statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
czwartek, 19 października 2017

 

Ostatni urlop spędziliśmy na chorwackim półwyspie Pelješac którego kulminację stanowi tytułowy masyw. Sveti Ilija, czyli Św. Ejliasz - dawniej Perun - liczy sobie 961m n.p.m. i wyrasta prosto z morza, czyli to taki munro honoris causa. Najbardziej spektakularną cechą masywu są południowe urwiska, momentami pionowe, opadające prosto do Orebicia, gdzie się zatrzymaliśmy. Dosłownie po otwarciu drzwi (okno niestety było na inną stronę) ukazywała się przepiękna biała ściana:



Mariusz wyczytał że na górę wiedzie kilka znakowanych szlaków. Pierwszy zaczynał się tuż koło naszego hotelu więc jako droga wejściowa "wybrał się sam". Drugim ewentualnie mieliśmy zejść acz tylko jeśli go zlokalizujemy ponieważ nie posiadaliśmy żadnej mapy (mapy to w ogóle osobna historia o czym dalej). Na zdjęciu masyw Sv. Iliji z morza:



Ten pierwszy szlak prowadzi z Orebicia w kierunku miejscowości Bilopolje, przechodząc koło malowniczego xv-wiecznego klasztoru Naszej Pani od Aniołów. W razie gdyby były wątpliwości względem trasy drogę do klasztoru każdy miejscowy wskaże (zamiast szosą można iść też  znakowanym skrótem przez las). Za klasztorem jeszcze około kilometra asfaltem aż do szlaku właściwego (jest drogowskaz i tablica).



Był bodajże trzeci października a temperatura w słońcu przekraczała 30 stopni. Zabraliśmy z sobą sześć litrów wody (te góry są suche jak pieprz), z czego pozostało nam niecałe pół litra, oraz obowiązkowe osłony na głowy. Bez tego odwodnienie i udar gwarantowane. Jeśli ktoś łazi tu w sierpniu to naprawdę podziwiam. Śnieg i lód jednakowoż zdarzać się czasem muszą o czym świadczyły ślady raków na kamieniach.



Szlak jest znakowany na czerwono i zgubić się nie sposób, znaki i strzałki są namalowane bardzo gęsto. Ta strona masywu jest połoga, urwiska zostawiamy w tyle. Bez ścieżki nie dałoby rady przedrzeć się przez typowo sródziemnomorskie kolczaste krzaczory. Wytrasowano ją niezwykle łagodnie, stromych odcinków jest tylko parę. Można na relaksie podziwiać Kanał Pelješki i wyspę Korčulę.



Słońce chciało nas zabić ale przeżyliśmy dzięki wodzie i licznym zalesionym odcinkom.



Szlak opuszcza wreszcie południowe zbocza by skręcić na północny wschód, w serce masywu. Ten odcinek jest niemal cały porośnięty lasem, wbrew temu jak na ogół układają się w górach piętra roślinne. Kiedy dochodzimy do domku myśliwskiego drogowskaz informuje, że do szczytu jeszcze 20 minut i moim zdaniem to ocena trafna. Powyżej domku las się kończy, zaczynają się odsłaniać szczyty mainlandu na północy i zachodzie, i wchodzimy po kamiennym białym podłożu na kopułę szczytową.



Na wierzchołek wychodzi się nagle i niespodzianka jest porównywalna ze stanięciem na Krzyżnem. Partie szczytowe od strony wejścia są bardzo łagodne, tymczasem okazuje się że ze wszystkich innych stron szczyt jest fajnie powietrzny. Widoki zapierają dech a klimatu dodaje krzyż fotogenicznie udekorowany kolorowymi gałgankami.  



Grań z tyłu, z której opadają piękne klify, wyglądała na ciekawą alternatywę do zejścia ale jednak nie na dziko i bez mapy. Dalej piętrzą się peljeszackie "vinogorje", całe porośnięte winoroślą gdzie wino-sklep goni wino-sklep. Po lewej widać mainland.



Ściana która góruje na Orebiciem opada z nieco niższego wschodniego wierzchołka na który warto podejść. Wydaje się iż można by stamtąd zeskoczyć do miasta, trochę tak jak z Giewontu do Zakopanego.



Kiedy w końcu słońce spędziło nas ze szczytu, po dojściu do domku myśliwskiego mieliśmy do wyboru wrócić drogą wejścia albo trasą odchodzącą w przeciwnym kierunku, również znakowaną. Z braku mapy nie dało rady sprawdzić jak przebiega ale wychodziło nam że nie ma bata, zbiegając na wschód musi przechodzić przez tamtejsze urwiska, czego technicznie nie umieliśmy sobie wyobrazić. W końcu machnęliśmy ręką i zeszliśmy po własnych śladach, mało nie padając po drodze trupem od upału. Klimat miał tę dobrą stronę iż po zejściu do Orebicia już jedno zimne Karlowaczko z kija wystarczyło żebym osiągnęła momen zen.

