statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
piątek, 27 lutego 2009


Nr 20, Cruach Ardrain i nr 21, Beinn Tulaichean

Wymowa: kruah ad-ran; bin tulahen

Znaczenie nazwy: stack of the high region; hill of the hillocks

Wysokość: 1046m n.p.m.; 946m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 87.; 220.

Data wejścia: 22.02.2009

Oba munrosy leżą w Glen Falloch, górując nad miasteczkiem Crianlarich. Efektowna kopuła Cruach Ardraina rzuciła nam się w oczy kiedy w kwietniu zeszłego roku wchodziliśmy na Ben More'a. Ponadto do Crianlarich Hills mamy blisko, a dni jeszcze są krótkie. Licząc na przygodę w śniegu bardziej interesującą niż w zeszłym tygodniu, zapakowaliśmy raki i keczapy, i wyruszyliśmy.

Już w trakcie podróży stało się jasne, że na śnieg nie ma co liczyć. Od zeszłego weekendu niemal wszystko poszło się kochać. Pocieszałam się, że przynajmniej zdjęcia będą ładne, lubię graficzny efekt jaki dają śnieżne łachy skontrastowane z ciemnym zboczem.

Parking z którego zaczynamy trasę leży nieopodal miasteczka przy drodze A82. Wiedzie z niego wyraźna ścieżka. Po przekroczeniu mostku na River Falloch porzucamy ją, skręcając w lewo pod kątem prostym, by wzdłuż lasu wbijać się na pierwsze wzniesienie masywu, Grey Height, o wysokości 686m n.p.m. Ten odcinek jest widoczny na zdjęciu poniżej:

Po osiągnięciu Grey Height wędrujemy szeroką, łagodną granią. Od jej najwyższego punktu, Cruach Ardraina, dzieli nas jeszcze jedno wzniesienie, Meall Dhamh (814m). Wysokość zyskujemy łagodnie i nieuciążliwie - ot, spacer w przepięknej scenerii. Za plecami mamy rozległą Glen Falloch, po lewej również wyprowadzającą na Cruacha, bliźniaczą do naszej grań Stob Garbh, zza ktorej wystaje potężny szczyt Ben More'a (no nam tak w sumie nie do końca wystawał, jako że partie szczytowe przez cały czas pozostawały w chmurze). Po prawej, nad dolinką rzeki Falloch wznoszą się kolejne munrosy, Beinn a'Chroin (jego kawałek widać po prawej stronie fotki) i An Caisteal:

Beinn a'Chroin i An Caisteal

Wierzchołek Cruacha ukazuje się nam dopiero gdy wspinamy się na Meall Dhamh - ma formę rozległej, majestatycznej, o regularnych kształtach kopuły.

Po lewej stronie widoczny początek grani Stob Garbh, w dole wysoko położony kocioł Coire Ardrain:

Od Meall Dhamh logiczny kierunek jest tylko jeden. Ścieżka jest mylna, bo omija wierzchołek dążąc dalej na przełęcz, więc do góry pchamy się według uznania.

Na kopułę Cruacha wchodzi się dość stromo, ale podejście jest za krótkie, żeby na poważnie dać w kość.

Poniżej nasza trasa z podejścia szczytowego - widać kolejno Meall Dhamh, Grey Height i przycupnięte w dolinie Crianlarich:

Na ostatnim planie Ben Lomond

Crianlarich

Tuż przed szczytem ogarnęły nas chmury i zaczęło się robić nieco skaliście. We mgle najpierw osiągnęliśmy niższy wierzchołek, udekorowany kamiennym kopcem - z niewielkiego wypłaszczenia poniżej wydawało się, że to już, ale na szczyt właściwy należało jeszcze kawałek zejść, a potem znów podejść. Oba wierzchołki są podobnej wysokości, rozdzielone łagodną przełęczą. Poniżej ten prawidłowy, widoczność niestety zerowa:

Z powodu mgły byliśmy mocno zdezorientowani. Od strony wschodniej Cruach opadał bardzo stromo, częściowo po skałach - latem pikuś, przy zalodzeniu należałoby jednak mocno uważać. Z początku wydawało się nam, że to tędy powinniśmy się kierować na drugiego munro, coś nam się jednak nie zgadzało. Niezależnie od wątpliwości topograficznych postanowiliśmy, że wracamy. Przy takim wietrze i zimnie nie było sensu pchać się dalej, jeśli nie można by było zrekompensować sobie tych niedogodności widokami. Zawróciliśmy na pierwszy wierzchołek, skąd mieliśmy zamiar kierować się prosto w doł, w dolinę rzeki Falloch. Jednak po wydostaniu się poniżej granicy chmur plany uległy zmianie. Drugi munro, Beinn Tulaichean, stał sobie oto przed nami, łatwo dostępny i na wyciągnięcie ręki:

