każdej próbie wdrapania się na nią zjeżdżał razem ze mną (szłam pierwsza). Jakoś się w końcu udało, choć musiałam w tym celu natworzyć trochę dziwacznych figur ;D

Na szczyt wbiliśmy się nieźle zmachani, ale szczęście było pełne, poniżej Marcin i Mariusz:


Czasu na podziwianie widoków mieliśmy niewiele, była już 15. Poniżej Ben More i Stob Binnein. Na Benie byliśmy, ale jest to tak piękna (plus najwyższa w okolicy) góra, że bardzo chciałabym tam wrócić, koniecznie w sezonie zimowym - no i tym razem ogarnąć go z bliźniakiem.

Choć kształt duetu Ben Vorlich - Stuc a'Chroin jest bardzo charakterystyczny, trochę czasu zajęło mi zidentyfikowanie go. Nigdy jeszcze nie widziałam tych dwóch munro całych na zimowo.

Poniżej widok w kierunku z płd-wsch, mała piramidka po prawej to Ben Ledi, wzgórze wznoszące się nad Callander:

Ponieważ do zmroku pozostało niewiele czasu, przy schodzeniu napieraliśmy jak się dało, robiąc przerwy jedynie na uzupełnienie kalorii i popstrykanie niesamowitego zachodu słońca.

Schodziliśmy niewiele ponad... godzinę! Aż trudno w to uwierzyć. Zaoszczędziliśmy tyle czasu głównie na ostatnim odcinku, zejściu ze Stob Glas, które w odwrotną stronę tak nas umordowało. Udało nam się dotrzeć do samochodu jeszcze zanim zdążyliśmy użyć czołówek.

Wycieczkę zaliczam do nadzwyczaj udanych. Zmęczyliśmy się, ale przecież po to chodzi się w góry. Pogoda nie mogła trafić się lepsza. Widoki... sami oceńcie.

Więcej zdjęć: >>LINK<<


poniedziałek, 06 grudnia 2010

Nr 67, Stob a'Choire Mheadoin i nr 68, Stob Coire Easain

Wymowa: stob a kori wijon; stob kori esan

Znaczenie nazwy: peak of the middle corrie; peak of the corrie of the little waterfall (obie wersje za MunroMagic)

Wysokość: 1105m n.p.m.; 1115m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 46.; 39.

Data wejścia: 21.11.10

Jako że mieliśmy przerwę w chodzeniu, postanowiliśmy zamiast męczyć się na scramblingach wrócić na chwilę do nieco zaniedbanego przez nas munro baggingu. Jak zwykle o tej porze roku kłopot był z wyborem trasy - bo w okolicy zostało już niewiele fajnych gór a dzień jest krótki. W końcu zdecydowaliśmy się zdeptać dwa munrosy nad loch Treig, z jednej strony mające Grey Corries, gniazdo górskie przylegające od wschodu do Nevis Range, co dałoby możliwość zobaczenia Bena i Mamoresów z zupełnie nowej perspektywy. Jezioro Treig leży na północnym krańcu Rannoch Moor, nieco poniżej Glen Spean i drogi A86. Na wschód zaczynają się góry Monadhliath a dalej za nimi leżą już Cairgormsy. Tak bardzo w centrum Highlandu jeszcze nie byliśmy.

Z Fort William obieramy kierunek na Spean Bridge i kontynuujemy A86, by za niedalekim Roybridge skręcić w prawo, wąską podrzędną drogą do parkingu w miejscu (bo miejscowością ciężko to nazwać) zwanym Fersit.

Przed rozpoczęciem trasy mieliśmy małe spięcie, mianowicie kategorycznie odmówiłam zabrania raków i czekana. Śniegu nie było dużo i tylko w górnych partiach zboczy, stwierdziłam więc że nie będę dźwigać czegoś co z dużym prawdopodobieństwem okaże się niepotrzebne. Wobec powyższego Mariusz, choć nie był za szczęśliwy, również zrezygnował z zabrania sprzętu. Wziął go tylko Marcin.

