statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
wtorek, 03 lutego 2015

Niestety z górami od jesieni kompletnie nam nie idzie pomimo chęci - na szczęście sytuacja pracowa nam się już unormowała, więc teraz tylko czekać na pogodę - za to przynajmniej w zeszły weekend udało się nam trochę poeksplorować Highland, a konkretnie półwysep Ardnamurchan. 


Na Ardnamurchan po raz pierwszy zapuściliśmy się poniekąd przypadkowo w czerwcu. Ta wstępna eksploracja pozwoliła zaplanować fajną wycieczkę.

Zatrzymaliśmy się w Glenuig, w hotelu Glenuig Inn (czerwony krzyżyk). Bardzo sympatyczne miejsce, tym bardziej że byliśmy jedynymi gośćmi, oraz rewelacyjne jedzenie, zwłaszcza tamtejszy cullen skink >>LINK<<. Brak tradycyjnego scottish breakfast kosztem zdrowszych ale o ileż mniej atrakcyjnych alternatyw to w zasadzie jedyna rzecz jaką mogę przybytkowi zarzucić.


Rankiem wybraliśmy się na Ardnamurchan Point, który jest jakoby najdalej wysuniętym na zachód kawałkiem brytyjskiego mainlandu. Co prawda na mapie Kornwalia wygląda mi na bardziej wysuniętą więc przyjmijmy, że na 100% mainlandu szkockiego. To bardzo przyjemny rejon, paradoksalnie także dlatego że w okolicy nie ma munrosów. Tutejsze górki są przyjemne i gdzieniegdzie charakterne, ale niezadeptane i w wielu miejscach okolica ma charakter równie dziki co najdalsza północ.


Najnowsza szkocka destylarnia, uruchomiona w zeszłym roku. Kiedy byliśmy tu w czerwcu była jeszcze w budowie:



Ben Hiant, piękne 528m wyrastające prosto z morza. Do wejścia następnym razem.



Krowy już dawno powinny nam się znudzić ale jakoś nigdy nie możemy się oprzeć żeby je pofocić.


Ardnamurchan Point zaznaczyłam czarnym krzyżykiem. Latarnia  >>LINK<< stoi od 1849 roku.


Wiało tak że tym razem oparłam się pokusie połażenia po skałkach żeby mnie nie zdmuchnęło. Temperatura odczuwalna zdecydowanie poniżej zera. Ale właśnie na takie warunki liczyliśmy ponieważ morze dawało niesamowity spektakl. 


W tle wyspa Muck a za nią góry na Rùm - Rùm Cuillin.


Tu z kolei wyspa Eigg z charakterystyczną "płetwą" Ann Sgurr >>LINK<< wznoszącą się 393m n.p.m.





W drodze powrotnej spontanicznie skręciliśmy do Kilchoan (zielony krzyżyk) skąd odpływają promy na wyspę Mull, żeby zobaczyć jakie są ceny, tak na przyszłość. Maleńki prom akurat przypłynął (perfect timing!), okazało się że jeśli zostawimy samochód przeprawa wyniesie naszą czwórkę ok. 30 funtów w obie strony... Nie było się nad czym zastanawiać.



Rejs (rejsik?) do Tobermory to było jedne z najpiękniejszych 35 minut w moim życiu, nawet pomimo przenikliwego zimna. Fale, bujanie pokładu pod stopami, widoki... Poniżej Ben Hiant:



Wpływamy do zatoki w której leży stolica wyspy:


W Tobermory mieliśmy tylko półtorej godziny do kolejnego, ostatniego tego dnia promu. Wystarczyło akurat na przespacerowanie się główną reprezentacyjną ulicą oraz zjedzenie obiadu. Ponieważ rano nie przypuszczaliśmy nawet że znajdziemy się w tym miejscu, nawet taki plan minimum okazał się atrakcyjny.




Rejs powrotny nie obył się bez przygód. Pogoda zrobiła się taka bardziej sztormowa, zaczęło walić śniegiem i załoga stanowczo zasugerowała pozostanie w środku. Bujało nieziemsko a w dodatku tym razem płynęło z nami jakieś trzy razy więcej osób, więc w ciasnej kabinie panowała duszna, hałaśliwa i nieco imprezowa atmosfera. Na szczęście wszyscy zdołaliśmy utrzymać obiad w żołądkach.

Kolejnego poranka wreszcie zaczęło konkretniej sypać. Zanosiło się na malowniczy powrót.



Takich rzeczy w Lowlands się nie znajdzie:


Loch Sunart:


Powrót przedłużyliśmy sobie nieco przejeżdżając przez Lochuisge. Ruch samochodowy: 0, za to fresh venison meat mnóstwo.


Najbardziej malowniczy odcinek trasy wypada wzdłuż brzegów Loch Linnhe, skąd widać The Mamores a później także kawałek Glencoe.





Ostatnią atrakcją wodną była przeprawa promowa przez Corran Narrows. Powrót przez pokryte śniegiem Glencoe, Rannoch Moor i Trossachs też był wyjątkowo malowniczy, ale to już bliskie, swojskie rejony, bez tego epickiego oddechu Północy.


Po tak udanym weekendzie marzy mi się tylko jedno: żeby w sobotę lub niedzielę pogoda również sprzyjała i pozwoliła na wyjście w góry. Wypad był fantastyczny ale wyżej wspomniany powrót przez Glencoe etc. odczułam jak lizanie cukierka przez papierek. Wstępny plan mamy dość skromny, bo po tak długim okresie nie łażenia nie ma co zaczynać z wysokiego C... Niemniej zaciskam kciuki.