Na Beinn Tulaicheana idzie się z przełęczy wręcz relaksacyjnie. Dopiero z podejścia można ocenić, jak fajną górą jest Cruach Ardrain. Jego masyw jest naprawdę potężny, a rozgałęzienia - z kopuły schodzą cztery granie - ustawiają go w zupełnie innej kategorii, niż prościutkiego topograficznie Schiehalliona.

W okolicach wierzchołka wiało tak, że można było niemal położyć się w powietrzu, parcie wiatru utrzymywało człowieka na nogach. Spotkaliśmy kilka osób wchodzących z przeciwnej strony - na BT można wspiąć się także z Inverlochlarig.

Schodziliśmy tak jak lubię najbardziej - po swojemu. Kopułę szczytową Cruacha strawersowaliśmy od lewej, wchodząc do niewielkiej kotlinki:

... a potem widoczną po prawej przełęczą (nie tą najniższą). W rejonie szczytowym Cruacha jest sporo skał i niewysokich, za to pionowych ścianek, które nasz bardziej ogarnięty w temacie kolega uznał za "interesujące".

Poniżej tenże kolega zmierza w kierunku przełęczy:

Za przełeczą otworzył się widok na znajomą dolinę, ale że cały czas znajdowaliśmy się w partiach szczytowych, czekała nas jeszcze bardzo długa droga w dół.

Wycieczka była naprawdę świetna. Nietrudno (*), a przy tym wysoko i bardzo widokowo. Sposób na zdobycie dwóch munros z jednej strony łatwy, ale jednak trasą o zdecydowanie bardziej wyrazistym charakterze niż monotonna wbijka ramieniem Schiehalliona. Męczących podejść brak, najbardziej daje w kość zejście, głównie ze względu na długość bo stromizn tam nie ma. Polecam zarówno początkującym munrobaggerom, jak i większym dzikom. Towarzyszący nam koledzy zaliczali się każdy do jednej z tych kategorii i obaj byli zadowoleni.

Komplet zdjęć: >>LINK<<



środa, 18 lutego 2009

Nr 19, Schiehallion

Wymowa: szihalion

Znaczenie nazwy: fairy hill of the Caledonians

Wysokość: 1083m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 59.

Data wejścia: 13.02.2009

Na nasze pierwsze prawdziwe zimowe wyjście Schiehalliona wybraliśmy bez zbędnych dyskusji. Trasa jest prosta, typowa droga wiedzie łagodnym stokiem, więc nie ma zagrożenia lawinowego, a przy tym wbijamy się - oczywiście jak na lokalne warunki - całkiem wysoko. Potencjał widokowy spory: skoro Schiehalliona widać m.in. z Glencoe i z Mamoresów, to i owe musi być też widać z niego. Słowem, idealne miejsce do bezpiecznego oswojenia się z rakami i czekanami (czy też, jak mawia kolega Bat, keczapami).

Dojazd jest prosty. Nasz cel leży nieopodal Pitlochry - w miasteczku trzeba skręcić na Tummel Bridge. Trasa rozpoczyna się z parkingu położonego w miejscu oznaczonym jako Braes of Foss. My wysiedliśmy z samochodu za wcześnie, jakieś 500m przed parkingiem, przy o, takiej bramie:



Słupa z literką P nigdzie nie było widać, ale faktycznie wyglądało to jak parking. Oprócz nas do wyjścia na szlak szykowali się jeszcze dwaj turyści, którzy potwierdzili, że tu zaczyna się droga na Schiehalliona. Po tym zapewnieniu nie mieliśmy już wątpliwości, że idziemy dobrze.



Po przejściu kawałka lasem osiągnęliśmy skraj Rannoch Moor. Tu zaczęły się schody. Widoczność była mizerna, chmury stały na wysokości może ze 100m, przed nami z lekka pofałdowane, ciągnące się po skraj widoczności wrzosowisko, zero punktów orientacyjnych, drzew itp., tylko biała połać z kontrastowym deseniem wyschniętych badyli, trupków wrzosów. Po prawej, w odległości kilkuset metrów, widać było podstawę potężnego wzniesienia, które musiało być Schiehallionem, reszta skryta w mleku. Zaczęliśmy marsz po czymś, co było niezbyt ewidentną a momentami zupełnie zanikającą ścieżką.

