statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
poniedziałek, 05 września 2016

 

Nr 192, Carn Gorm; nr 193, Meall Garbh; nr 194, Cairn Mairg; nr. 195, Meall nan Aighean

Wymowa: karn gorm; mil garw; karn merg; mil nan ijan

Znaczenie nazwy: blue cairn shaped hill; rounded rough hill; cairn shaped peak of sorrow; hill of the hinds  (za MunroMagic)

Wysokość: 1029 m n.p.m.; 968 m n.p.m.; 1041 m n.p.m.; 981 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 103.; 186.; 91.; 169.

Data wejścia: 2.9.16

W tym bliskim domu rejonie została nam już tylko garstka munrosów. Na początku łażenia, kiedy jeszcze nie planowaliśmy że skompletujemy wszystkie, jeździliśmy po prostu głównie tam gdzie było blisko. Nieliczne niedobitki obecnie zostawiamy na krókie jesienne i zimowe dni acz wiadomo było że dla tej konkretnej trasy zrobimy wyjątek - cztery munrosy to jednak cztery munrosy i potrzeba nieco więcej czasu, nawet pomimo iż tura liczy sobie zaledwie 18 km.

Owa czwórka znajduje się w Glen Lyon dokładnie pomiędzy grupą Lawersa a Shiechallionem. Start z miejscowości Invervar. Polecam zapoznać się z info dotyczącym polowań na jelenie (sprawa musi być poważna, skoro ktoś pofatygował się włożyć nam ulotkę za wycieraczkę): >>LINK<<.

Samochód można zostawić na malutkim parkingu po południowej stronie drogi. Potem mijamy budkę telefoniczną i skręcamy w prawo by przejść przez bramę. Kontynuujemy wzdłuż potoku. Niestety na tym fragmencie odbywają się teraz prace leśne przez co kawałek jest dość nieprzyjemny i męczący do przejścia oraz jeździ tam ciężki sprzęt. Alternatywną opcją jest nasza trasa zejściowa (choć jak możecie przeczytać w notce o polowaniach z nie do końca jasnych dla mnie przyczyn zalecane jest pokonywanie tej trasy zgodnie z ruchem wskazówek zegara). Po przejściu przez teren robót należy przeprawić się przez strumień po metalowym mostku a dalej już bez komplikacji wyraźna ścieżka wyprowadza na ramię pierwszego munrosa, Carn Gorma. Nie bardzo jest gdzie i jak się rozchodzić, od razu uderzamy do góry.

Ramię jest długie i przechodzimy przez kilka fałszywych wierzchołków. Poniżej widok z tego podejścia na wierzchołki Carn Mairg i Meall nan Aighean:

Na tym etapie pogodę mieliśmy dość paskudną. Cóż, nie pierwsze to i nie ostanie takie zdjęcie szczytowe. BBC zapowiadało jednak poprawę pogody z biegiem dnia i tej nadziei się trzymaliśmy.

Droga na munrosa numer dwa. Pomniejszy szczycik An Sgorr można zupełnie strawersować co też uczyniliśmy bo przy tak nędznej widoczności włażenie nań nie miało sensu.

Najgorzej jest wejść na pierwszego munrosa, potem jest już aż do ostatniego naprawdę łatwo. Przewyższenia są niewielkie i dużo płaskiego. Ścieżka jest na tyle wyraźna by nie zgubić drogi we mgle.

Na Meall Garbh, czyli jakie realia taki Żelazny Tron plus bonusowy Shiechallion w tle:

Tym razem Shiechallion po lewej. Była to nasza pierwsza wycieczka gdzie testowaliśmy chodzenie w rakach. Udało mi się wtedy założyć je - nie kłamię - zębami do tyłu, co Mariusz z regularnościa zegarka wypomina mi do dzisiaj i zapewne będzie wypominał już do końca życia. Jak ten dziadek z Syberii, co podczas posiłku znienacka wali babcię w łeb drewnianą łyżką - "Bo jak se przypomnę, żem jak cię brał toś dziewicą nie była"...

Po prawej z kolei widnieje wierzchołek Cairn Mairg.

Tuż przed osiągnięciem Cairn Mairg pogoda zaczęła się poprawiać w piorunującym tempie, zresztą zgodnie z prognozami BBC. I do końca dnia miało już być tylko lepiej.

Szczyt - ponownie wszędobyslki Shiechallion kradnie show.

