statystyka
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
czwartek, 03 maja 2012
Zachodnia Kreta: Góry Białe i Psiloritis

Niedawno wróciliśmy z naszego pierwszego wyjazdu na Kretę. Okazało się, że są tam bardzo fajne góry. Co prawda nie byliśmy przygotowani ani nastawieni na łażenie ale to, co udało nam się jednak zobaczyć w ciągu tych siedmiu dni, zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie i chcę się nim podzielić.

Kreta jest duża a my mieliśmy tak mało czasu, że trzeba było dokonać wyboru, na czym się koncentrujemy. Kwaterowaliśmy w zachodniej części wyspy i postanowiliśmy że postaramy się właśnie ją poznać jak najlepiej, ponadto priorytetem były krajobrazy, cuda przyrody oraz nasze ulubione szwendanie się, nie zaś zabytki, które zresztą już zupełnie odechciało nam się oglądać kiedy pierwszego dnia pojechaliśmy zobaczyć antyczną Falasarnę i okazało się że w ruinach miejscowi rolnicy urządzili malowniczy skład plastikowych klatek na owoce oraz śmietnisko, klimat jak pod Grójcem tylko oliwki zamiast jabłek.

Kilka słów o górach. Najfajniejsze i najwyższe koncentrują się właśnie na zachodzie: grupa Gór Białych (Lefka Ori), z najwyższym szczytem Pachnes o wysokości 2453m n.p.m., i masyw Psiloritis tudzież Oros Idi, którego najwyższym punktem jest Timos Stawros - 2456m n.p.m.


Góry Białe wydają się podobne do Tatr Zachodnich ale mają jeden unikalny rys: bardzo głębokie, niesamowite wąwozy. Kilka z nich udało nam się zobaczyć i byliśmy pod wrażeniem.

Tak prezentują się Góry Białe z położonej na północnym wybrzeżu Chanii. Nie wiem czy nie mając świadomości jak są wysokie, zgadłabym że wznoszą się na prawie 2,5 k, ale że są spore się czuje. Wchodzenie z poziomu morza to raczej nie wycieczka na jeden dzień.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Marzyła nam się co najmniej jedna wycieczka, ale zniechęcał śnieg, na który nie byliśmy przygotowani - nie mieliśmy zimowych butów, o czekanach nie wspominając. Postanowiliśmy poczekać parę dni. Kontakt z górami mieliśmy i tak, bowiem w Zachodniej Krecie płasko nie jest nigdzie.

Pierwszym pięknym wąwozem na jaki się natknęliśmy był wąwóz Imbros, ponad którym biegnie szosa przecinająca wyspę na osi północ - południe wschodnim skrajem Gór Białych.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wybieraliśmy się wtedy na południowe wybrzeże, na które zjeżdża się zwariowanymi drogami które składają się z samych zakrętów. Góry schodzą tu wprost do wody, inaczej niż na północy, gdzie pomiędzy nimi a morzem jest pas równiejszego (co nie znaczy że płaskiego) terenu.









Na południowym wybrzeżu znów super krętą drogą musieliśmy wbić się do góry, by dostać się do miejscowości Aradena, leżącej na brzegu wspaniałego wąwozu tej samej nazwy. Zanim powstał widoczny poniżej most, do Aradeny nie dało się dojechać samochodem.

Image Hosted by ImageShack.us



Góra w tle to Pachnes od południowej strony. Gdyby się na niego wybierać, to właśnie stamtąd - też byłby to kawał ale prostszej opcji chyba nie ma. Przede wszystkim jak zaobserwowaliśmy, po tych górach ciężko by było łazić na dzika. Zbocza są bardzo zerodowane a w dodatku pokrywa je jakieś kolczaste gówno. Przyjemniej i rozsądniej trzymać się dróg. Droga na Pachnes jest, i to taka że całkiem wysoko można wjechać samochodem 4x4.

Wąwóz Aradena:

Image Hosted by ImageShack.us

Po zwiedzeniu ruin opuszczonej wsi wracaliśmy z początku południowym wybrzeżem. Spore wrażenie zrobiły na nas charakterne, po części skaliste, najbardziej na wschód wysunięte wzniesienia pasma Gór Białych. Mimo iż niewysokie, miały - przynajmniej od strony z której je wiedzieliśmy - bardzo śmiałe linie. Przejeżdżaliśmy między innymi przez miejscowość Rodakino, która była niesamowicie położona na zboczach wąwozu, pod pionowymi ścianami skalnymi, nad konkretną lufą. Kiedy natomiast skręciliśmy na północ, wjechaliśmy w wąwóz Kotsifu, w porównaniu do poprzednich może mało spektakularny, ale z takim kościółkiem wyrastającym wprost ze skalnej ściany:

Image Hosted by ImageShack.us

Droga na północ znów była bardzo malownicza. Pojechaliśmy do Retymnonu, więc wrażeń górskich już tego dnia nie było, z wyjątkiem widoku w całej krasie na Psiloritis:

Image Hosted by ImageShack.us

Kolejny raz pojechaliśmy w kierunku położonej wysoko w górach miejscowości Omalos. Tam rozpoczyna się najsłynniejszy wąwóz Krety, Samaria, oraz stamtąd odchodzi szlak nad którym się zastanawialiśmy - docelowo na Pachnes, ale nie dali byśmy rady zrobić takiego hektara, braliśmy jednak pod uwagę leżące po drodze, a znacznie bliżej Melindaou. Okolica wydawała się zatem warta rekonesansu.

Droga przez Góry Białe nie zawiodła. Tym razem swoim położeniem na stromych zboczach urzekła mnie miejscowość Lakki.

Image Hosted by ImageShack.us

Płaskowyż Omalos okazał się idealnie płaską niecką otoczoną wianuszkiem szczytów - czegoś takiego jeszcze w żadnych górach nie widziałam. Być może był to kiedyś krater wulkanu. Kiedy na niego wjechaliśmy, nagle wyrosła w oddali niesamowita ściana która w miarę jak się zbliżaliśmy wydawała się coraz bardziej charakterna. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, zaparło nam dech: ściana była dwa razy wyższa niż przypuszczaliśmy, ponieważ oddzielał nas od niej niewidoczny wcześniej wąwóz. Takiego jeszcze tutaj nie widzieliśmy. Stało się jasne, czemu wąwóz Samaria jest uznawany za taką atrakcję - a przecież widzieliśmy zaledwie początek. Całość liczy sobie 13 km, tu widać jak to wygląda >>LINK<<. Ściana, która wywarła na nas takie wrażenie opada w czeluść wąwozu z Gigilosa (2080m n.p.m.) i Wolakiasa (2117m n.p.m.).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Mariusz wpadł na pomysł, że gdyby śnieg się utrzymał i zdecydowalibyśmy nie wchodzić na liczące ponad 2100m n.p.m. Melindaou, możemy spróbować wbić się na leżące tuż nad nami znacznie niższe Psilafi:

Image Hosted by ImageShack.us

 ... a z niego może nawet na Gigilosa przez przełęcz:

Image Hosted by ImageShack.us

Na decyzję mieliśmy jeszcze parę dni.

Tego popołudnia zwiedziliśmy jeszcze kawał wyspy, w tym przepiękną plażę Elafonisi, ale znów tym co wywarło na mnie największe wrażenie były górskie drogi. Momentami miałam lekkiego stracha, jak przy zjeździe za miejscowością Prodromi, gdzie szosa bez barierek ani pobocza biegła niemożliwymi zakrętasami nad stromizną.



