statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
czwartek, 06 stycznia 2011

Nr 70, Meall Corranaich i nr 71, Meall a'Choire Leith

Wymowa: mil kora nah; mil a kori lej

Znaczenie nazwy: hill of lament; hill of the grey corrie (obie wersje za MunroMagic)

Wysokość: 1069m n.p.m.; 926m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 68.; 261.

Data wejścia: 29.12.10

Dwa ostatnie munrosy zdobyte w tym roku leżą w grupie Lawersa, którą bardzo lubię z następujących względów: mamy do niej blisko, góry są tam ładne i nie takie znów niskie jak na Highland (przypominam że Ben Lawers zamyka pierwszą dziesiątkę munros), do większości można się dostać z położonych na wysokości prawie 500m parkingów, trasy  - z wyjątkiem tej na Lawersa - nie są zatłoczone.

W tamtej okolicy byliśmy na Beinn Ghlasie* (i to, nie z własnej woli, trzykrotnie), na Lawersie** oraz zwiedziliśmy Meall nan Tarmachan***.

*>>LINK<<

**>>LINK<<

***>>LINK<<

Tym razem mieliśmy startować z drugiego parkingu, ale udało się zostawić samochód trochę dalej. Ścieżki nie ma, wolna amerykanka, i bardzo dobrze.


Idziemy tak jak prowadzi nas ukształtowanie terenu. Z początku nie ma jakichś specjalnych stromizn. Z tyłu towarzyszy nam widok na Loch Tay. Tym razem całą dolinę z jeziorem zalegały mgły, i tak miało pozostać do końca dnia.



Spektakl, jaki nam zafundowało wznoszące się z mgieł słońce, pomógł przetrwać ten pierwszy moment rozchadzania się i rozgrzewania.



Po pierwszym stromszym odcinku, gdzie było trochę śmiechu (powstała m. in. nowa dyscyplina: bobking, tj. lawirowanie wśród wiadomych produktów przemiany materii podczas czworakowania na stromym zboczu), wyszliśmy na wypłaszczenie. Przyszedł czas na kolejne atrakcje wizualne. Z mgieł zaczęły się wyłaniać okoliczne szczyty, ale same czubki, co powodowało złudzenie optyczne że znajdujemy się w górach co najmniej równych wysokością Tatrom. Poniżej Beinn Ghlas:




Oraz Meall nan Tarmachan:



Ostatnie podejście wbrew przypuszczeniom nie wyprowadziło nas na szczyt, a na obszerne plateau, gdzie najwyższy punkt, do którego był jeszcze kawałek, wyznaczał kopiec, inaczej ciężko byłoby określić gdzie on się znajduje. Poniżej na końcu wypłaszczenia punkt który wzięliśmy z dołu za wierzchołek, a z tyłu Tarmachan oraz szczyty Ben More'a i Stob Binneina:



Oraz zbliżenie na bohaterów drugiego planu:



Z przeciwnej strony lansował się Ben Lawers z An Stucem. Za nimi znajdują się jeszcze dwa munrosy - An Stuc i one to ostatnie które nam zostały z grupy Lawersa. Na szczęście jak najbardziej można je ogarnąć za jednym podejściem.





Widok w kierunku kolejnego munro kompletnie nas zaskoczył, wydawało nam się że tam już nic nie ma, dopiero oględziny mapy wykazały, że Meall a'Choire Leith to ta brązowa, jedna z wielu, kopa w tle. W pierwszej chwili mieliśmy ochotę go sobie odpuścić, ale zdecydowaliśmy, że skoro jest tak mało atrakcyjny a przy tym odległościowo trudno dostępny, to jeśli nie zdepczemy go teraz, nie zrobimy tego już nigdy. A wszak w naszej munroistycznej karierze czekają nas chociażby jeszcze Drumochtery aka pancakes, i zęby trzeba będzie zacisnąć i tak, więc trzeba się dzielnie przyzwyczajać.



Wkrótce ogarnęły nas chmury i nie warto było robić zdjęć. Na drugiego munro z początku spacerkiem, pod koniec stromiej, sam szczyt - kopa, ale satysfakcja że jednak nam się chciało i mamy zaliczonego 71-go była spora. Trasę zejścia starałam się bez większych odchyleń zaznaczyć na mapce, ogólny kierunek na pewno się zgadza ;). Dolina którą wracaliśmy była klimatyczna - otoczone niskimi, obłymi i nagimi wzgórzami odludzie, żadnej roślinności oprócz wrzosów, kosmos. Klimat z gatunku: love it or hate it. My zdecydowanie skłaniamy się ku pierwszej opcji. Nawet ja, choć wpadłam do zdradliwego ukrytego pod śniegiem strumienia, przewróciłam na plecy i machałam w panice odnóżami "jak robak" (jak podsumował Mariusz) dopóki Marcin mnie nie wyciągnął. Zdjęcie byłoby bezcenne, niestety Mariusz nie zdążył wyjąć aparatu na czas.

Gdy doszliśmy do asfaltówki wzdłuż jeziora, wydawało się że do samochodu tylko moment, niestety był to jeszcze kawał. Na osłodę mieliśmy widok na Ben Vorlicha oraz czarną, stromą ścianę Tarmachana po prawej. Ten odcinek bardzo dał mi popalić, jako że dłuższy marsz w scarpach po twardej nawierzchni kończy się u mnie paskudnym bólem nóg.




Po raz kolejny mieliśmy o wiele więcej szczęścia niż mogliśmy się spodziewać w kwestii pogody. Trasa nie była wyzwaniem ani przygodą, ale podobało nam się i tak - fajny, bezpretensjonalny hillwalking połączony z zaliczeniem 2 munrosów, generalnie wartościowo spędzony dzień.