Na Sv. Iliję wybraliśmy się jeszcze raz, z braku innych górskich celów w okolicy. Lokalne vinogorje są przez miejscowych traktowane czysto utylitarnie i nikt się tu nie bawi w szlaki a bez szlaków potrzebna by była maczeta. Zresztą nawet na Ilję map hikingowych nie było, w trzech sklepach w Dubrovniku usłyszeliśmy że tu nikt nie łazi po górach, mapy to są drogowe i o co nam w ogóle chodzi. Tymczasem z sieci wiadomo że na górę tę jest sporo tras, część znakowana. A i nieznakowane można przecież ogarnąć tylko potrzebna jest mapa w odpowiedniej skali, żeby chociażby po układzie poziomic zorientować się w ukształtowaniu terenu. W końcu najbardziej pomocna okazała się uliczna tablica z planem Orebicia, której zrobiliśmy zdjęcie. Ukazywała ona ładnie przebieg obu znakowanych tras (naszej poprzedniej i tej którą zdecydowaliśmy się nie schodzić). Wynikało z niej iż ta druga trasa faktycznie wbija się od strony urwisk ale ewidentnie jest to do wejscia więc tę też zaplanowaliśmy na kolejny raz.

Punkt startowy na samym końcu ulicy krajla Tomislava w Orebiciu (dobrze oznaczony: drogowskaz i napis na kamieniu). Tym razem pogoda była dużo bardziej odpowiednia na łażenie. 

 



Kiedy z Orebicia podziwia się masyw Sv. Ilji, po prawej stronie od głównego szczytu znajdują się pomniejsze wzniesienia, beczkowaty Kabal i piramidkowa mała Vižanjica. Szlak po strawersowaniu Kabala wchodzi pomiędzy nie by potem skręcić ostro na zachód, przeciąć urwisko po połogiej półce ponad klifami, osiągnąć płaskowyż którym obniża się do domku myśliwskiego, a na szczyt wchodzi już tak samo jak poprzednia trasa.

Zdjęcie poglądowe z wody, Kabal i Vižanjica po prawej:



Ten wariant jest krótszy, prowadzi w większości lasem (przepięknym!) co w upale może mieć kluczowe znaczenie, jest też o wiele bardziej malowniczy. Pierwotnie drogi tej używali pątnicy pielgrzymujący do kaplicy św Eljasza na szczycie, a pielgrzymi to niekoniecznie najmłodsza i najbardziej fit część populacji. Dlatego trasę wytyczono tak żeby nawej największa pierdoła nie dostała zawału po drodze: same komfortowe zygzaki, nawet przy zejściu relaks dla kolan. Cudowna ścieżka. Nawiasem kaplicy już nie ma albowiem pieprznął w nią piorun. Może dlatego nie spotkaliśmy też żadnych pielgrzymów.

Po prawej Vižanjica:



Trasa przechodzi pod urwiskami opadająymi z grani która nas zainteresowała kiedy oglądaliśmy ją ze szczytu.



Po chorwacku "kozice" to krewetki, co odkryłam w pizzerii. Gdyby na wycieczce był z nami jakiś miejsowy słysząc nasze komentarze odnośnie biegających krewetek na piargach mógłby trochę osłupieć.



Najpiękniejszą częścią szlaku jest ta gdy przecina on opadające do Orebicia ściany. To, co z dołu wydaje się niezdobytym klifem, w rzeczywistości ma słabe punkty. Już bardzo wysoko pod wierzchołkiem ściana się kładzie i po powstałej w ten sposób póle można przejść niemal bez świadomości że kilkanaście kroków dalej jest podcięta.



Z tego odcinka można sobie ze szczegółami podziwiać Orebić który prezentuje się jak na dłoni. A później, z dołu, można analogicznie odtwarzać sobie przebieg trasy.



Z póły wejście bezpośrednio na szczyt byłoby dość karkołomne, szlak trawersuje więc kopułę do osiągnięcia płaskowyżu gdzie na fragmencie dość mocno się obniża po to, by koniecznie zahaczyć o domek myśliwski. 



Ten odcinek był nam już znany.

Tym razem pizgało tak że bałam się podchodzić do krawędzi, a huczało jak helikopter. 