Powrót wypadł przez taki wąwóz:



Kolejny dzień - kolejne szwendanie. Tym razem postanowiliśmy zobaczyć jak ten cały Psiloritis się prezentuje. Mieliśmy pecha z pogodą - co prawda było ciepło i sucho, ale po opadach poprzedniego wieczoru wszystko parowało i widoczność była fatalna. Praktycznie nie mamy zdjęć z pięknych masywów Stroumboulos i Kouloukonas na wschód od Psiloritis, ponieważ wszystko wyglądało jak za mgłą.

Droga prowadzi na położony na 1500m n.p.m. płaskowyż Nida, który był identyczny jak Omalos. Stąd na Timos Stawros jest jeszcze prawie 1000m przewyższenia, ale już widać jak to wygląda. Góra prezentuje się raczej mało spektakularnie. Połogie zbocza bardziej się kojarzą z munrosami niż z Tatrami. W ogóle krajobraz raczej szkocki niż grecki.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wrażenie pogłębiał jeszcze śnieg, którego zimą musi tu być naprawdę dużo, skoro jeszcze w kwietniu zostają takie konkrety:



Image Hosted by ImageShack.us

Wracając (inną drogą) znów nie robiliśmy zdjęć, choć krajobrazy były piękne - ale fatalna widoczność nie zmieniła się. Sprawdzone wieczorem prognozy pogody ujawniły za to, że kolejnego dnia ma się poprawić, a jeszcze kolejnego (ostatniego) dnia być znakomita. Na ostatni zaplanowaliśmy więc naszą górską wycieczkę, a nazajutrz postanowiliśmy obadać półwysep Wamos, u zarania którego kwaterowaliśmy.

Z półwyspu pięknie prezentują się Góry Białe:



Chociaż dzień spędziliśmy w nadzwyczaj fajny sposób, z górami nie miało to już nic wspólnego, poza widokami na horyzoncie. Poniżej widać jaki to byłby mozół zdobywanie ich z poziomu morza:



W poniedziałek, dzień wycieczki, pogoda faktycznie nie zawiodła. Od rana była jak brzytwa. W słońcu droga do Omalos wydawała się jeszcze bardziej malownicza niż ostatnio.



Góry wyglądały przepięknie. Gigilos w słońcu prezentował się, o ile to możliwe, jeszcze dumniej.









Image Hosted by ImageShack.us

Zaczęliśmy się wbijać na Psilafi, brzegiem wąwozu Samaria. Niestety nie udało się ominąć śniegu - wprawdzie był miękki i przy minimalnej ostrożności zjazd nie groził, za to momentalnie przemokły nam buty.



Image Hosted by ImageShack.us

Widok na płaskowyż Omalos:



Pod koniec szliśmy blisko krawędzi wąwozu, fajnie to wyglądało.

Image Hosted by ImageShack.us



Na Gigilosa nie zdecydowaliśmy się iść. Przeważył brak kondycji. Z naszym tempem włazilibyśmy chyba przez cały dzień. Poprzestaliśmy na wbiciu się na wierzchołek, czy też przedwierzchołek, Psilafi. Najwyższy punkt chyba był nieco dalej, ale prowadziła na niego obła krowia grań, a my nie chcieliśmy tracić z oczu wąwozu Samaria, poza tym Psilafi nie jest żadnym celem do zaliczenia, jedyny fajny kawałek to ten opadający do wąwozu.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us



Wracając, widzieliśmy pięć krążących sępów.



Pomimo, że nic szczególnego nie zrobiliśmy, wycieczka ogromnie nam się podobała. Żal było wyjeżdżać, zaledwie liznąwszy Góry Białe. Z pewnością są warte żeby poznać je lepiej.
Na razie na konkretne plany za wcześnie, ale marzy nam się dłuższy wyjazd w przyszłym roku, tak żeby pełny tydzień można było poświęcić na sam trekking. Oczywiście trzeba bardzo rozważnie przemyśleć na jaki miesiąc najkorzystniej taką wyprawę zaplanować, zebrać informacje o szlakach, zaopatrzyć się w szczegółowe mapy - generalnie, konkretnie się przygotować. Nie jest to zwykłe powyjazdowe obiecywanie sobie, że wrócimy, żeby polepszyć sobie samopoczucie. Naprawdę marzy nam się powrót w Góry Białe. Na razie bierzemy pod uwagę raczej maj niż sierpień (w obydwu tych miesiącach mam dużo wolnego), ale na decyzje jest jeszcze czas.

Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<
czwartek, 09 lutego 2012
Beinn Sgulaird (porażka)

Beinn Sgulaird jest ładną górą niedaleko Oban, zaliczaną jeszcze do Glen Etive. Jest zatem położony "na tyłach" Glencoe; od Sgor na h-Ulaidh, "the Lost Munro of Glencoe" >>LINK<< dzieli go bodaj jeden munros. Beinn Sgulaird jest długi, jego szeroka grań szczytowa liczy sobie ponad trzy kilometry i słynie jako niezwykle widokowa. Wydawało się że będzie to pod każdym względem dobry cel na otworzenie ostatniej dwudziestki munrosów - ostatniej w pierwszej setce, rzecz jasna.




Rozpoczęliśmy z miejsca zwanego Elleric. Z dołu Beinn Sgulaird nie prezentował się jakoś bardzo spektakularnie, zresztą nie jest zbyt wysoki (zaledwie 937m n.p.m.). Mapka u McNeisha jest mało precyzyjna, postanowiliśmy więc iść tak jak prowadzi nas ukształtowanie terenu. Okrążyliśmy zabudowania farmy i weszliśmy kawałek w dolinę Ure pod północnymi zboczami munrosa, by tam zdecydować w którym momencie zacząć wbijać się w górę.


Zdecydowaliśmy się wchodzić łagodnie wznoszącym się garbem, którego lewe obramienie stanowił głęboki wąwóz, zaś charakterystycznym punktem było dziwaczne drzewo, wznoszące się tuż nad jego zboczem. Ponad drzewem teren na moment się wypłaszczał by znowu lekko spiętrzyć, i powyżej spiętrzenia zaczął się już śnieg.





Do szczytu było jeszcze bardzo daleko.
Coraz bardziej białym zboczem dość żmudnie wbijaliśmy się wyżej i wyżej, myśląc (ja na pewno) że to już do końca będzie taki dość uciążliwy, monotonny marsz.






Tymczasem zaczęło się robić coraz bardziej stromo, coraz więcej skałek trzeba było omijać. Nie pomagał fakt, że z powodu zerowej temperatury śnieg był mokry i obsuwał się odsłaniając śliskie kamulce, równie śliskie trawki i lód.



Właśnie ten osuwający się śnieg był najgorszy, bo nie było jak zakładać raków, i jeździliśmy się na maksa na co stromszych fragmentach.



Kiedy w końcu osiągnęliśmy partię zbocza jeszcze bardziej stromą, ale za to z całkiem związanym śniegiem, na którym raki miały już zastosowanie, Daniel wyrwał do przodu na rekonesans, jak daleko jest do wierzchołka. Ponieważ grzebaliśmy się (a zwłaszcza ja) niemiłosiernie, było już po drugiej po południu. Chłopaki uznali, że jeśli na szczyt będzie za daleko odpuścimy sobie dalsze wchodzenie, żeby nie walczyć w takich warunkach po ciemku.

Mieliśmy na Daniela poczekać, ale po chwili znudziło nam się i ruszyliśmy za nim. Ja i Mariusz już w rakach, Ernest bez, momentami więc nie było mu łatwo jedynie z pomocą czekana i Mariusz trzymał się blisko, gotów zaasekurować jakby co.

