statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
poniedziałek, 11 stycznia 2010

Nr 55, Ben Cruachan i nr 56, Stob Diamh

Wymowa: ben kruahan; stob daaf

Znaczenie nazwy: stacked hill; peak of the stag

Wysokość: 1126m n.p.m.; 998m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 31.; 143.

Data wejścia: 9.01.10

Na Cruachana byliśmy wyjątkowo zawzięci, ponieważ góra ta już trzykrotnie nie pozwoliła na siebie wejść. Dwukrotnie z powodu pogody a raz pomylenia trasy. Byliśmy naprawdę zdeterminowani, tym bardziej że Cruachan jest pięknym celem. Razem ze swymi pięcioma satelitami (z których tylko jeden ma status munro) tworzy układające się w podkowę mini pasmo górskie znane jako The Cruachan Horseshoe, w którego środku leży Cruachan Reservoir. Ze względu na swe położenie - blisko morza, tuż obok Glen Etive i Glencoe, mając Ben Lui za niedalekiego sąsiada - oraz na rozmiary i charakterystyczny kształt, jest jednym z bardziej rozpoznawalnych munrosów.

Pierwszym etapem zdobywania któregokolwiek z celów w obrębie Cruachan Horseshoe jest dotarcie do tamy na cruachańskim zbiorniku. Do tej pory za każdym razem podchodziliśmy tam krótką, ale stromą i nieprzyjemną ścieżką przez Falls of Cruachan. Jej wielkim minusem jest to, iż od razu po wyjściu z samochodu zaczynamy piąć się ostro pod górę, ponadto jest tam wiele fragmentów skalistych, niekomfortowych przy oblodzeniu. Dlatego tym razem wybraliśmy drogę alternatywną - o wiele dłuższą, ale wygodną drogę jezdną z Lochawe, wznoszącą się łagodnie na przestrzeni 3,5 km i pozwalającą spokojnie się rozchodzić bez mordowania już na samym początku wycieczki.

Poniżej Cruachan Dam i corbett Beinn a'Bhuiridh:



Okrążyliśmy zbiornik od lewej aż doszliśmy do miejsca, gdzie głębokie koryto strumienia biegnie dnem kotła pomiędzy Cruachanem a Meall Cuanail. Letnia ścieżka biegnie wzdłuż prawego brzegu strumienia, ale nam bardziej pasowało zacząć wchodzić wcześniej, po jego stronie lewej. Przy śniegu ścieżki i tak nie było więc wbijaliśmy się tak jak nam wygodnie. Celem była przełęcz, z której mieliśmy rozpocząć bezpośrednie już podchodzenie na szczyt Cruachana.



Przełęcz:



Z przełęczy prosto w górę granią na zachód opadającą łagodnie, na wschód miejscami urwistą. Nawigacja nawet w gęstej mgle nie sprawiała problemu.



Ze szczytu ładną granią z początku stromo w dół pośród głazów. Tu dopiero zaczęły się nam odsłaniać widoki. Poniżej Cruachan Reservoir, z Loch Awe na drugim planie:






Glen Etive (poniżej) i Glencoe przez pewien czas były widoczne jak na dłoni, ale ponieważ znajdowały się na wschód od nas, światło nie operowało tam tak pięknie.



Odcinek grani pomiędzy Cruachanem a satelitą Drochaid Ghlas jest bardzo efektowny - grań od lewej opada pięknymi urwiskami, od prawej nieco łagodniejszym, acz wciąż bardzo stromym zboczem. Latem zero stresu, przy śniegu jednak należało uważać, żeby po tym zboczu nie zjechać.








Ben Cruachan jest naprawdę piękną górą. Owszem, od południa dostępny bez trudności, w Tatrach równać się może co najwyżej ze szczytami polskich zachodnich. Ale wygląda jak Góra, przewyższenie ma jebitne, na wschód wysyła piękne przepaście - jest to jeden z tych munros na które wchodzi się dla nich samych, a nie dlatego, że mają taki a nie inny status.



Wierzchołek Drochaid Ghlas można sobie darować, co też uczyniliśmy, trawersując od razu na przełęcz pomiędzy nim a drugim munrosem, Stob Diamh. Grań, do Drochaid Ghlas dość wąska - znaczy nie na tyle żeby nie dało się iść w bezpiecznym oddaleniu od lufy, ale jednak bardzo "graniowa", po jego osiągnięciu rozszerza się dość znacznie.