Zeszliśmy znów po własnych śladach czując się już niemal jak eksperci w temacie Sv. Ijili. Choć tak naprawdę można by na nią wejść pewnie jeszcze na wiele sposobów. 

Z naszych szlaków zdecydowanie ciekawszy i fajniejszy był ten drugi, choć najlepiej byłoby chyba zrobić pętlę.

Należy pamiętać że tu nigdzie nie ma wody!!!

Czasy wejścia wg drogowskazów to 2.30h pierwszym szlakiem i 2h drugim. W upalny dzień tak szybko raczej nie pójdzie. Oba szlaki znakowane są w ten sam sposób, na czerwono, a znaki są rozsiane bardzo gęsto i myślę że nawet we mgle ciężko było by się zgubić.


środa, 06 września 2017

 

 

Nr 207, Beinn a'Chlachair; nr 208, Geal Charn; nr 209, Creag Pitridh

Wymowa: ben ahlahar; gal harn; kreg pitri

Znaczenie nazwy: hill of the stonemason; white peak; Petrie's crag (za MunroMagic)

Wysokość: 1087 m n.p.m.; 1049 m n.p.m.; 924 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 56.; 81.; 264.

Data wejścia: 2.9.17

 

Na te trzy munrosy startuje się z Glean Spean, z parkingu przy trasie A86 położonego dokładnie pomiędzy dwiema częściami Loch Laggan. Części te łączy rzeka Laggan którą przekraczamy po moście, by zaraz za nim napotkać rozstaje, gdzie musimy skręcić maksymalnie w lewo (podkreślam bo z mapy wynika że tam schodzą się trzy drogi, ja pamiętam dwie). Więcej wyzwań nawigacyjnych nie będzie, dobra droga prowadzi przez całą płaską część, dopiero kiedy musimy zacząć się wspinać trzeba porzucić ścieżkę. Beinn a'Chalchair prezentuje się tak (zdjęcie z powrotu, bo rano było szaro i niefotogenicznie):



Wchodzi się lewym, łagodniejszym ramieniem góry, i też nie na przełaj, tylko od jego lewej strony - tak jest najmniej męcząco a na tej trasie katować bez potrzeby się nie warto, ponieważ liczy sobie ona 26 km. Ścieżki nie ma bo teren nie wymusza, i początek włażenia był dość nieprzyjemny gdyż wytracaliśmy sporo energii zapadając się w miękkie podłoże.

Poniżej po prawej Geal Charn a wyprztyk po lewej to Creag Pitridh. Jest to wbrew pozorom przyjemna górka, tylko ma pecha być jednym z niższych munrosów i leżeć pośród znacznie wyższych sąsiadów, co redukuje ją wizualnie do przedwierzchołka a nie suwerennego szczytu.



Im dalej wspinaliśmy się na pierwszego munrosa tym bardziej suche robiło się podłoże i końcówka była już bardzo przyjemna. Finałowy kocioł musi być bardzo malowniczy zimą.



Zbliżenie na Geal Charn (właściwy wierzchołek to ten z lewej):



Finałowe podejście z Beinn a'Chlachair:



I jeszcze raz, wierzchołek. Beinn a'Chlachair nie należy może do czołówki najbardziej spektakularnych munrosów ale to jednak jest niezły kawał góry, tak wzdłuż jak i wszerz.



Na wierzchołku:



Po lewej Chno Dearg, a w centrum bliźniacze szczyty the Easains - wszystko zaliczone.



Panorama Glencoe: Buachaille Etive Mor, Buachaille Etive Beag, Bidean nam Bian, Aonach Eagach, a ten ostatni to już the Mamores, chociaż nie jestem pewna czy Am Bodach czy Binnein Mor:



Po prawej ładnie i z detalami widać grań Aonach Eagach na którą trzeba będzie się w końcu wybrać po raz trzeci:



Poniżej zaś dalsza droga na Geal Charn. Ładnych parę kilometrów i głęboka przełęcz w pakiecie. 



Na poniższym zdjęciu rozpoznaję Gulvaina, Sgurr na Ciche, Garbh Chioch Mhor, Sgurr nan Coireachan i Sgurr Mor. 



Podejście na Geal Charn ze wspomnianej głębokiej przełęczy wydało mi się dużo mniej problematyczne niż się zapowiadało, albo byłam już bardzo rozchodzona. Poniżej Creag Pitridh z podejścia. Ta góra naprawdę nie ma szczęścia. A przecież jest wyższa niż budzący szacunek, tatrzański w kształtach Sgurr nan Gillean na Skye, w porównaniu z którym jej więksi sąsiedzi to plaskacze. Pewnie zresztą tak się pociesza.