Kiedy znowu spotkaliśmy się z Danielem pokazał nam filmik nakręcony z miejsca, skąd było wreszcie widać szczyt. Odcinek końcowy miał już być całkiem łagodny, niemniej był to jeszcze spory kawałek, do przejścia tam i z powrotem gdyby było południe, a nie grubo po drugiej. Niestety pozostało jedynie zawrócić.

Nie bardzo mieliśmy ochotę schodzić po własnych śladach, postanowiliśmy znaleźć przyjemniejsze zejście. I tak oto Mariusz wpuścił nas w żleb :D






Najtrudniej mi było przejść ze zbocza do dna żlebu. Śnieg osuwający się ze skał nie dawał rakom żadnego oparcia (a jedna osoba i tak raków nie miała). W żlebie to samo, tak że jedynym rozsądnym sposobem były kontrolowane, kilkumetrowe dupozjazdy. Podarłam na tę okoliczność moje nowe przeciwdeszczowe spodnie. Wszystkie moje przeciwdeszczowe spodnie bardzo szybko zyskują dziury na dupie :/

Żlebem nie bardzo nam się uśmiechało na sam dół, kawałek ogarnęliśmy zboczami, ale wszędzie była ta sama wujnia z coraz bardziej, im niżej, miękkim śniegiem. Raz pojechałam zupełnie bez kontroli, i Mariusz mnie złapał, gdyby nie to w rakach połamałabym nogi - z drugiej strony na tym etapie jeszcze sporo ułatwiały, ze względu na lód. No za gładko to schodzenie nie szło i dolną granicę śniegu osiągnęliśmy, kiedy już szarzało - dopiero wtedy odważyliśmy się zrobić postój.

Tu teren zabawy, początek żlebu widać u góry:




Kiedy zeszliśmy w dolinę, było już zupełnie ciemno.
Byłam zła, bo nie zaliczyliśmy munrosa i trzeba będzie wracać i poprawić. Z drugiej strony, było dużo bardziej emocjonująco niż ktokolwiek z naszej czwórki się spodziewał. Dlatego wycieczkę zaliczam mimo wszystko do udanych.
Co do mapki i detali topograficznych, na razie sobie daruję, bo "po Bożemu" raczej wejdziemy nieco innym wariantem.


Zdjęcia: >>LINK<<

poniedziałek, 16 stycznia 2012
Meall Ghaordaidh

Nr 80,
Meall Ghaordaidh

Wymowa: nie ma bata, ja to słyszę jako "mil cior(h)dy"

Znaczenie nazwy: hill of the shoulder

Wysokość: 1039m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 93.

Data wejścia: 14.01.12

Nasz pierwszy munro nowego roku okazał się zarazem okrągłym osiemdziesiątym! Postanowiliśmy że ten rok będzie o wiele aktywniejszy od marnego poprzedniego. Oczywiście tłumaczy nas fakt, że przez 6 miesięcy byliśmy bez samochodu, co było bardzo niefajnym doświadczeniem. Teraz chcemy ostro ponadrabiać zaległości i odbudować kondycję, zaczynając od krótkich tras i skupiając się na tym na co tak często szkoda nam było czasu, czyli munro-baggingu.

Na Meall Ghaordaidh idzie się z Glen Lochay. W Killin należy skręcić na północ (patrz mapka), droga będzie się rozpoczynała przy niewielkim parkingu.

Pogoda była strasznie rozczarowująca, tym bardziej iż poprzedni dzień był idealny na góry i bardzo się na nie napaliliśmy. Jednak byliśmy zdeterminowani żeby cel osiągnąć, skoro nie dla widoków to dla konsekwencji w realizowaniu planu.



Po długiej przerwie szło się nam z początku koszmarnie! Droga co prawda wznosiła się bardzo łagodnie. Widoki niestety były nieszczególne, wyższe partie wzgórz niknęły we mgle. Liczyliśmy na ładny widok na leżący vis a vis piękny masyw Tarmachana >>LINK<<, ale nie było szans. Wszystko wyglądało bardziej listopadowo niż styczniowo.



Smętną sytuację śnieżną widać tu:




Droga z dolinki skręca na miejscami połogie, miejscami ciut stromsze zbocze, i tym zboczem wędrujemy do samego końca.

Czaszkę chciałam zachować, ale że mimo wszystko przy bliższym oglądzie była trochę nieapetyczna, więc darowaliśmy sobie.



Dość szybko zaczęła nas ogarniać mgła - i było po widokach. Niestety, już do końca wycieczki. Smętne bo smętne, zawsze jakieś były, ale machnęliśmy ręką w myśl hasła "Nie jesteśmy tu dla przyjemności!".




Im wyżej tym więcej było lodu. Z jednej strony trzymał w ryzach bagniste podłoże, na którym w innych warunkach uświnilibyśmy się nieludzko. Z drugiej, jednak dość mocno spowalniał. Z tej przyczyny, droga na szczyt zajęła nam czas nieco dłuższy niż można by się spodziewać po rozległości tego odcinka.



Mariusz twierdzi że w mym nowym buffie wyglądam jak teletubiś, więc z braku panoramy szczytowej pozowałam w adekwatnych aranżacjach.

Podkład muzyczny: >>LINK<<








Powrót nastąpił dokładnie tą samą drogą. Za nami podchodziło trochę ludzi - ewidentnie munro-baggerów, bo nikt inny nie ładował by się w tak słabą pogodę na raczej mało znaną i średnio efektowną górę.



Plan został zrealizowany - ruszyliśmy się wreszcie, zaliczyliśmy munrosa, spaliliśmy kalorie. Uważam to za pozytywny początek roku nawet pomimo nieszczególnych wrażeń estetycznych (pomijając oczywiście uroczego teletubisia).

Mapka w przygotowaniu :)

środa, 09 listopada 2011
Castle Ridge

Castle Ridge to najbardziej wysunięta na zachód grań Ben Nevisa - czyli najdalsza od wierzchołka. Na zdjęciu poniżej po prawej. Ma scramblingową wycenę 4, choć niektóre źródła oceniają jej trudności na 5, i niższa gradacja wynika tylko z faktu iż droga ta jest raczej krótka i nie można jej porównywać z np. o wiele dłuższą piątkową Tower Ridge. Wyceny scramblingowe nie zależą od najtrudniejszego miejsca trasy, a od całokształtu, co bywa mylące.

(Gorsza jakość niektórych zdjęć wynika z faktu, iż były robione telefonem)



Dzięki temu że Castle Ridge leży na samym skraju północnej ściany, droga z wyższego parkingu zlatuje szybko. Podejście pod skały również się nie dłuży. Przy braku mgły topograficznie jest oczywiste, skąd i którędy podchodzimy:



Scrambling z początku jest dość łatwy, ale fajny i urozmaicony.





Trochę przeszkadzała ślizgawica, ale taka już uroda północnych ścian.




Po drodze są dwa kluczowe kominki. Pierwszy, widoczny poniżej, nie jest eksponowany ani bardzo trudny technicznie, ale trójka z nas wolała wchodzić z asekuracją. W kominku tym nie ma rewelacyjnych stopni, z chwytami AFAIR jest nieco lepiej. Nie miałam w nim żadnych problemów, ale wykonałam kilka manewrów na które absolutnie bym się nie odważyła bez protekcji liny.



Za tym miejscem jest fragment bardzo łatwy, aż osiągamy drugi kominek, najtrudniejsze miejsce na trasie. W przeciwieństwie do pierwszego jest eksponowany, natomiast wydaje mi się że stopnie i chwyty są, zwłaszcza w górnej partii, nieco lepsze. Tu zdecydowanie asekuracja jest wskazana.





