statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
piątek, 26 listopada 2010

Na Curved Ridge już byliśmy. Z przewodnikiem. Nasze doświadczenie scramblingowe było wtedy jeszcze w powijakach, podobnie jak moja pewność siebie. Ponieważ przez te parę lat rozwinęliśmy się nieco, postanowiliśmy przejść tę trasę ponownie i skonfrontować wspomnienia z aktualnymi wrażeniami. Linę zabraliśmy, mając jednak nadzieję że nie trzeba będzie jej wyciągać (ja co prawda byłam raczej pewna że w najtrudniejszym miejscu o nią poproszę). Dojściówka w końcowych partiach, już za Waterslide Slab, okazała się mniej oczywista niż zapamiętaliśmy. Na szczęście przed nami szło sporo luda więc nawigacyjnie daliśmy radę. Początek, tak jak zapamiętałam, był łatwy, choć przyznam że już na pierwszym kawałku na chwilę się zastopowałam, bojąc się wykonać prosty ruch na śliskiej ściance. Zadziałało tu zapewne prawo początkowego nierozruszania, bo później znacznie trudniejsze momenty przechodziłam bez żadnych kłopotów.
Grań składa się z odcinków stających dęba oraz z zupełnie poziomych, tworząc coś w rodzaju olbrzymich stopni:




Skała jest wspaniała, urzeźbiona tak rewelacyjnie że momentami trudno uwierzyć że nie ingerowała tam ludzka ręka. Technicznie scrambling jest prosty i przyjemny. Na pierwszej eksponowanej ściance z początku miałam trochę stracha, bo pamiętałam że podczas poprzedniego przejścia zrobiła na mnie wrażenie. Okazała się jednak banalna. W jednym miejscu, gdzie trochę mi się nie podobało iść bezpośrednio w górę, po prostu sobie przetrawersowałam w lewo i znalazłam fajniejszy wariant, chyba słusznie bo chłopaki też z niego skorzystały.



Poniżej ekipa szykuje się do atakowania Crowberry Ridge:



Scrambling tak jak napisałam był wspaniały. Bodaj w jednym miejscu poprosiłam Marcina o podanie ręki, obawiając się dać kroka na eksponowanych półeczkach.



Widoczność tego dnia nie była za rewelacyjna, pomimo ogólnie niezłej pogody. I tak jednak odsłoniło nam się dużo więcej niż za pierwszym razem, kiedy od samej podstawy góry szliśmy w mleku. Za mną River Coe i szosa A82:



To miejsce gdzie poprosiłam Marcina o rękę (hehe) jest gdzieś w rejonie ścianki widocznej na poniższym zdjęciu.

Z najtrudniejszego fragmentu zdjęć nie ma, bo zwyczajnie nie dało się go zmieścić w kadrze stojąc na półce poniżej. Faktycznie poprosiłam tam o linę. Ponadto użyłam pierwszej kości jako chwytu na początkowym zupełnie gładkim kawałku, więc w mojej ocenie asekuracja bardzo się przydała. Choć okazało się, że miejsce to jest w 100% omijalne: para, która szła za nami, strawersowała je od lewej, bardzo stromym, ale łatwiejszym niż nasz wariantem.




Natomiast ostatniego trudnego miejsca które zapamiętałam tym razem w ogóle nie zauważyłam. Może dlatego że teraz drogę wybieraliśmy sami.



W miejscu, gdzie Curved Ridge się kończy, zrobiliśmy odpoczynek i podzieliliśmy się wrażeniami. Moje były takie, że trasa jest łatwa, scrambling piękny, a ekspozycja momentami daje sporo adrenaliny. Zdecydowanie nie zaklasyfikowałabym tej drogi jako hardkor. Stopień trudności porównałabym do szlaku na Kazalnicę - przynajmniej w wejściu, bo w zejściu myślę byłoby znacznie trudniej (najtrudniejsze fragmenty kazalnicowe, tj. te usiane klamrami, można spokojnie przeleźć dupą do skały, tu piony były większe i w większości miejsc taki numer by nie przeszedł).
Jako że do szczytu został jeszcze ładny kawałek, postanowiliśmy obadać możliwości wejścia na Crowberry Tower. Weszliśmy na przełączkę u jej stóp, pany zostawiły plecaki na ziemi i zaczęły się drapać do góry. Po chwili zniknęli za załomem a minutę później pokazali mi się na wierzchołku. Mariusz zszedł kawałek i zachęcił żebym dołączyła, bo jest łatwo. Najpierw należało pokonać pionową scramblingową ściankę (zdjęcie poniżej), a potem łatwym trawersem, z dużą lufą po lewej, już tylko kilkanaście metrów do szczytu pinakla. Niestety widoków nie mieliśmy żadnych bo wyższe partie góry przykrywała chmura, ale i tak euforia ze zdobycia Crowberry Tower była wielka, ponieważ patrząc na tę kozacką turnię z doliny nie przypuszczaliśmy w najśmielszych marzeniach, że da się na nią wleźć tak łatwo.
W zejściu Mariusz trochę mi pomógł na tej pionowej ściance, ale dla kogoś kto nie ma problemu psychicznego z wyszukiwaniem stopni na oślep byłaby to łatwizna.




Z przełączki wbijaliśmy się na rympał po stromiźnie, aż teren znacznie się położył, zobaczyliśmy w oddali ludzi i wkrótce okazało się, że to już szczyt. Pod spodem za nami Crowberry Tower:



Na wierzchołku Stob Dearg stanęliśmy trzeci już raz i trzeci raz widać było jedynie mleko. Widoki zaczęły się dopiero kiedy obniżyliśmy się popod chmurę, niewiele powyżej przełęczy oddzielającej nasz szczyt od reszty masywu Buachaille Etive Mor. Na szczęście ściany Stob Dearg oferują tyle wariantów wejścia, że na pewno prędzej czy później staniemy tam w piękną pogodę.



Widok zdjęty już poniżej przełęczy, ze ścieżki zejściowej:



Glencoe wyglądało przepięknie.





Poniżej udało się uchwycić Crowberry Tower, kiedy chmura na chwilę ją odsłoniła - przełączka z której wchodziliśmy znajduje się po jej prawej stronie i niestety jest zakryta:



Reasumując, nasza (a zwłaszcza moja) obecna percepcja tej trasy wskazuje iż nasze możliwości znacznie się rozwinęły, co jest bardzo budującą konkluzją. Curved Ridge polecam każdemu miłośnikowi scramblingu - dzięki temu że w ogóle nie ma tam zejść jest łatwiejsze od Aonach Eagach na przykład.