Wierzchołka Geal Charn nie sposób przegapić! 



Kiedy staliśmy na szczycie pogoda była już piękna. Wydawało mi się że na dalekim planie rozpoznaję grupę Beinn Dearga koło Ullapool (acz pokroić się nie dam). Bardziej na wschód było widać Ben Wyvisa, a dalej Cairngormsy, Drumochtery, Schiechalliona, grupę Lawersa, zaraz obok nas kolosy z grupy Aldera, dalej (ale wciąż bardzo blisko) Beinn na Lap z poprzedniej wycieczki, a za nim Glencoe, the Mamores, Grey Corries, Ben Nevis i Aonachs, oraz munrosy rejonu Glenfinnan i Loch Arkaig. Wspaniały punkt widokowy i tylko szkoda że nie dało się tego wszystkiego oddać na zdjęciach!

A Creag Pitridh tkwi ponuro gdzieś w dole i zawija:



Na drugim planie Beinn a'Chlachair:



Kolejno: Easains, Grey Corries i obowiązkowo The Ben.



A tu moja najpiękniejsza góra, Bidean nam Bian:



Już więcej nie będę się znęcać nad Creag Pitridh poza tym iż powiem że owszem, wchodzi się na niego ekspresowo. Końcowe podejście jest jednak dość strome a wierzchołek, choć do turni mu daleko, jest stosunkowo dobrze zdefiniowany (na pewno nie jest to płaskowyż). Kiedy można oddać sprawiedliwość, należy to zrobić.



No i jest to jedyny z tych trzech munrosów z którego otwiera się widok na urocze Lochan na h-Earba.



Schodzimy bez ścieżki (oprócz drogi w dolinie na tej trasie nigdzie nie ma ścieżek) wychodząc kawałek za miejscem gdzie rano rozpoczęliśmy pierwsze podchodzenie do góry na ramię Beinn a'Chlachaira. Warunki pogodowe sprawiły że powrót wypadł znacznie bardziej malowniczo.



Trasa nie jest jakaś ekstremalnie ciężka (nie ma porównania do liczącej jedynie dwa kilometry więcej masakry nad Loch Mullardoch) ale jak wspomniałam jest to jednak 26 km. W razie czego Beinn a'Chlachair można zdeptać osobno. Myślę że ze względu na malowniczość te trzy munrosy to opcja nie tylko dla baggerów! 

 

wtorek, 01 sierpnia 2017

 

Nr 206, Beinn na Lap

Wymowa: bin na lap

Znaczenie nazwy: dappled hill (za MunroMagic)

Wysokość: 937m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 241.

Data wejścia: 21.7.17

 

Beinn na Lap jest jednym z trzech munrosów na które startuje się ze stacji kolejowej położonej w samym środku Rannoch Moor. O ile droga A82 jedynie zahacza o RM pociąg przecina je z południa na północ - odcinek pomiędzy Bridge of Orchy a Spean Bridge jest, z wyjątkiem jednego miejsca, w ogóle niedostępny samochodem. Logistyka całej operacji okazała się znacznie mniej skomplikowana niż sądziliśmy. Rano dojechaliśmy do Tyndrum, tam złapaliśmy pociąg, po niecałej godzinie wysiedliśmy na Corrour Station. Pociąg powrotny miał być o 18 czyli mieliśmy sześć godzin na zdoybycie munrosa.

Podróż przez Rannoch Moor było tym co ekscytowało najbardziej, nawet pomimo słabej pogody. Szkocja tak ma że większość krajobrazów nabiera uroku dopiero przy odpowiednim świetle. Ciekawe, że Rannoch Moor nie jest aż takim pustkowiem i dziczą jak może się wydawać. Są plantacje leśne, drogi, płoty, jakieś szopy, generalnie ślady działalności i pobytu człowieka. Trochę to odbiega od romantycznej wizji jaką miałam w głowie.



Jak wspomniałam do pociągu wsiedliśmy w Tyndrum. Kolejną stacją było Bridge of Orchy i za nią pociąg odbił w Rannoch Moor. Pierwszą stacją na RM jest Rannoch Station, i to właśnie tam można dojechać samochodem. Kolejna stacja - nasza docelowa - Corrour, jest już osiągalna tylko po szynach albo z buta i z tego powodu ma w niektórych kręgach status miejsca kultowego. 

Ci, którzy munrobaggingiem i highlandami się nie interesują, także mogą Corrour Station kojarzyć ze sceny z Trainspotting, swoją drogą osobiście i scenę, i monolog i film uwielbiam:

https://www.youtube.com/watch?v=xtbS_PdA198



Plan był taki że idziemy na munrosa a jeśli zostanie nam jeszcze czas do pociągu spędzimy go w knajpie - Corrour Station House. To był bardzo dobry plan.