Poniżej ta partia zdjęta wiosną z Ledge Route, a kluczowym kominkiem wspina się osoba w czerwonej kurtce:



Po pokonaniu tego miejsca, które Mariusz ocenił na tatrzańskie II (a nie jak sugerowałaby scramblingowa czwórka, na I), czeka nas już tylko łatwy - średni scrambling. W pewnym momencie grań znacznie się zwęża, trochę jak na Ledge Route. Liny wyjmować już jednak nie trzeba.





Za Danielem Fort William i Loch Eil:




Za tym wąskim fragmentem jeszcze tylko kawałek, i grań przechodzi w zbocze - znak, że jesteśmy już w rejonie plateau. Na wierzchołek oczywiście się nie fatygowaliśmy, do przejścia mielibyśmy ponad 3 kilometry. Zboczem zeszliśmy na rympał do doliny, nawet nam się nie chciało rozszpejać póki nie osiągnęliśmy trawki, tak bardzo chcieliśmy już wydostać się z cholernego, śliskiego i sypiącego się, rumowiska.



Trasa bardzo się wszystkim podobała. Nie jest ekstremalna, ale można poczuć dreszczyk emocji. Ja się przyznam że w drugim kominku przez chwilę miałam, pomimo liny, konkretnego stracha. Polecam takim jak my, scramblerom i "niedzielnym wspinaczom", dla których tatrzańska dwójka to w sam raz ;)
Natomiast alternatywa dla Pony Tracka to zdecydowanie nie jest!

Zdjęcia: >>LINK<<


niedziela, 02 października 2011
Bynack More

Nr 79, Bynack More

Wymowa: bajnak mor

Znaczenie nazwy: the big cap

Wysokość: 1090m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 54.

Data wejścia: 25.09.11



Bynack More zamyka Cairgormsy od północy. Zanim zacznę opisywać trasę, zachęcam do porównania zdjęć z tej i poprzedniej notki, jak również zwrócenie uwagi na jakich miejscach listy znajdują się opisywane w nich munrosy.

Parkujemy opodal Reindeer Centre (fajna rzecz, chętnie kiedyś odwiedzę: >>LINK<<). Z początku wędrujemy wzdłuż szosy, by po krótkim czasie osiągnąć najładniejszą część trasy, Ryvoan Pass. Jest to wąskie gardło pomiędzy dwoma niskimi masywami, pokryte wspaniałą bujną roślinnością. Jest też atrakcja w postaci szmaragdowego jeziorka Lochan Uaine (genialny plener zdjęciowy!)







Kiedy dolina się kończy, wychodzimy na rozległą równię skąd widać przedwierzchołek naszego munro, Bynack Beag. Zachodzimy główne plateau szerokim łukiem, więc cairgormskich "olbrzymów" nie widać, okoliczne wzniesienia są niewielkie i jedynym munrosem w polu widzenia jest Bynack.



Bardzo łagodnie wznosząca się ścieżka wyprowadza na płaskowyż. Nie jest to oczywiście główne plateau, które usytuowane jest w zupełnie przeciwnym kierunku i z którym masyw Bynacka się nie łączy. Stąd widać już kopułę szczytową góry. I jedyne nieco ostrzejsze podchodzenie pod górę to właśnie kopuła, większa część trasy biegnie po niemal płaskim terenie.



Dawno nie byłam na tak długiej, a jednocześnie lekkiej wycieczce. Bynacka zdobywa się praktycznie bez wysiłku. Jedynym czynnikiem uprzykrzającym życie była tradycyjna cairgormska piździawa. Tym razem nie aż tak silna żeby przewrócić, ale w rejonie szczytu zarzucało mną nieźle.



Niestety, nad głównym plateau stały chmury i widoków w tym najbardziej interesującym kierunku nie było. Ze względu na wiatr na wierzchołku posiedzieliśmy może z pięć minut. Zdecydowaliśmy się na powrót tą samą drogą - alternatywna schodzi w od razu w dolinę ale obawialiśmy się że będzie tam zbyt mokro, jako że cały dzień popadywało.



Po drodze spotkaliśmy dwa renifery, które musiały uciec z Reindeer Centre. Takie rzeczy to tylko w Cairngormsach :) Bardzo lubię ten rejon właśnie ze względu na subarktyczny, jak dla mnie z lekka surrealistyczny klimat.





Lubię te góry zwłaszcza teraz jesienią, kiedy trawa zmienia kolor (w ogóle jesień to moja ulubiona pora roku tutaj):



I na koniec tradycyjna tęcza (wypad w Cairgormsy bez tęczy się nie liczy ;P):



Reasumując, bardzo przyjemna wycieczka, jak zwykle w ten rejon - taki lajtowy munro bagging przy w miarę ładnej pogodzie bywa bardzo sympatyczny. To jeszcze tylko 21 zostało do skompletowania pierwszej setki ;PPP
piątek, 19 sierpnia 2011
Sgurr Alasdair

Nr 78, Sgurr Alasdair

Wymowa: skur alasdier

Znaczenie nazwy: Alexander's rocky peak

Wysokość: 992m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 154.

Data wejścia: 9.08.11


Sgurr Alasdair jest najwyższy w paśmie Black Cuillins. Nie leży w grani głównej a lekko na uboczu. Był doskonale widoczny z kempingu w Glen Brittle, wyglądał pięknie, i chyba to zdecydowało że wybraliśmy go na kolejny cel. Droga najłatwiejsza wiedzie przez kamienisty żleb Great Stone Shoot - my postanowiliśmy nią schodzić, na wejście zaś wybraliśmy grań południowo-zachodnią o wycenie scramblingowej 3 aka tatrzańskie 0+ (wybór umożliwiła książeczka Skye scrambles pod patronatem SMC, wspaniałe i wyczerpujące źródło informacji).

Startujemy z kempingu, za domkiem łazienkowym jest furtka, wiedzie stamtąd droga którą wbijamy na dzielący nas od Cuillinów niski wał. Otoczenie Coire Lagan ukazuje się nareszcie odsłonięte w całości - od lewej kolejno Sgurr Mhic Choinnich, Sgurr Alasdair, Sgurr Sgumain oraz Sron na Ciche.



Na rozwidleniu skręcamy w prawo - lewe prowadzi do Coire Lagan i będziemy nim wracać. My musimy jednak zajść Sron na Ciche od żopy strony, aby osiągnąć Alasdaira od pleców, z Coire a'Ghrunnda.

Kiedy zaczynamy wbijać się w górę, w kierunku kotła, coraz głębiej pomiędzy skalne zbocza i ściany, teren niesamowicie zaczyna przypominać Tatry Wysokie. Rzeźba, rodzaj skały, formacje, wszystko jest zadziwiająco podobne. Złudzenie pryska kiedy się odwrócimy - ten quasi tatrzański krajobraz dotyka do morza. Poniżej wyspa Soay:




Do Coire a'Ghrunnda trochę włażenia jest, mamy na tym odcinku sporo scramblingu, także trójkowego. Pamiętajmy jednak, że po osiągnięciu kotła zostanie nam jedynie symboliczna wysokość do celu - to jest praktycznie całe nasze podejście. Na zdjęciu dolny kocioł, by wbić się do tego właściwego trzeba wspiąć się na wysoki próg:



A tu Sgurr Sgumain i Sgurr Alasdair z Coire a'Ghrunnda - stąd już tylko krótki marsz na grań.