Przed osiągnięciem Stob Diamh znowu ogarnęły nas chmury i niestety pozostały z nami wiernie do końca.





Drugiego munro zdobywaliśmy w totalnej mgle:



Na Stob Diamh podkowa bynajmniej się nie kończy, w jej obrębie znajdują się jeszcze dwa wzniesienia, Stob Garbh przez który przechodziliśmy (w sumie ma charakter przedwierzchołka Stob Diamh) oraz corbett Beinn a'Bhuiridh, którego zbocza trawersowaliśmy by wrócić do tamy. Bardzo pomogły ślady teamu, który wbijał się od strony przeciwnej (spotkaliśmy ich w rejonie Drochaid Ghlas), bo widoczność była taka, że nie było wiadomo gdzie kończy się śnieg a zaczyna niebo. Kontrolowane dupozjazdy pomogły zachować trochę tak potrzebnej na powrót drogą energii.
Cruachańska podkowa jest cudowna. Po prostu highlandzka klasyka. Zimą niewątpliwie bardziej charakterna niż latem, jest jednak trasą dość długą jak na krótki dzień - jeśli ktoś nie zapieprza jak dzik, niech weźmie to pod uwagę. Ale zimą czy latem, szczerze polecam - jest pięknie, miejscami nieco powietrznie ale bez trudności, do przejścia nawet dla kompletnie niedoświadczonych.
Potrzeba było czterech podejść żeby góra nas wpuściła ale była tego warta.
Cruachan, we salute you!
;)

Zdjęcia: >>LINK<<



środa, 06 stycznia 2010

Nr 54, Ben Vane

Wymowa: ben wiin

Znaczenie nazwy: middle hill

Wysokość: 915m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 283.

Data wejścia: 2.01.10

Ben Vane zamyka listę munrosów, mierząc 3001 stóp. Pomimo iż to jedynie 77 metrów wyżej niż Krupówki, można się nieco zmęczyć, jako że startujemy z 50m n.p.m. Położony w Alpach Arrocharskich, na przeciwko Ben Vorlicha, został przez nas wybrany dość przypadkowo - ze względu na pozytywne prognozy pogody dla tego rejonu oraz nieco ciekawszy, niż dla jego sąsiadów, opis z The Munros. A tak naprawdę było nam raczej wszystko jedno, byleby w końcu ruszyć tyłki po przerwie spowodowanej moim choróbskiem.

Początek trasy taki jak na Vorlicha, przez Glen Sloy. Wkrótce skręcamy w lewo, do dolinki oddzielającej naszego Bena od sąsiadów, Beinn Narnain oraz Beinn Ime. Z dolinki wbijaliśmy się na rympał, ewentualne ścieżki i tak były przysypane. Stok, z początku łagodny, wkrótce wystromiał. Śnieg był sypki, dość głęboki, raki przydały się dopiero w partiach podszczytowych, gdzie był mocno związany, było też sporo lodu. Nawigacja nie stanowiła problemu ponieważ prowadziło nas samo ukształtowanie terenu.

Trasa sama w sobie nie była szczególnie ekscytująca, ale widoki mieliśmy momentami bardzo przyjemne:








Liczyliśmy na zabawę taką jak na Ben Lui, ale nie wyszło przede wszystkim ze względu na warunki śniegowe. Ten południowo-zachodni zakątek Szkocji jest dość ciepły ze względu na Golfsztrom, co nie czyni okolic Loch Lomond wymarzonym celem na zimowe wycieczki. Postanowiliśmy, że na razie damy sobie spokój z tym obszarem, i będziemy szukać tras bardziej na wschód.



Z wierzchołka schodziliśmy po swojemu, kierując się na tamę na Loch Sloy. Nie obyło się bez przygód. Było wpadanie w dziury, zabawy na zalodzonym stawku, liczne upadki, odrąbywanie sopli oraz rzucanie nimi, ataki na zamrożone kolonie owczych bobków, a Mariusz z pożyczonym drugim czekanem przeszedł kilkumetrowy pionowy lodospadzik żeby zobaczyć jak to jest. Stwierdził, że męcząco ;)

Przy schodzeniu towarzyszył nam ładny widok na Ben Lomonda:


Wycieczka bez szału, ale sympatyczna, choć teraz zdecydowanie mamy ochotę na jakiś konkretniejszy cel. Niech tylko pogoda pozwoli, na weekend jest już parę pomysłów...