W tle korbet Leum Uilleim. Gdyby pójść w tamtą stronę doszłoby się do Kinlochleven. A tam w prawo gdzie jaśniej - prosto w The Mamores.



Przy czym od samego początku było jasne że widoków żadnych nie będzie. Sam Beinn na Lap ginął we mgle, widzieliśmy jedynie jakieś połogie szarozielone zbocze. Pogoda typowa dla szkockiego lipca i pierwszej połowy sierpnia.



Na tej konkretnej wycieczce największą atrakcją była podróż pociągiem oraz znalezienie się w miejscu do którego nie jest tak łatwo się dostać.



Poniżej początek Loch Ossian:



Beinn na Lap pomimo statusu munro jest typowym pagórem co nieźle oddaje poniższe zdjęcie. Od stacji półtora kilometra po płaszczyźnie a potem trzy i pół dreptaniny do góry. Krótszym munrosowym celem był jak dotąd jedynie położony po przeciwnej stronie wrzosowiska Meall Buidhe.



Zdjęcia z włażenia raczej nie zapierają tchu w piersiach. Bez GPSa mogłoby być ciężko - gdyby człowiek zszedł w złą dolinę, powrót do cywilizacji (a najbliższą cywilizacją jest w tym wypadku Corrour Station) mógłby trwać bardzo długo. Serio popatrzcie sobie na mapę chociażby na Walkhighlands, jakie tam są odległości między drogami. Kolejne takie kawałki to rejon Loch Monar i Loch Mullardoch oraz Cairngormski Park Narodowy.



Szczyt, pardon my french, dupy nie urywa, zwłaszcza w warunkach takich jakie nam się trafiły.



Pośpieszny (ze względu na deszcz) powrót miał miejsce po własnych śladach. Okazało się, że cała eskapada zajęła nam trzy i pół godziny zatem do naszego pociągu było jeszcze mnóstwo czasu. Warunki żeby go spędzić mieliśmy jednak komfortowe:



Jedzenie ze swej strony bardzo polecam, a testowałam risotto z dynią i lody. Zakupiłam też magnes do kolekcji oraz przewodnik po wszystkich szkockich bothy - tych w Lowlands także.



Na Corrour wybierzemy się znowu ponieważ jest to punkt startowy na jeszcze dwa munrosy, deptane w parze. Tym razem trzeba będzie się lepiej wstrzelić z pogodą bo wiem że Rannoch Moor ma dużo więcej do zaprezentowania i pozachwycania się.



Trasa na Beinn na Lap i z powrotem to 10km.

 

 

wtorek, 28 marca 2017

 

Nr 205, Ciste Dhubh

Wymowa: kista du

Znaczenie nazwy: black chest (za MunroMagic)

Wysokość: 979m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 173.

Data wejścia: 26.3.17

 

Na kolejny dzień tego pięknego weekendu zaplanowaliśmy munrosa Ciste Dhubh w niezrównanej Glen Shiel. Tam ciężko o nieudany wypad. Ciste Dhubh można połączyć z trzema munrosami Brothers Ridge ale nie jestem Cameronem McNeishem ani moim bratem, po górach nie biegam, a dodatkowo mieliśmy w nogach zrobionego poprzedniego dnia Gulvaina. Taka trzynastokilometrowa trasa wydawała się w sam raz.

Poranny postój pod pomnikiem komandosów koło Spean Bridge - widać kawałek zimowej północnej ściany Ben Nevisa:



Loch Cluanie:



Parking znajduje się na wysokości niewielkiego lasku, może z kilometr od Cluanie Inn. 

Trzynaście kilometrów to jedno, ale to Glen Shiel, więc zapyla się do góry od samego początku, bez szansy na rozgrzewkę - Glen Shiel nie daje forów. Tu trzeba popracować. 



W południowej grani zostały nam jeszcze cztery munrosy. 



Wspinamy się - jak to w Glen Shiel, dość żmudnie - na grańkę skromnie wciśniętą między wielkie masywy Brothers Ridge od zachodu oraz A'Chralaiga z sąsiadem od wschodu. Jej kulminacją jest korbet Am Bathach. Kiedy już pokona się pierwszą stromiznę i osiągnie faktyczną grań, zaczyna być przyjemnie.

Widoczny po lewej szczycik An Cnapach poczatkowo wzięliśmy za wierzchołek munrosa. Widać było że śniegu trochę jest, ale powinno być ok. Tym razem raki i czekany zostawiliśmy w bagażniku i mogliśmy tylko mieć nadzieję że to słuszna decyzja.



