statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
wtorek, 22 grudnia 2009
 
Nr 53, Ben Lui (Ben Laoigh)

Wymowa: ben lui

Znaczenie nazwy: hill of the calf

Wysokość: 1130m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 28.

Data wejścia: 12.12.09

Ben Lui bardzo nas zainspirował oglądany z Ben Vorlicha. Postanowiliśmy wejść na niego trochę mniej standardowo, granią rekomendowaną w Scotland's mountain ridges. Wyczytałam tam że w warunkach zimowych jest to trójkowy scrambling (0+) - podkreślam, w zimowych, czyli latem spacer; i że warto go zrobić jako właśnie jako wstęp do scramblingów w zimie.

Samochód zostawiamy kawałek przed Tyndrum (patrz mapka) i maszerujemy ani długo, ani krótko przez Glen Cononish. Nasz cel ukazuje się bardzo szybko.



Nasza trasa, The Gaothaich Circuit, miała być pętlą okrążającą głęboką misę Coire Gaothaich.



Podchodzenie zaczęło się po przekroczeniu rzeki. Wymagało to pewnej ekwilibrystyki, jako że kamienie były totalnie zalodzone, co nie powiem, zaniepokoiło mnie. Nie miałam ochoty napotkać lodu na grani.




Za potokiem zaczęliśmy wbijać się pod górę, korzystając z wyraźnej ścieżki, aż osiągnęliśmy próg kotła i zarazem granicę śniegu. Stąd należało się przedostać na grań. Tu już ścieżki nie było, a jeśli nawet, to i tak ginęła pod śniegiem. Wchodziliśmy po swojemu i już to pierwsze podejście okazało się na tyle strome, że postanowiliśmy zaprzyjaźnić się z rakami i czekanami.



Dwoje z naszej grupy jako nie mający na nogach raków waliło bezpośrednio granią, po odsłoniętych skałach. Reszta zawzięcie wypróbowywała zimowy ekwipunek na połogim zboczu poniżej. W moim przypadku chodziło nie tyle o zabawę, ile o to, że w rakach na skale czuję się jeszcze bardzo niepewnie.

Po drodze Mariusz inteligentnie upuścił mapę, którą na szczęście udało mi się przechwycić, jako że znajdowałam się kilka metrów pod nim. Odnotowuję, bo on wypomina mi wielkanocne zgubienie mapy w Glencoe do dziś ;P

Dwa fragmenty trasy były bardzo strome i to ich tyczy się zimowa scramblingowa wycena 3. Najpierw trzeba było się kawałek wspiąć, co latem nie byłoby niebezpieczne - przepaści tam nie ma, w najgorszym wypadku spadło by się z kilku metrów - w zimie jednak szansa zatrzymania się na zaśnieżonym stoku jest już mniejsza, więc trzeba było uważać. Nie czułam się pewnie scramblingując po skale w rakach, na szczęście panowie pomogli. Dorota też potrzebowała pomocy - ona z kolei, nie mając raków na nogach, obawiała się śniegu i lodu cienką warstwą zalegającego na skalnych stopniach. Jednym słowem, na baby nie ma mocnych :/

Drugi ciekawy moment był technicznie (dla mnie) prostszy bo zalegało tam dużo więcej śniegu, ale należało strawersować stromą rynnę sprowadzającą na sam dół, co było ciut deprymujące.

Osiągamy wypłaszczenie powyżej pierwszej trudności:



Z wypłaszczenia na wierzchołek już niedaleko - był to niewątpliwie, razem z partiami szczytowymi, najpiękniejszy odcinek trasy.




Przed samym wierzchołkiem teren trochę się spiętrza i gdzieś tam znajduje się wylot wspomnianej rynny, z dołu niewidoczny bo jest po drugiej stronie grani.




Było tak cudnie, że nie wiedzieliśmy co fotografować. Morza mgieł skutecznie zasłaniały widoki, pozwalając tylko najwyższym górom odsłaniać wierzchołki, ale coś za coś: klimat był baśniowy, a chmury tworzyły formacje nie mniej efektowne od gór.

Widok z partii podszczytowych na drugi, niższy wierzchołek:



Narada przed forsowaniem rynny (znów te baby, w tym wypadku Dorota):



Jak wspomniałam niewiele było widać ale euforia była pełna:



Partie szczytowe Bena tworzą podkowę, z jednej strony wypuszczającą dość strome, ale jak najbardziej do zejścia zbocze, z drugiej obrywającą się do Coire Gaothaich. Wchodząc, obserwowaliśmy dwójkę turystów pnących się direttissimą przez środek kotła, i do celu dotarli bardzo szybko... Świetnie to wyglądało i zazdrościliśmy im, ale wobec mikrego zimowego doświadczenia i braków sprzętowych nie było się po co tam pchać - nie tym razem.





Podczas zejścia rozdzielilismy się - ja chciałam schodzić opcją najoczywistszą, granią wprost, ale że Dorota obawiała się stromizny (przy braku raków w pełni zrozumiałe) eskortowana przez kolegów schodziła wysuniętym na zachód łagodniejszym zboczem. Nasze drogi miały się przeciąć na dole przy potoku. Nam zejście upłynęło bez przygód, czego nie można powiedzieć o reszcie grupy. Kolega Przemek, chcąc tuż przy krawędzi uskutecznić dupozjazd, został ściągnięty na bok, przeleciał przez krawędź i zniknął. Kiedy objawił się ponownie przerażonym obserwatorom, okazało się że zjechał na samo dno kotła. Szczęśliwie nic mu się nie stało, ale potwierdza się że choć dupozjazdy rzecz fajna, pomyśleć czasem trzeba.