Skała nie wszędzie jest identyczna jak w Tatrach Wysokich, niemniej ogólne podobieństwo krajobrazu jest uderzające. W Szkocji nie ma drugiego takiego pasma jak Cuilliny. Są góry równie ciekawe pod różnymi względami, ale drugich takich Tatr w miniaturze nie ma. A przecież Cuilliny na liście munrosów wcale nie okupują wysokich lokat!



Tak prezentuje się Sgurr Alasdair ze Sgurr Sgumaina. Na przełęcz pomiędzy nimi można schodzić ostrzem grani, ale pod koniec może to być opcja nieco problematyczna, dlatego strawersowaliśmy ten fragment po stronie Coire Lagan.



Poniżej Sgurr Dearg a turnia na jego wierzchołku to Inaccessible Pinnacle. Bez wejścia na Inn Pinna nie można sobie zaliczyć tego munrosa.



Inn Pinn zzoomowany. Wchodzi się tak jak pan w pomarańczowym, po grańce o gdzieniegdzie 30 cm szerokości, acz podobno technicznie raczej łatwej. Schodzi - zjazdem z drugiej strony. Inn Pinn jest szczególnie ciężki dla osób nielubiących obustronnej ekspozycji i wiem że mnie poczesze w swoim czasie.



Poniżej południowy kraniec grani Cuillinów - Sgurr a'Choire Bhig i Gars-Bheinn.



Poniżej clou naszej trasy. Ten kominek jest najłatwiejszą opcją u zarania podejścia na wierzchołek Sgurr Alasdaira. Miał to być wprawdzie trójkowy scrambling, ale na zdjęciu w książce wyglądał nieszczególnie. Musieliśmy wziąć pod uwagę, że mogę tam potrzebować ubezpieczenia.



Kiedy podeń podeszliśmy, okazało się że wygląda inaczej niż w książce. Uważna analiza ujawniła, że w środku oberwał się blok skalny, dodając kilku stopni i chwytów w najtrudniejszym miejscu. Lina okazała się niepotrzebna.



Dalsza droga na Alasdaira była już prosta, znów można było iść ostrzem grani albo nieco z boku, w zależności od preferencji. Z tyłu Sgurr Sgumain a za nim Sron na Ciche:



Poniżej Sgurr Dubh na Da Bheinn i Sgurr nan Eag. Te wszystkie straszliwe nazwy w rzeczywistości mają absolutnie banalne znaczenie. Zresztą, ich fonetyczna zgroza także jest subiektywna - dla Brytyjczyka Jarząbczy Wierch czy Szeroka Jaworzyńska będą wyglądały i brzmiały równie bełkotliwie.



Sąsiedni munro Sgur Mhic Choinnich i wspinacze włażący King's Chimney:



A to nieustraszony zdobywca na wierzchołku Sgurr Alasdaira. Faktycznie czuć, że jest najwyższy w paśmie.



Z Alasdaira łatwym scramblingiem schodzimy na przełęcz pomiędzy nim a Sgurr Thearlaich. Z przełęczy opada the Great Stone Shoot. Czułam, że będzie przewalony, ale jako weterankę która niejedno plugawe słowo rzuciła na drodze na Lodową Przełęcz przed zmodernizowaniem tamtego podejścia, nie był w stanie niczym mnie zaskoczyć. Powiem tyle, że tam naprawdę przydają się kaski oraz, że bardzo mnie cieszyło, że nikt za nami nie schodzi.




Naprawdę fajnie (i bezpieczniej) było znaleźć się na dole, w Coire Lagan. Kocioł budzi niebywale silne skojarzenia z Doliną Pięciu Stawów Spiskich - jezioro, skalne ściany dookoła, no i przede wszystkim piękne mutony. Niestety brak ekwiwalentu dla Terinki ale zawsze miło pomarzyć o słowackim piwie i parkach.



Ścieżka sprowadzająca z Coire Lagan łączy się wkrótce z tą dojściową - i szast prast jesteśmy z powrotem na kempingu.
Naszą trasę na Alasdaira bardzo polecam. Wszak dwukrotne pokonywanie Great Stone Shoot to byłby jakiś wyrafinowany masochizm. Jedynym trudniejszym - co nie znaczy że faktycznie trudnym - miejscem jest kominek, na pozostałych odcinkach scramblingowych wariantów jest wiele o różnych stopniach trudności. Nasz przewodnik opisuje jeszcze jedną trasę, przez grań południowo-wschodnią o gradacji zaledwie 2. Jakiejkolwiek opcji byście nie wybrali, na litość boską nie róbcie sobie tego i nie wchodźcie tym zakazanym żlebem. Męczenie się z nim w jedną stronę jest wystarczającą pokutą.

Mapka w przygotowaniu.

Quiraing

Najbardziej wysunięty z półwyspów Skye jest Trotternish. Wertykalnie przebiega przezeń pasmo Trotternish Hills o długości ponad 30 km. Jest to druga po Cuillinach atrakcja wyspy - wzgórza są niskie, ale kryją na swoim obszarze, na przeciwległych końcach, dwie niespodzianki, The Storr oraz Quiraing.

Quiraing to niesamowity park skalny w zboczach Meall na Suiramach. Nazwa prawdopodobnie oznacza otoczone kolumnami zamknięte / ukryte miejsce. Nasz przewodnik (Isle of Skye wyd. Collins) przytacza opinię autorki książki o legendach związanych ze Skye. Otóż pani ta jest zdania, że bardzo dziwne jest iż choć z większością co bardziej charakterystycznych miejsc wyspy wiążą się jakieś legendy, czasem kilka, to o tak niesamowitym miejscu jak Quiraing nie ma żadnych. Stawia ona tezę że w miejscu tym musiało się w zamierzchłych czasach wydarzyć coś tak strasznego, że stało się ono tabu. Prawda to czy nie, urzekła mnie ta hipoteza.


My najpierw obeszliśmy Quiraing górą, po krawędzi klifu, a potem przeszliśmy się środkiem i polecam zrobić to samo (podkreślam to bo część osób szła dołem, gdzie w ogóle nie ma zabawy, a część obie strony pokonywała środkiem i traciła widok na całe to zamieszanie z góry). Poniżej początek całego systemu, a formacja po prawej to The Prison.



Widok na Trotternish Hills z The Storr częściowo w chmurach:



Tu zaś widok z góry na The Table, formację, której zdjęcie tak mnie kiedyś zafascynowało że byłam zdeterminowana pojechać na Quiraing podczas naszej pierwszej wizyty na Skye - Storr, choć jego też musimy zaliczyć, aż tak mną nie zakręcił.



Tu też Stół. Zachwyca mnie ta trawa, która wygląda jakby ktoś ją systematycznie pielęgnował.



Przez środek Quiraing prowadzi wiele wydeptanych ścieżek, my staraliśmy się wleźć wszędzie i zajrzeć w każdą dziurę, żeby niczego ciekawego nie przegapić.



Poniżej natomiast harce na Stole - pozwalają uzmysłowić sobie skalę. Trawa z bliska wyglądała niewiele gorzej niż z dalszej perspektywy.





Po przejściu Stołu powłaziliśmy na okoliczne dostępne ścieżkami pinakle. Wszędzie ta niesamowita trawa, i, uwaga - midgesy. To miejsce ma to do siebie że jest zaciszne i mało tam wieje. Środek na te cholery powinien obowiązkowo zostać zabrany!



Skała jest tam bardzo krucha, i podobno wyjątkowo niesprzyjająca wspinaczkom.




Ta wspaniała 36-metrowa formacja, The Needle, została wprawdzie zdobyta (nie mogę jakoś  znaleźć szczegółowych informacji na ten temat), jednak zdecydowanie odradza się jej łojenia właśnie ze względu na paskudną jakość skały.