Właściwy wierzchołek munrosa odsłonił się dopiero z podejścia na Am Bathach. Widok był pod takim kątem iż nie było widać czy trawers jest w śniegu, ale ludzie których spotkaliśmy na trasie również nie mieli zimowego ekwipunku, co było pocieszające. Szlag by mnie trafił gdybym musiała się wycofać.



Pełny widok z wierzchołka korbeta - tu już widać było że śnieg leży jedynie na krawędzi klifów a więc będzie luz. Swoją drogą Ciste Dhubh to bardzo piękny szczyt, nawet jak na takie zagłębie imponujących munrosów jak Glen Shiel.



Urodą prawie dorównuje Pięciu Siostrom:



Z Am Bathach zeszliśmy na głęboką przełęcz, skąd wracając mieliśmy schodzić w dolinę. Można stąd kontynuować także w kierunku Brothers Ridge. Z przełęczy rozpoczęliśmy kilkuetapowe podchodzenie na munrosa. Pierwszy odcinek, bardzo stromy, był po czymś w rodzaju pionowego bagna (przesadzam, ale tylko trochę) bo wszystko tam płynęło łącznie ze ścieżką którą radośnie pluskał strumyk, i taplaliśmy się w błocie. Ponad tym nieprzyjemnym kawałkiem jest kolejny fragment, odrobinę łagodniej nachylony i bardziej suchy. Podchodzimy nim pod szczycik An Cnapach - ten skalny trójkąt który z początku wzięliśmy za szczyt - i można albo przez niego przejść, albo go strawersować (co też uczyniliśmy albowiem było już nieprzyzwoicie późno).



An Cnapach na drugim planie, na kolejnym Am Bathach. To ostatnie podejście wzdłuż klifów jest cudowne. Momentami bardzo uważałam, bo stromizna po lewej (zdjęcia nigdy nie oddają tego dobrze, chyba że mówimy o pionowych tatrzańskich ścianach których fotografie ciężko spieprzyć) była znaczna, a ścieżka śliska i gdzieniegdzie jednak ten śnieg zalegał. Partie szczytowe Ciste Dhubh mogą nie być trudne do sforsowania ale zdecydowanie są powietrzne.



Ale poważnie, czyż to nie jest piękna góra? 



Przed widocznym na poprzednim zdjęciu obniżeniem miałam moment lekkiego pietra, bo na wąskim fragmencie grani leżał płytki śnieg, taki w sam raz żeby na nim pojechać i sturlać się w dolinę. Trzeba było usiąść na tyłku...

Generalnie jednak śnieg nie przeszkadzał, poprzedni baggerzy wydeptali eleganckie stopnie.



W tle Brothers Ridge a na najostatniejszym planie po lewej wychyla się Ben Nevis:



Chyba jedyne zdjęcie które jakoś oddaje to wrażenie powietrzności:



Widok z wierzchołka oczywiście jest spektakularny ale nieco cierpi przez fakt że Ciste Dhubh, choć charakterny, jest raczej średnich rozmiarów munrosem i trochę ginie przy swoich wyższych sąsiadach. W panoramie najokazalej przezentują się oczywiście Siostry, choć po raz pierwszy uważnie przypatrzyłam się także Braciom i zaimponowali mi liniami i kubaturą.



Szczytowe. Upał był, jak na marzec, nieziemski.



Mam Sodhail i Carn Eige, najwyższe szczyty Gór Kaledońskich (Ben Nevis należy do Grampianów). Po lewej wychyla się Liathach. Na żywo wyraźnie było widać pinakle Am Fasarinen. Cóż za widoczność :)



Nie było czasu żeby delektować się widokami, po paru minutach rozpoczęliśmy odwrót.



Ze szczytu munrosa do samochodu udało nam sie dojść w trochę ponad dwie godziny co dowodzi że dobrze mieć grawitację po swojej stronie.

Po tej wycieczce zostałam wielką fanką Ciste Dhubh - uważam że to jeden z fajniejszych munrosów w ogóle. Zdecydowanie cel nie tylko dla baggerów. Generalnie miniony weekend był cudowny: granie, wysokość, wysiłek, morze szczytów po horyzont... Bardzo mi tego brakowało.

 

 

 Nr 204, Gulvain (Gaor Bheinn)

Wymowa: gul-wan

Znaczenie nazwy: noisy hill (za MunroMagic)

Wysokość: 987m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 161.