Żadna z gór zdeptanych tego dnia nie jest charakterna, w ogóle munrosy w tym rejonie (south-eastern highlands) są bardzo mało spektakularne. A jednak ich nagromadzenie, dzikość terenu nie aż tak zaawansowana jak na Północy ale jak na sąsiedztwo Pasa Centralnego zadziwiająca, wreszcie mnogość lasów - to wszystko składa się na piękny klimat.

Droga na Meall nan Aighean:

Oraz spojrzenie z jego szczytu na Cairn Mairg. Dawno już nie byłam tak relatywnie świeża na czwartym zdobytym z rzędu munrosie. Przez świeżość należy oczywiście rozumieć zachowaną wolę życia, resztki energii oraz poczucie że jednak nie umrze się podczas zejścia, a nie kondycję skarpet.

Na południu widać fragment Loch Tay.

Tu z grubsza cała trasa, widać trzy zdeptane munros a my jesteśmy na czwartym:

Mariusz nie mógł się dość napstrykać żeby zrekompensować sobie widokową biedę z początku wycieczki.

Po lewej w tle Meall Ghaordaidh. Po prawej Carn Gorm - widać że to jednak jest całkiem niezła wyrypa żeby się na niego wbić:

Meall Greigh i Ben Lawers. Na Lawersa, dziesiątego na liście munrosów, który oglądany na żywo od strony Glen Lyon rozwala kubaturą, trzeba będzie jeszcze wejść. Nie mieliśmy z niego bowiem żadnych widoków.

Glen Lyon w wieczornym świetle wyglądała przecudownie, wynagradzając nam mizerię pogodową z przedpołudnia.

Z niższego wierzchołka Meall nan Aighean schodzi się charakterystycznym ramieniem. W pewnym momencie należy opuścić drogę na rzecz słabo widocznej myśliwskiej ścieżki (nie umiem sprecyzować kiedy dokładnie, może Mariusz wytłumaczy w komentarzach). Sprowadza ona, łagodnie i malowniczo trawersując (rozkosz dla kolan) do drogi już za terenem leśnych robót. który tak nas umęczył z rana. Moment wyjścia na drogę - gdyby ktoś wolał tym wariantem wchodzić - widać na zdjęciu. Ścieżka jak już się na nią wejdzie jest wyraźna, ale na tym początkowym odcinku trudno ją wypatrzeć z drogi ze względu na wybujałe paprocie.

Jak na czteromunrosówkę wyprawa okazała się relatywnie lekka - to tylko 18 km acz podejście na Carn Gorma może dać popalić.

Jeszcze raz przypominam o przeczytaniu info o deer stalking. Czy się zastosujecie to wasz wybór ale niech będzie świadomy.


 

środa, 31 sierpnia 2016

 

Nr 189, Cona' Mheall; nr 190, Meall nan Ceapraichean; nr 191, Eididh nan Clach Geala

Wymowa: kona-wel; mil nan kjaprihan; edżi nan klah gjala

Znaczenie nazwy: adjoining hill; hill of the stubby hillocks; web of the white stones (za MunroMagic)

Wysokość: 978 m n.p.m.; 977 m n.p.m.; 927 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 176.; 177.; 257.

Data wejścia: 27.8.16

 Do tej docelowo czteromunrosowej trasy przymierzaliśmy się kilka lat temu, ale udało się wówczas zrobić jedynie Beinn Dearga. Zresztą wyłącznie dlatego iż jest to główny i najbardziej znany munros grupy, prowadzi zatem na niego wyraźna droga którą jakoś odnaleźliśmy pomimo mgły i ulewy. Widoczność była wtedy na kilkanaście metrów. Odhaczenie Beinn Dearga pozwoliło zaoszczędzić jakieś półtora kilometra - niewiele ale przy dość kobylastej trasie, every little helps.

Po lewej Meall nan Ceapraichean i Beinn Dearg zdjęte z portu w Ullapool:

Start z parkingu przy drodze A835 nieco na południe od Inverlael Bridge (zwracać uwagę na czerwoną budkę telefoniczną która zdecydowanie widziała lepsze czasy). Po może trzykilowym marszu przez las ścieżka zaczyna się wznosić zboczem ponad doliną (Gleann na Sguaib). 