Reszta wycieczki, tj. zejście i wspólny powrót przez Glen Cononish, na szczęście nie obfitowała w dramatyczne wydarzenia. Ustaliliśmy, że wszystkim ogromnie się podobało, tak ze względu na znakomite warunki, jak i trasę samą w sobie, a Marcin odkrył że jego przeznaczeniem jest czekanowspinaczka ;) Góra jest świetna, z Pasa Centralnego wciąż blisko, możliwości wejścia dużo, nie tylko naszą opcją bynajmniej - jeśli ktoś jeszcze nie wie, jaki cel wybrać na krótki zimowy dzień, Ben Lui jest bardzo fajną propozycją.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<


czwartek, 03 grudnia 2009

Nr 52, Ben Vorlich

Wymowa: ben worlih

Znaczenie nazwy: hill of the bay

Wysokość: 943m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 229.

Data wejścia: 28.11.09

Po Scafell Pike'u zrobiliśmy jeszcze jedną wycieczkę, ale zakończyła się jedynie powtórnym zdeptaniem Cairn Gorma. Mimo to zapraszam do obejrzenia świetnych fot Doroty - tu >>LINK<<. Nowego munrosa udało się zrobić dopiero w zeszłą sobotę. Ben Vorlichy są dwa, dlatego zaznaczyłam że chodzi o tego nad Loch Lomond. Tego znad Loch Earn zaliczyliśmy już - na wiosnę.
Loch Lomond o poranku:



Z początku wędrujemy dnem Glen Sloy. Góry po tej stronie jeziora to Alpy Arrocharskie - nazwa zabawna, ale miejsce bardzo ładne, a szczególnie wart odwiedzenia, pomimo nieposiadania statusu munro, jest Cobbler >>LINK<<. Arrochar Alps są wyższe i mniej kopiaste niż ich sąsiedzi ze wschodu, Trossachs. Jest to niezwykle malowniczy i łatwo oraz szybko dostępny z Pasa Centralnego rejon Szkocji, świetne miejsce na krótkie zimowe wypady z Glasgow i Edynburga.
Ben Vorlicha tworzą dwie długie granie. Pierwsza położona jest prostopadle do Loch Lomond, a szczyt znajduje się w połowie jej długości. Druga, ciąg trzech efektownych wzniesień znany jako Little Hills, schodzi z wierzchołka w kierunku północnym pod kątem prostym do grani numer 1. Na Bena można wchodzić od dowolnej strony, możliwości jest multum a ceprostrady brak, dlatego też jest on jednym z najmniej zerodowanych munrosów.
My wchodziliśmy następująco: idąc przez Glen Sloy wypatrzyliśmy siodłowate obniżenie w grani, a że zbocze było tam w miarę łagodnie nachylone, zaczęliśmy się wbijać na rympał. W górnej partii natrafiliśmy na ścieżkę, która wyprowadziła nas na piękną, szeroką grań Ben Vorlicha.

Loch Sloy:



Wreszcie pokazał się śnieg, którego z dołu prawie w ogóle nie było widać. Nie było go wiele, ale też nie należy spodziewać się więcej aż do stycznia - lutego. A i to nie wszędzie, pewniakami są jedynie Cairngormsy i rejon Ben Nevisa. Poniżej The Little Hills:



W tle Trossachs, kraina Rob Roya, i Loch Katrine:



Wędrówka długą, najeżoną skałkami granią była bardzo przyjemna, góra położona jest bowiem w nadzwyczaj fajnym punkcie. Można z niej podziwiać, oprócz wspomnianych Arrochar Alps i Trossachs, także Crianlarich Hills z Ben Morem, Tyndrum Hills z Ben Lui i Beinn Dorainem, a także z całą pewnością rejon Glen Etive, Glen Coe i Ben Nevisa, acz tak podpowiada mi logika, bo akurat nad tą częścią panoramy zalegały jakieś chmuro - mgły.



Uwielbiam górską zimę. Nawet jeśli jest to taka pół-zima, jak tutejsza. Śnieg z każdych pagórków robi Góry. Jeśli tylko pogoda jest ładna, nic tylko podziwiać i pstrykać, pstrykać i podziwiać...







Szczytowanie z trzema munrosami w tle - od lewej Ben Lui, Ben Oss i Ben Dubhchraig:



Poniżej zaś Ben More i Stob Binnein. Wciąż jeszcze granica śniegu przebiega wysoko.



Mariusz cyknął zdjęcie, które ogromnie mi się podoba, i potwierdza tezę, że jak piękne fotki bez zbytniego spinania się, to tylko w zimie:





Wracaliśmy granią, przed oczyma mając Loch Lomond. Biegła tamtędy mało wyraźna ścieżka, której postanowiliśmy się w miarę możliwości trzymać nie wiedząc, którędy najbezpieczniej schodzić. Kiedy w końcu ją zgubiliśmy, co było do przewidzenia bo była naprawdę słabo widoczna, w dole było już dobrze widać asfaltówkę na dnie Glen Sloy, do której samodzielne zejście nie nastręczało problemów. Fantastyczne światło sprawiało, że widoki były jak z bajki. Poniżej skąpane w oparach znad Loch Long małe Arrochar, kadr jak z filmu fantasy:



Oraz częściowo zachmurzony Ben Lomond:



Trasa genialna na zimę, przynajmniej dla nas bo blisko, niedługo, nietrudno i widokowo. Jedynym mankamentem jest sporo luda, skuszonego powyższymi walorami. Przy ładnej pogodzie na samotność nie ma co liczyć.