statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
piątek, 06 listopada 2009

Po raz pierwszy odwiedziliśmy Anglię. Lake District leży w podobnej odległości od nas jak Glencoe, ale że tamtejsze trzytysięczniki nie liczą się do munros, jakoś nigdy nie wpadliśmy żeby je pozwiedzać. Aż do teraz, kiedy to (szac za pomysł Marcinie) postanowaliśmy przyatakować od razu najwyższego - Scafell Pike'a, i zrobić zarazem jakiś ciekawy scrambling.

Masyw Scafell jest konkretny. W sensie rozległości, bo wysokością, choć najwyższy w Anglii, nie imponuje. Nasz Pike to najwyższy z kilku wierzchołków, o wysokości 978m n.p.m. Dróg jest tam masa, my zdecydowaliśmy się na opcję zaproponowaną w piśmie Trail, co prezentuję poniżej:


Start z parkingu w Seathwaite, a potem tak jak pokazuje mapka, do połączenia z Corridor Route wygodnie i bez emocji.

Za połączeniem - tam gdzie na mapce szlak rozwidla się - wbijamy do Skew Gill, wąskiego i stromego wąwozu, który z dystansu wygląda tak:



Wąwóz nie zapraszał. Powiedziałabym, że wręcz odwrotnie. Byliśmy jednak tym bardziej podekscytowani, bo nareszcie miało się zacząć samo gęste. Zwłaszcza iż panowała dupówa pogodowa i wobec braku widoków trudności miały być jedyną atrakcją.



W wąwozie można było albo próbować wspinać się wzdłuż jego zboczy, albo machnąć ręką i walić środkiem, po strumieniu. Druga opcja była technicznie łatwiejsza, ale pierwsza nieco bardziej sucha (nieco, bo jaka była pogoda i warunki widać aż nadto wyraźnie). Ślizgawica, jak można się było spodziewać, niezła, ale skała przypominająca tatrzański granit (a co to faktycznie było, nie wiem, nie znam się) mimo wszystko dawała jakąś tam pewność.



Klimaty, głównie dzięki pogodzie, były jak z filmu fantasy względnie horroru:



W niektórych miejscach nie było wyboru i trzeba było dawać strumieniem.



Im wyżej, tym scrambling stawał się ambitniejszy. W najtrudniejszym miejscu, z którego zdjęć nie mamy (znajdowało się powyżej tego co pod spodem) było naprawdę nieźle - myślę, że na warunki tatrzańskie byłaby to I. Kilkumetrowa ścianka gdzie trzeba było się podciągnąć, stopnie i chwyty wyraźne, acz mikre, spływająca zewsząd woda i śliskość, plus ryzyko spadnięcia do strumienia. Bardzo emocjonujące miejsce, ale wszyscy daliśmy radę, każdy po swojemu.



Za tym najcięższym miejscem czekał nas jeszcze odcinek kruchym żlebem, po czym teren się wypłaszczył.


Zgodnie z opisem z Traila mogliśmy stąd pójść dwojako. Albo jeszcze konkretniejszym scramblingiem przez Custs Gully, albo znacznie łatwiej żlebem i zboczem przez tzw. The Band. Obie opcje wyprowadzają na początek rejonu szczytowego, The Great End. Zależało nam oczywiście na przejściu przez Custs Gully. Mapa nie do końca pokrywała się jednak z poglądowym, "przestrzennym" rysunkiem z pisma. Nie byliśmy pewni, którędy dalej, zwłaszcza że widoczność była słaba. Przed nami widniało w każdym razie coś takiego:



Jedyne co było wiadomo to to, że gdzieś tam w górze jest Great End. Daliśmy zatem prosto w jego kierunku, na przełaj, przez bulderki a potem przez żleb:



... po którego przejściu stało się jasne, że wzorowo odtworzyliśmy trasę, tyle że przez The Band. Nasz scramblingowy target mogliśmy sobie teraz popodziwiać z góry, na tyle na ile było cokolwiek widać. Niestety, przeciwko cofnięciu się przemawiało zbyt wiele argumentów i pomaszerowaliśmy w kierunku szczytu.

Z Great Endu na wierzchołek jest jeszcze trochę, głównie po płaskim ale jest też kilka podejść. Na górze stały chmury, nie spędziliśmy tam zatem ani minuty dłużej niż było konieczne. Zdjęć też nie daję, bo oprócz naszej dzielnej drużyny nic tam nie ma ;P 

Wracaliśmy przez Corridor Route i nawet przy mocno ograniczonej widoczności oczywiste było, iż jest to droga piękna. Prawie cały czas trawersująca zbocza masywu, z efektownymi wąwozami co jakiś czas, a formacje terenu, choć tego samego typu co w większości znanych nam szkockich grup górskich, wydały mi się jednak bardziej charakterne niż ich szkockie odpowiedniki. Oczywiście mówię o tym konkretnym typie rzeźby, bo Cuiliny, Torridon czy Assynt to zupełnie inna bajka. No i tym bardziej nie wysuwam daleko idących wniosków odnośnie ogółu Gór Kumbryjskich po zapoznaniu się z pojedynczym masywem. Mówię tylko jakie wrażenie zrobiło na mnie samo Scafell Range.





Wycieczka, nawet pomimo braku widoków, była świetna. Do Lake District będziemy wracać regularnie, zwłaszcza że jest tam całkiem sporo celów scramblingowych, no i wiadomo - urok nowości (chociaż jako absolutnie zakochana w Lochaber zawsze będę uznawać wyższość gór Szkocji) ;)

Zdjęcia pod >>LINKIEM<<