Data wejścia: 25.3.17 

 

Ostatni weekend miał być piękny w całej Szkocji więc w końcu, po pięciu miesiącach, udało się pojechać na Zachód. Zwłaszcza po ostatnim wyjściu już mi się żyć nie chciało od tych płaskowyży - mają swój urok ale w zdecydowanie mniejszych dawkach.

Gulvein znajduje się o rzut ziemniakiem od Fort William w kierunku Glenfinnan. Jadąc z FW przez Road to the Isles (A 830) należy z niej skręcić na A 861 za którym to skrętem od razu jest zatoczka gdzie można zaparkować. Stamtąd kierujemy się wdłuż strumienia do Gleann Fionnlighe i nią kontynuujemy (po prawie płaskim, kilkakrotnie przekraczając meandrujący strumień) przez siedem kilometrów aż po podstawę Gulvaina.

To uczciwa góra. Tu panie nie ma regli, masz płaskie i z płaskiego wyrasta ci zbocze, od razu wiadomo o co chodzi. Przy kopczyku ścieżka się rozdziela - należy skręcić w prawo.



Podchodzenie zboczem Gulvaina jest żmudne - stromizna nie jest jakaś ekstremalna ale wystarczająca żeby stało się jasne że ma tym munrosie trzeba będzie popracować. Dzięki temu jednak wysokość nabiera się szybko - kiedy wreszcie zza sąsiedniego wału wyłania się Ben Nevis oznacza to że już niedaleko do wypłaszczenia.



Za plecami mamy spektakularny widok na góry rejonów Ardgour, Moidart i Sunart - choć nie ma tam munrosów absolutnie nie ustępują im charakterem.



Na południowy zachód z kolei pięknie widać grupę Ben Nevisa, The Mamores oraz Glencoe.



Północny, właściwy wierzchołek Gulvaina zaczyna być widać dopiero gdy osiągamy wypłaszczenie z którego pozostaje już tylko ostatnie krótkie podejście na niższy wierzchołek południowy (961m n.p.m., czyli zalicza się do munro tops - szczytów powyżej magicznych trzech tysięcy stóp ale o zbyt małej wybitności by zasłużyć na status samodzielnego munrosa).



Tu już stało się jasne, że można było nie targać raków i czekanów... Kilka dni znośnej pogody i większość śniegu zniknęła. Zostało akurat tyle żeby było bardziej fotogenicznie.



Zoom na Cuilliny i Blavena (po prawej, zlewa się z granią):



Na Ben Nevisie i sąsiadach warunki panują jeszcze zimowe, na północnej ścianie raki będą pewnie niezbędne co najmniej do maja.



Marsz granią pomiędzy wierzchołkami Gulvaina to czysta przyjemność (wiem, że się powtarzam, ale te płaskowyże prześladowały mnie już po nocach).



Odcinek pomiędzy wierzchołkami liczy sobie nieco ponad kilometr. Poniżej można wypatrzeć na podejściu dwie osoby - to niestety dość trudne przy tym rozmiarze zdjęcia - ale warto spróbować bo pomaga sobie uświadomić proporcje finałowego odcinka.



Jedno z bardziej udanych zdjęć szczytowych:



Grań od Sgurr na Ciche, poprzez Garbh Chioch Mhor po Sgurr nan Coireachan - trzy już zdobyte, spektakularne munrosy.



Kontemplowanie panoramy z Gulvaina, zwłaszcza w kierunku północnym, było fascynującem zajęciem - szczyt jest rewelacyjnym punktem widokowym. W miarę jak coraz lepiej poznaję Highland, kiedy staję na kolejnej górze mam uczucie jakby nowe puzzle wskakiwały na swoje miejsce - za każdym razem jestem w stanie rozpoznać więcej szczytów.



Jedyną sensowna opcją jest powrót po własnych śladach, choć ludzie którzy szli przed nami wybrali kontynuowanie na północ - chyba na dziki biwak, bo w tamtą stronę jest dość daleko do cywilizacji...



Dolina, którą rano prawie przebiegliśmy, tym razem wydawała się mieć nie siedem, a trzy razy po siedem kilometrów. Do samochodu doszliśmy kiedy zaczynał zapadać zmierzch, co nie było zresztą problemem ponieważ nocleg mieliśmy w nieodległym Banavie, w testowanym już kilkakrotnie hostelu Chase the Wild Goose >>LINK<< (bardzo klasyczny hostel, na szczęście nie jest to SYHA więc pokoje są koedukacyjne - czysto i jeżeli komuś nie przeszkadza typowa hostelowa siermiężność i "studenckość" warunków, polecam).