Oprócz Stołu i Igły trzecią najbardziej znaną formacją jest The Prison. Trawers Więzienia nie do końca jest taki łatwy na jaki wygląda. Na główny wierzchołek Mariusz wszedł, ale mi (stałam trochę poniżej) odradził bo miałabym problem z zejściem. Więzienie to fajna sprawa dla amatorów scramblingu. Największe wrażenie robi pionowe, a w jednym miejscu lekko przewieszone zachodnie urwisko.



Na Quiraing zdecydowanie warto się wybrać nawet kosztem jednej wycieczki w Cuillinach (w sumie nie musi to być żadne wyrzeczenie, wystarczy wybrać dzień ze zbyt kiepską na konkretniejsze góry pogodą - rewelacyjna do zwiedzania tego akurat miejsca nie jest niezbędna). To również dobra opcja na dzień odpoczynku - trasa tak jak my ją przeszliśmy liczy ok. 7 km.

Zaznaczyłam tylko drogę wzdłuż klifu, teren na dole można (co zalecam) penetrować na bardzo liczne sposoby:


Stac Pollaidh i Suilven

Na szkocką Daleką Północ jeździmy rzadko ponieważ z pasa centralnego jest to prawdziwa wyprawa. Przez "daleką północ" rozumiem tereny położone na północny zachód od Moray Firth, a umowną granicą jest dla mnie miejscowość Ullapool.

Najciekawsze jest zachodnie oraz część północnego wybrzeża, z kompletnie zwariowaną linią brzegową - mnóstwo ukrytych zatoczek, mniejszych i większych półwyspów, wysp i wysepek. Tam właśnie się zatrzymaliśmy, na kempingu w Altandhu położonym na półwyspie Rubha Mor (jak już pisałam, kempingom poświęcę oddzielną notkę, na razie tylko wspominam).

Na Dalekiej Północy znajdują się jedynie cztery średnio interesujące munrosy, ale nie znaczy to iż brak tam ciekawych górskich celów. Ten rejon znany jest przede wszystkim ze swoich korbetów i grahamów. Stac Pollaidh (aka Stac Polly), Suilven, Cul Beag i Mor, Ben Mor Coigach, Ben Stack, Quinag, Foinaven i Arkle - każdy szanujący się miłośnik szkockich gór zna te nazwy.

Podczas tegorocznego tripu byliśmy otwarci na różne możliwości, ale bezwzględnymi priorytetami były dwa grahamy - ikony: Stac Pollaidh i Suilven. I niestety na tych dwóch istotnie się skończyło, jako że pogoda nie rozpieszczała.


Pierwszego wieczoru była co prawda bardzo obiecująca - i właśnie wtedy Mariusz trzasnął najładniejsze zdjęcia Stac Pollaidh. Graham ten liczy sobie zaledwie 613m n.p.m. lecz tym, co go wyróżnia, jest sylwetka niczym z westernu:



Loch Lurgainn:



Tak natomiast góra prezentuje się z początku szlaku. Szczyt jest maksymalnie po lewej stronie (informacja bardzo istotna, o czym dalej):



Tak zaś widok na Stac Pollaidh z zachodniego wybrzeża, wzniesienie po prawej to Cul Beag:



Niestety po tym pierwszym pięknym wieczorze pogoda zrobiła się raczej w kratkę. Całą nadzieję pokładaliśmy w niewielkich rozmiarach Stac Pollaidh - nawet w pochmurny dzień była wszak szansa, że pułap chmur będzie powyżej tych 613 metrów. Z początku istotnie tak było:



Ścieżka wychodzi z samego parkingu, po czym łagodnie się wznosząc okrąża górę od prawej, by od drugiej strony wyprowadzić na przełęcz.



Wierzchołek po lewej od przełęczy jest osiągalny w trzy minuty, i tam jeszcze mieliśmy widoki - niestety po chwili przylazła chmura.



Loch Lurgainn



Z wierzchołkiem właściwym nie jest już tak łatwo. Grań szczytowa Stac Pollaidh to niesamowity park skalny, z początku wariantów scramblingowych jest wiele, od naprawdę łatwych do bardzo zaawansowanych. Formacje skalne przypominają te w Torridon i nic dziwnego, są zbudowane z tego samego piaskowca.





O ile większość grani można obejść, ostatnia wyprowadzająca na wierzchołek trudność jest nieomijalna - piaskowcowy pinakiel z lufą po obu stronach. Teraz jestem mądra, bo po fakcie przeczytałam dokładnie naszą literaturę. Przed wycieczką jednak byliśmy raczej beztroscy i ograniczyliśmy się do sprawdzenia trasy dojściowej. Dlatego też kiedy stanęliśmy na drugim wierzchołku, o niemal tej samej wysokości, byliśmy przeświadczeni że to już najwyższy punkt więc można sobie podarować ten ostatni kawałek. Tzn. mnie nie podobała się jego lufiastość (było dość ślisko), Mariusz ten akurat aspekt miał gdzieś, ale skoro i tak nie było nic widać, uznał że wejście na szczyt wystarczy. Post factum doczytaliśmy że jednak właściwy wierzchołek to był ten dalszy. Szkoda, bo z tą wiedzą zaliczył by go przynajmniej Mariusz. Niestety w związku z powyższym nie wpisujemy sobie Stac Pollaidh na listę zrobionych grahamów. Nadrobimy to, mam nadzieję, podczas kolejnej wycieczki w ten rejon.

W dzień wypadu na Suilvena pogoda zapowiadała się bardziej obiecująco. Poniżej fragment drogi do Lochinver, który ukazuje najbardziej IMO zwariowany rys północnego krajobrazu (akurat w rejonie Stac Polladh nie występował więc przedstawiam go teraz) - niesamowite pofałdowanie terenu w niewielkie wzniesienia o wysokości plus minus 100m n.p.m. Nie da się tego nazwać wzgórzami. W takim krajobrazie niesamowicie łatwo jest się zgubić, brak charakterystycznych punktów, tylko morze mini - pagórków i marsz w górę i w dół. W takiej scenerii właśnie mieliśmy maszerować na Suilvena, drogą z parkingu w Inverkirkaig.



Z początku idziemy malowniczym wąwozem ponad rzeką Kirkaig. Po ok. 5 km szlak rozwidla się - w prawo prowadzi do Wodospadów Kirkaig, prosto wyprowadza nad Fionn Loch. Na mapce zaznaczyłam skrót umożliwiający ścięcie kawałka linii brzegowej. Jest tam ścieżka ale skoro w jedną stronę ja przegapiliśmy, nie jest ewidentna.

Koło jeziora wkraczamy w tę właśnie scenerię którą opisałam powyżej. Naprawdę należy tu uważać żeby nie zgubić ścieżki. Marsz pod Suilvena dłuży się w nieskończoność (ponownie z nietypową dla nas niefrasobliwością nie doczytaliśmy dokładnie, lecz trasa ta ma ponad 10 km długości w jedną stronę). Poniżej pięknie widać cały masyw, szczyt - Caisteal Liath, czyli Szary Zamek (731m n.p.m.) jest po lewej. Wierzchołki po prawej to Meall Bheag oraz Meall Mheadhonach:




A tu Suilven zdjęty znad Fionn Loch:



Ścieżka wyprowadzająca na przełęcz jest potwornie zerodowana. Osiągnięcie grani było prawdziwą ulgą.