Po mniej więcej dwóch kilometrach marszu zaczęło się stawać oczywiste, że idziemy donikąd. Na mapach ścieżka z parkingu wiedzie cały czas mniej lub bardziej pod górę, względnie prosto, i dość szybko zaczyna się wspinać łagodną granią Schiehalliona. My od pewnego momentu zaczęliśmy iść w dół, a nasz cel mieliśmy cały czas po prawej ręce, tak że ścieżka musiała by w pewnym momencie ostro skręcać. W dodatku przed nami ukazała się niewielka rzeka (!), której na naszej trasie zdecydowanie nie miało prawa być. Zaczęliśmy kombinować - Mariusz używając kompasu zarządził zmianę kierunku. Po przebiciu się przez strumień i ogrodzenie antyowcze...




...oraz odnalezieniu miejsca, gdzie owce nocowały - można było to poznać po wytopionych w śniegu plamach adekwatnych rozmiarów...



...udało nam się przebić do właściwego szlaku na Schiehalliona. Brawo, Mariusz :)




Trasa nie jest skomplikowana (było to ważnym kryterium jej wyboru). Schiehallion ma bardzo regularny kształt - od zachodu to całkiem foremna i rasowa piramida, klarowna topograficznie, bez odgałęzień, ku wschodowi opadająca bardzo długim i łagodnym ramieniem. Tędy właśnie wiedzie droga. Sadzę, że o wiele ciekawiej byłoby wbijać się na dzika od południa lub zachodu, ale przy zerowym doświadczeniu zimowym i braku widoczności woleliśmy wybrać najbezpieczniejszy wariant.

Kiedy śniegu zaczęło się robić naprawdę sporo, a i lodu było na ścieżce niemało, zdecydowaliśmy że można już wypróbować nasz ekwipunek. Mariusz oniemiał, widząc, że swojego pierwszego raka założyłam tyłem do przodu. Kiedy odzyskał mowę stwierdził, iż nie sądził, że jest to możliwe :O
Sama nie wiem czy się tym chwalić czy żalić :D ;P




Chmury były gęste i tak białe, że perfekcyjnie zlewały się ze śniegiem. Granica pomiędzy niebem a ziemią nie była widoczna. Tylko wystające spod śniegu ciemniejsze elementy - badyle bądź kamienie - rysowały "podłogę". I tylko w bezpośredniej okolicy. Otaczała nas biała pustka i poczucie ukrycia przed światem, odrealnienia było kompletne. Tym bardziej że nie wiało i panowała cisza.



Po drodze spotkaliśmy turystów z "parkingu". Właściwą trasę odnaleźli szybciej niż my, dzięki GPSowi, i już schodzili. Bardzo nas przepraszali za wprowadzenie w błąd. Acz tak naprawdę poza zmarnowaniem półtorej godziny na bujaniu się po wrzosowisku nic się nie stało, timing wciąż mieliśmy taki jak w planach.

Na wierzchołku - z którego normalnie widać naprawdę ładne rzeczy, ja największego smaka miałam na pustkowie Rannoch oraz okolice Glencoe - Fort William - widoczność była taka, jak poniżej:




Tu jeszcze widok na stromsze południowe zbocza, którymi będziemy wchodzić latem. Nie odpuszczę sobie tej góry, nie jest niby żadnym wyzwaniem ale skoro chciałam coś z niej zobaczyć to zobaczę. Ole!



Schodziliśmy już po bożemu, aż do prawidłowego parkingu. Stoi tam taka oto tablica:



A tyle z Schiehalliona odsłoniło się najwięcej. Partie szczytowe były w mleku przez cały czas.



W rakach, po pierwszych niepowodzeniach z zakładaniem, chodziło mi się bardzo dobrze. Keczap natomiast może spełniać wiele funkcji, o, można nim np. dokonać dekapitacji:



Bardzo sympatyczny zimowy cel, z powodów które opisałam w pierwszych akapicie. I chyba jeden z najłatwiejszych munro w ogóle. Nie była to wycieczka podczas której mocniej zabiłoby mi serce, ale jako że chodziło bardziej o podbudowanie kondycji i test sprzętu, nie wspominając już o kolejnym piórku do kapelusza, czuję się usatysfakcjonowana.