Gulvaina wspominać będę z sentymentem - to naprawdę ładna góra, w dodatku wspaniale położona. Po raz pierwszy od dawna nie miałam poczucia że wchodzę, bo muszę. Co prawda poczucie to na praktycznie każdej wycieczce rozwiewa się w końcu, zastąpione przez radość łażenia, ale tu nie było go w ogóle. 

 

niedziela, 19 marca 2017

 

Nr 203, Beinn Dearg

Wymowa: bin dierek

Znaczenie nazwy: red hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1008m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 124.

Data wejścia: 18.3.17

 

Po ostatniej niezwykle malowniczej wycieczce na Zachód powróciliśmy do Naleśnikowej Krainy. Wczoraj akceptowalna (tzn. nie "dobra", ale od biedy umożliwiająca outdoor) pogoda była tylko nad wschodnią częścią Grampianów. Czyli rejonem który eksplorujemy od jesieni, głównie właśnie ze względu na sprzyjające warunki bo przecież nie miłość do plaskaczy.

Na Beinn Dearg idzie się z parkingu w Old Bridge of Tilt nieopodal Blair Atholl. Żadna z tych miejscowości metropolią nie jest za to są bardzo malownicze. Jest to potężna wyrypa - liczy sobie 29 kilometrów.

Idzie się po niekończących się wrzosowiskach z których co chwila wylatują z furkotem pardwy. Cały czas powolutku nabieramy wysokości - dlatego na finałowym podejściu przewyższenia będzie jedynie 200 metrów.



Pogoda nie rozpieszczała. Prawie cały czas mżyło. Tę konkretną wycieczkę, w tych warunkach, zdecydowanie można zaklasyfikować jako "dla koneserów".



Bothy Allt Sheicheachan okazało się całkiem przytulne w środku. Oczywiście podkreślić należy że szkockie bothies nie oferują takich luksusów jak prąd, gaz czy umeblowanie (choć tu stół i ławy się znalazły) - niby to oczywiste ale może warto podkreślić. To skorupa do której można się skryć przed żywiołami, która nic poza tym nie ma wspólnego ze schroniskiem.



Pomimo warunków byliśmy zadowoleni. Było wszystko czego potrzeba do resetu: dzicz, pustka, bardzo niewiele oznak ludzkiej ingerencji. Poniżej Janek i ciasteczko demonstrują jak bardzo są zadowoleni:



Po lewej widać ścieżkę - Janek siedział na rozwidleniu dróg (jedną przyszliśmy, drugą mieliśmy wracać) a właśnie od rozwidlenia zaczyna się podchodzenie na Beinn Dearga. Stromizn tu nie ma, a jednak to munros i to wcale nie mały - dlatego ta trasa jest tak długa.



Z dalszego podchodzenia zdjęć brak, raz że mżyło a dwa że nie bardzo było co uwieczniać. Ot, połacie śnieżno - wrzosowych łagodnych zboczy, nie różniące się wiele od tego co na poprzednich fotkach. Szczytowe jednak tradycyjnie zostało zrobione.



Na wierzchołku zabawiliśmy góra dziesięć minut. Schodzenie było równie ekscytujące jak wchodzenie, acz sytuacja się nieco poprawiła kiedy wyszliśmy z najgorszej chmury i coś niecoś zaczęło być widać. Poniżej bothy z ciekawej perspektywy:



Tak natomiast wyglądał początek wariantu zejściowego, tego za rozwidleniem. Swoją drogą czy dało by się wymyślić bardziej różniące się pod każdym względem szkockie klimaty niż te z tej i poprzedniej notki?



Kolejne parę kilometrów przeszliśmy właśnie w takiej scenerii. Plusem jest że kiedy nie ma czym się zachwycać kwitną ciekawe rozmowy i w rezultacie takie wycieczki odprężają mentalnie nie mniej niż te kiedy całą uwagę pochłania piękno otoczenia.

Pierwszym i jedynym mniej burym akcentem okazała się Glen Tilt:



Jest to bardzo malownicza dolina którą parę lat temu szliśmy na munrosa Carn a'Chlamain. Tym razem końcówka trasy biegła zboczami wysoko ponad jej dnem.



Bryła po lewej zaś to właśnie masyw Carn a'Chlamain:



Na końcówce szłam już z niejakim trudem. 29 kilosów nawet w większości po prawie płaskim to jest konkret...



Nie jestem niestety w stanie ocenić na ile widowiskowa była trasa ponieważ widoków prawie nie mieliśmy. Sam munros wrażenia nie robi. Cel raczej tylko dla baggerów albo świrów pokroju mojego brata którzy lubią biegać po górach. Oraz miłośników dziczy, surowych klimatów i atmosfery totalnego odludzia - ci na pewno nie będą zawiedzeni.

 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34