Na wschodnie wierzchołki podobno jest trochę scramblingu, my jednak nie chcieliśmy powtarzać błędu ze Stac Pollaidh i zależało nam na 100% zaliczeniu szczytu, poszliśmy więc na ścieżkowy Caisteal Liath. Pomimo chmur które przychodziły i odchodziły widzieliśmy wystarczająco dużo by widoki wywarły na nas niesamowite wrażenie.




Poniżej m.in. Fionn Loch i półwysep Rubha Mor:



Tu zaś Cul Beag, Ben Mor Coigach w chmurach i, po prawej stronie, pięknie widoczne filigranowe Stac Pollaidh:



Wschodnie wierzchołki z tej perspektywy wyglądają spektakularnie, choć mamy tu do czynienia z lekkim złudzeniem optycznym, w rzeczywistości grań nie wznosi się aż tak bardzo:



Schodziliśmy tą samą drogą. W niesamowitym wieczornym świetle krajobraz prezentował się po prostu magicznie. Poniżej Stac Pollaidh:



Oraz Cul Mor i Cul Beag znad Fionn Loch:



I sam Suilven:



Droga powrotna wlokła nam się potwornie. Nie że nie robiliśmy nigdy dłuższych tras, niemniej raz że nie byliśmy psychicznie nastawieni na taką, dwa było już naprawdę późno. Wydaje mi się że lepiej było wybrać wariant od drugiej strony, z Lochinver - nie wiem czy ładniejszy ale na pewno krótszy. Taki a nie inny jednak zrobiliśmy dlatego taki zaznaczam na mapce.

W >>LINKU<< więcej zdjęć z Północy. Pogoda nie pozwoliła w pełni oddać piękna i niesamowitości tych krajobrazów, ale musicie mi wierzyć, są jedyne w swoim rodzaju.





poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Beinn Alligin

Nr 76, Tom na Gruagaich, nr 77, Sgurr Mhor

Wymowa: tom na grujah; skur woor

Znaczenie nazwy: rounded hill of the maiden;  big peak (za MunroMagic)

Wysokość: 922m n.p.m.; 986m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 268.; 162.

Data wejścia: 2.08.11


Masyw Beinn Alligin to najmniej rozległy z trzech torridońskich olbrzymów. Pozostałych dwóch, Beinn Eighe i Liathach, nie trawersuje się zazwyczaj w całości, poprzestając na ogarnięciu fragmentu z munrosami, Beinn Alligin można za to bez problemu ogarnąć cały i nie jest to bynajmniej ekstremalna wyprawa.

Start z parkingu parę km za Torridon (przy drodze na Diabaig). Cel widać jak na dłoni. Najpierw będziemy piąć się w kierunku kotła pomiędzy ramionami pierwszego z munrosów w masywie, Tom na Gruagaich. Ścieżka jest wyraźna, inaczej niż w przypadku poprzedniej wycieczki mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć że zgubić się jej łatwo nie da.


Za pierwszym munrosem sytuacja będzie następująca: najwyższy punkt masywu, munro Sgurr Mhor, a potem trzy szczyciki Horns of Alligin, gdzie miało być trochę scramblingu (zwróćcie uwagę na szczelinę poniżej wierzchołka Sgurr Mhor):


Droga na Toma stromieje dopiero w kotle. Musimy wbić się na ramię po prawej stronie które szybko wyprowadza na wierzchołek. Wrażenie zrobiła na mnie głębia kotła Toll a'Mhadaih na którego stronę opada bardzo strome, niesamowite zbocze ukształtowane w charakterystyczny dla gór w tym rejonie sposób - całe pokryte regularnym deseniem skał ułożonych w poziome pasy.


W tle kolejno corbett Beinn Dearg, fragment Beinn Eighe oraz Liathach

Z wierzchołka dość stromo schodzimy na przełęcz, potem wznosimy się kawałek, osiągamy pomniejszy bezimienny szczycik, i dopiero stąd zaczyna się właściwe podchodzenie na Sgurr Mhor. Trasę urozmaicają klasyczne torridońskie "stosy bułek":


W krajobrazie największe wrażenie robi Liathach, choć grani Am Fasarinen właściwie nie widać, za to pięknie lansują się Northern Pinnacles:


Finałowe podejście jest zaskakująco łagodne i krótkie, dużo bardziej niż wydawało się z pierwszego munro. Idzie ekspresowo.

Szczelina opadająca spod wierzchołka - Eag Dubh, Czarna Szczerba - oglądana od góry po prostu rozwala!


Widoki ze szczytu moim subiektywnym zdaniem najbardziej spektakularne są na północ i zachód. Na morzu widać półwysep Trotternish na Skye, a dalej Hebrydy Zewnętrzne. Na północy można wypatrzeć An Teallach. Doliny po drugiej stronie masywu to pustkowie:


Fajnie prezentują się stąd Hornsy, choć wrażenie ostrości grani jest wywołane wyłącznie przez kąt pod jakim zostało zrobione zdjęcie. 


Na Hornsach scrambling jest opcjonalny, można trawersować po prawej, ale że nie jest trudno, warto przejść się granią wprost.

Zejście, z początku średnio lub bardzo strome, szybko łagodnieje a reszta drogi to już spacer doliną. Byłam zaskoczona jak szybko zleciał mi cały ten trawers - wcale nie mieliśmy rewelacyjnego tempa (nigdy nie mamy :P), a odcinek od pierwszego munro do końca grani Hornsów pokonaliśmy w AFAIR godzinę dwadzieścia, z postojem na posiłek. 

Wypad był bardzo fajny, niemniej z Liathach porównania nie ma - przede wszystkim scrambling jest o wiele łatwiejszy i nigdzie nie ma prawdziwej ekspozycji. Natomiast widoki na zachód, na morze, są o wiele bogatsze. Nabijać sobie munro-licznik takimi wycieczkami to czysta przyjemność.

Mapkę zrobię ASAP.

Glen Sannox (Arran)

Na wyspę Arran postanowiliśmy się wybrać bo... tam nas jeszcze nie było :) Munrosów tam nie ma ale i tak jest zajebiście!



Sugerując się książką Classic mountain scrambles in Scotland wybraliśmy trasę graniami okrążającymi Glen Sannox. Prom na Arran odchodzi z miejscowości Ardrossan a przeprawa trwa 55 minut. Na stronie przewoźnika, Caledonian McBrayne >>LINK<< można zabukować bilety.

Ponieważ nasz prom odpływał o 7 rano, wieczorem przyjechaliśmy do Ardrossan i w sąsiedniej miejscowości Saltcoats znaleźliśmy caravan park, gdzie rozbiliśmy chyba jedyny na całym polu namiot. Kolejnego dnia pobudka o 5.00 - na terminalu trzeba się zameldować najpóźniej pół godziny przed odpłynięciem - i mogłam się po raz pierwszy przepłynąć promem z prawdziwego zdarzenia ("promiątko" pływające z Corran na Ardgour nie liczy się ;P).

Podczas przeprawy nie sposób się nudzić, zbliżająca się wyspa wygląda fascynująco. Nam pięknie odsłoniły się same najwyższe góry:




Prom płynie do "stolicy" wyspy, Brodick. Z Brodick mamy ok. 20 minut jazdy do Sannox, skąd rozpoczyna się nasza trasa.