Poszliśmy tak jak w McNeishu, drogą wzdłuż Loch Treig i ledwo widoczną ścieżką zaczęliśmy wbijać się na zbocze (patrz mapka). Nie była to jednak najmądrzejsza opcja. Ścieżka wkrótce zniknęła, więc parliśmy do góry tak jak nam było najdogodniej, a stok zrobił się mało przyjemny - wystromiał na tyle, że zmęczenie szybko zaczęło dawać w kość. Zdecydowanie lepiej byłoby wchodzić ramieniem góry od samego początku, od parkingu, zamiast wbijać się bokiem tak jak my. Kiedy osiągnęliśmy grzbiet i teren się wypłaszczył, dopiero mogliśmy zacząć cieszyć się wycieczką, wcześniej to była masakra.



Od miejsca gdzie wbiliśmy się na grzbiet do szczytu Stob a'Choire Mheadhoin był jeszcze spory kawałek, ale teren był tu nachylony dość łagodnie. Zbocze opadające w kierunku jeziora stanęło dęba jeszcze bardziej, tu już nie dało by się wejść tak łatwo. Coraz częściej pojawiał się lód. Powoli zaczynałam żałować mojej decyzji odnośnie raków.
Z wierzchołka odsłonił się rejon, który widokowo najbardziej nas interesował: Mamores i Grey Corries. Tzn. na początku mogliśmy go podziwiać jedynie fragmentarycznie z powodu chmur.




Na Stob Coire Easain był dosłownie kawałek, ale ten odcinek dostarczył trochę górskiej radości. Wiatr rozpędził chmury, po czym zaczął pizgać tak, że ciężko było utrzymać równowagę, a w dodatku walił po oczach śniegiem (nie wzięłam gogli!). Na szczyt wbijaliśmy się w szalejącym żywiole, i jak później ustaliliśmy z Marcinem, to uczucie bycia, ekhem, walonym przez Naturę jest bezcenne, zwłaszcza kiedy pomimo niego twardo prze się do celu ;)




Stob Coire Easain



Stob a'Choire Mheadhoin

Widoki odsłoniły się zupełnie i bardzo ciekawie było podziwiać ten rejon od zupełnie nowej strony. Nie jestem tylko pewna czy i co widzieliśmy z Nevis Range, bo Grey Corries zasłaniały i na dalszym planie zlewały i nie bardzo umieliśmy rozpoznać, co jest co.



Poniżej Cruach Innse i Sgurr Innse, dwa maluchy z których przynajmniej pierwszy mocno się wyróżnia z otoczenia swoja skalistą strukturą. warto kiedyś go odwiedzić dla potencjalnych scramblingów.



Przy schodzeniu ze Stob Coire Easain zaczęła się zabawa. Śnieg po tej stronie zboczy nie był miękki jak na wejściu, a zmrożony. Jakoś sobie radziłam, głęboko zabijając podeszwy, ale w pewnym momencie zaczęło się robić naprawdę nieciekawie. Stok był bardzo długi i zjechanie po tej szklance na pewno nie pozostało by bez drastycznych konsekwencji. Gdyby nie pomoc Marcina schodzenie zakończyło by się dla mnie zdecydowanie źle. Raz faktycznie pojechałam, ale zatrzymał mnie czekanem i wyrąbał mi kilka stopni, dzięki którym jakoś pokonałam najgorszy odcinek. Oczywiście chyba nie muszę mówić jak wkurzeni byli na mnie oboje za niezabranie raków. No cóż, mieli rację.






Poniżej Mamores, od Binnein Mor po Sgurr a'Mhaim:



Trawersując grzbiet którym przyszliśmy, obniżaliśmy się w dolinę gdzie w końcu pokazała się ścieżka (łatwo ją wypatrzeć z góry, początek wyznacza jakaś dziwna kamienna konstrukcja). Ścieżką do samego parkingu, upiornie długim podejściem, pod koniec wzdłuż nieużywanej linii kolejowej. Ten odcinek bardzo nas zmęczył i dał popalić, jako że był niemożebnie błotnisty, a że na ostatnim fragmencie szliśmy w ciemnościach, lawirowanie wśród błocka i krzaczorów było średnio przyjemne.

Poniżej mapka którą - mam wielką nadzieję - udało mi się oznaczyć w miarę precyzyjnie. Widać jak bardzo wlecze się zejście. Widać też gdzie zaczyna się ramię góry, którym polecałabym wchodzić zamiast włażenia zboczem od jeziora.