No i tu mam problem. Generalnie u wylotu doliny musimy opuścić biegnącą całym jej dnem szeroką ściechę by wbić się na grań Cioch na h-Oighe po lewej ręce. Ścieżka z początku jest wyraźna, jednak na wrzosowym stromym zboczu skutecznie udało nam się ją zgubić. Większą część zbocza szliśmy po prostu do góry, co po tych wrzosach naprawdę nie było przyjemne. Ścieżkę ponownie odnaleźliśmy już całkiem blisko grani. Zaznaczam że byliśmy naprawdę uważni. Coś tam ewidentnie jest nie tak :/

Tym sympatycznym zboczem wchodziliśmy, na szczęście do rozrywkowego potencjału Meall na Teanga >>LINK<< trochę mu brakowało:




Fajnie było wbić się w końcu na grań i odpocząć od tych przeklętych wrzosów. Kolejnymi garbami grani posuwamy się na przedwierzchołek najwyższej góry wyspy, Goatfell, który to przedwierzchołek oficjalnie pozostaje bezimienny, niemniej w wielu źródłach nazywa się go roboczo North Goatfellem, i ja również będę używać tej nazwy.

Grań na North Goatfell, po prawej Cir Mhor:





Na naszej całej długiej trasie najbardziej spektakularnym momentem miała być zwariowana przerwa w grani pod sam koniec drogi, the Witch's Step (Ceum na Caillich). Nie wiedzieliśmy czy zdecydujemy się przechodzić ją wprost czy trawersować, decyzję mieliśmy podjąć kiedy zobaczymy z bliska jak to wygląda. Póki co prezentowało się nieźle:



Gdzieś na tym odcinku zaczęło być jasne że mamy za mało wody, upał był niemiłosierny a my wciąż byliśmy dopiero na początku trasy. Z tego względu zaczęliśmy się poważnie zastanawiać, czy nie lepiej z North Goatfella pójść na wierzchołek główny, czyli raz że znacznie skrócić sobie wycieczkę a dwa, zaliczyć najwyższy szczyt wyspy. Na North Goatfell podjęliśmy jednak decyzję o pozostaniu przy oryginalnym planie. Na Goatfella prowadziła krótka spacerowa grańka, on sam wyglądał jak nieciekawa kopa, szans na scrambling nie było. Postanowiliśmy dojść przynajmniej do głębokiej przełęczy the Saddle pomiędzy North Goatfell a Cir Mhor - gdybyśmy naprawdę nie mogli już wytrzymać pragnienia z Siodła schodzi ta właśnie wspomniana na początku szeroka ściecha, która biegnie dnem doliny.

Grań sprowadzająca na przełęcz była bardzo ładna i widokowa:





Już całkiem blisko przełęczy zdecydowałam, że schodzę szukać wody. Byliśmy w miarę nisko, w dole szumiały potoczki, szkoda mi było kończyć wycieczkę na the Saddle. Wrzosowym, ale stosunkowo łagodnym w tamtym miejscu zboczem obniżyłam się kierując się dźwiękiem ciurkania i dzierżąc trzy puste butelki. Na szczęście nie musiałam bardzo daleko schodzić. Operacja szukania strumyka, nabierania wody oraz powrotnego balansowania w górę z butlami zajęła mi około 40 minut. Teraz jednak było już wiadomo że damy radę ukończyć trasę.

Tak prezentuje się masyw Goatfella z przełęczy:



Podejście na Cir Mhor jest strome i dość męczące - musimy pokonać 360m w pionie. Na pewno nie stytłało by nas tak bardzo gdyby nie aż nienormalny jak na Szkocję upał. Piszę te słowa ponad trzy tygodnie od wycieczki a z ramion jeszcze schodzi mi skóra (ok, nie byliśmy bez winy zapominając olejku ;)).

Pod wierzchołkiem Cir Mhor wreszcie robi się ciekawiej - skały podszczytowe można wprawdzie obejść, ale dużo fajniej jest włazić scramblingowo, wariantów jest kilka:



Wierzchołek Cir Mhor jest świetnym punktem widokowym. Oprócz grani którą weszliśmy i tej którą mieliśmy kontynuować marsz, odchodzi zeń także trzecia, przejście której opisane jest we wspomnianej na początku książce jako "the round of Glen Rosa" - ciekawa trasa na następny raz. My maszerowaliśmy w drugą stronę, na Caisteal Abhail, drugiego po Cir Mhor korbeta na trasie.

Caisteal Abhail w tle:



Widok z partii szczytowych na wyspę Bute:



Wierzchołek Caisteal Abhail to stos wielkich i obłych bloków. Z jednej strony można wejść na niego bez żadnej trudności, zwykłą ścieżką. Nad wchodzeniem tak jak my radzę się zastanowić bo okazało się trudniejsze niż wyglądało. Przede wszystkim choć skała jest jak papier ścierny więc oferuje znakomite tarcie, stopni i chwytów za wiele nie ma. My weszliśmy następująco (co nie znaczy że najmądrzej): nad moją głową widać głaz w kształcie cytryny. Stojąc przed nim miało się go na wysokości klatki piersiowej. Łapaliśmy się głazu i kładliśmy na nim górną częścią ciała, tracąc tym samym oparcie dla nóg, po czym wciągaliśmy się nań. Niby proste ale przyznam że było mi bardzo trudno zmusić się do zadyndania nogami w powietrzu - gdybym miała problem z wciągnięciem, nie było już bezpiecznego odwrotu, musiałabym skakać.



Po tym przejściu stwierdziliśmy że raczej nie będziemy przechodzić Witch's Stepa, który składa się z jeszcze większych bloków a tam już naprawdę jest gdzie spaść. Jak efektowne nie byłyby podobne formacje, nie wchodzi się po nich najlepiej.

Przemierzając grań i podziwiając widoki zdecydowaliśmy, że Cir Mhor jest najpiękniejszą górą wyspy (to wysokie po lewej to Goatfell):



Kiedy osiągnęliśmy szczelinę utwierdziliśmy się w przekonaniu, że trawersujemy. Te wielkie kloce poprzerastane trawkami plus ekspozycja odpychały, zwłaszcza na końcówce:



Zeszliśmy do szczeliny trochę bardzo stromą ścieżką, a trochę scramblingowo. Tam okazało się że trawers również wymaga sporej uwagi. Można go wykonać na dwa sposoby, oba od lewej strony - z dna szczeliny, bez obniżania się, po oczywistych lecz dość eksponowanych i wąskich półeczkach, lub też obniżając się około 15 m i dalej w górę nietrudnym kominkiem.

W szczelinie:



Zostawiwszy Witch's Step w tyle nie mieliśmy najmniejszej ochoty maszerować przez ostatnie, najniższe wzniesienie trasy Suidhe Fheargas. Nie uśmiechał się nam już marsz pod górę, nawet tak krótki. Zeszliśmy do doliny na dzika. Zejście było dokładnie tak przyjemne jak można by się spodziewać po kilkusetmetrowym wrzosowym zboczu i dłużyło się niemiłosiernie. W porównaniu z nim ścieżka, do której po tym nie kończącym się dramacie dobiliśmy, wydawała się czerwonym dywanem (choć jeszcze kawał jej był do przejścia). Wspaniale było znów znaleźć się koło samochodu.

Trasa jest piękna i z pewnością nie aż tak męcząca w innej temperaturze i nie po kilkutygodniowej przerwie. Najciekawszy odcinek zaczyna się od the Saddle i warto rozważyć podejście na tę przełęcz doliną, choć mnie osobiście byłoby szkoda efektownego zejścia z North Goatfella. Dodatkowym atutem jest bliskość z pasa centralnego, zwłaszcza z Glasgow. Korbety na Arran to jedyne góry z prawdziwego zdarzenia na południu Szkocji.

Ścieżka na Cioch na h-Oighe na poniższej mapce została zaznaczona prawidłowo jako że na mapie figuruje jak wół:



Wszystkie zdjęcia: >>LINK<<
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12