Kolejne kilka kilometrów to spokojny, nieforsowny marsz. Wysokość nabiera się bezboleśnie. W którymś momencie w lewo będzie się odgałęziała nasza późniejsza ścieżka zejściowa.

Na przełęczy pomiędzy Beinn Dearg i Meall nan Ceapraichean widać już, że większość roboty została zrobiona. Plateau ma tu wysokość niewiele poniżej 900 m n.p.m., oba munrosy są stąd w zasięgu spacerowym, a i na Cona' Mheall nie jest bynajmniej daleko. Ten właśnie munros okazał się najładniejszy i najbardziej widokowy z wszystkich trzech. Raz, że jako jedyny miał trochę charakteru w postaci południowych, skalistych zboczy; dwa, widok na Coire Ghranda jest urzekający:

Tak pięknie prezentuje się Beinn Dearg, z którego poprzednim razem nie widzieliśmy absolutnie nic:

Po raz kolejny Coire Ghranda i Loch Glascarnoch w tle:

Widok na wspomnianą przełęcz z podszczytowych partii Cona' Mheall. Po lewej początek kopuły Beinn Dearga, po prawej Meall nan Ceapraichean. 

Wierzchołek Cona' Mheall to najdalszy punkt tej trasy od samochodu.

Seana Braigh na której umordowaliśmy się rok temu. Wierzchołek po lewej, foremna piramidka zaś to Creag an Duine, zwieńczenie scramblingowej grani.

Jedna z najpiękniejszych gór Szkocji czyli An Teallach:

Na Meall nan Ceapraichean naprawdę jest spacer. Poniżej niemal pełen przegląd wzgórz Coigach i Assyntu, od Ben Mor Coigach po Suilvena:

Ullapool, Loch Broom i ledwo widoczne Summer Isles:

(Od prawej) An Teallach oraz Fisherfield Six, wyrypa która mnie przeraża niewiele mniej niż Inn Pinn choć z innych powodów:

Zejście z drugiego munro i podejście na Eididh nan Clach Geala również nie należy do szczególnie forsownych. Sam Eididh jest najbardziej kopiasty z całej dominującej nad płaskowyżem piątki.

Bardzo tęsknię za tą najdalszą północą Szkocji na której nie byliśmy już od roku. 

Zoom na turnie Torridonu:

Ścieżka która sprowadza z Eididha to ta która była wspomniana na początku. Niestety z tego ostaniego munrosa jest jeszcze odległościowo spory kawał. plusem jest to że niemal całą trasę zejściową widać, poza ostatnim kawałkiem już najniżej w lesie. 

Właściwie jedynym mankamentem tej wycieczki dla ludzi z pasa centralnego jest odległość, która praktycznie wymusza nocleg na miejscu. Ponieważ postanowiliśmy nieco rozszerzyć tematykę bloga, wkrótce zaczniemy wrzucać subiektywne opinie na temat miejsc gdzie przyszło nam nocować - oraz rzecz jasna koszty. Mam nadzieję że takie informacje okażą się przydatne.

Tura liczy ok. 24 kilometry. 

 


 

 

wtorek, 21 czerwca 2016

 

Nr 185, Carn a'Choire Bhoidheach; nr 186, Carn an t-Sagairt Mor; nr 187, Cairn Bannoch; nr 188, Broad Cairn

Wymowa: karn a kori wojih; karn ant sagart mor; kern banoh; angielska

Znaczenie nazwy: peak of the beautiful corrie; big peak of the priest; cairn-like hill of the cake; broad cairn-like hill (za MunroMagic)

Wysokość: 1110m n.p.m.; 1047 m n.p.m.; 1012 m n.p.m.; 998 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 42.; 83.; 117.; 142.

Data wejścia: 18.6.2016

Lochanagar Circuit obejmuje pięć munrosów, ale że na samym Lochnagarze już byliśmy, tym razem postanowiliśmy go strawersować. Trochę szkoda bo to piękna góra i warto byłoby jeszcze raz stanąć na szczycie, ale trasa nawet trawersując to ok. 28 km. 

Start z parkingu w Spittal of Glenmuick. Wyjście na plateau będzie największym wysiłkiem - ten odcinek ma 6-7 km, stromiej jest tylko na końcówce, już przy samym słynnym kotle Lochnagaru. Do tego momentu jest dreptanina przez wrzosy:

Kocioł w rzeczy samej jest piękny. Zdjęcia i relacja z poprzedniej wycieczki tu: >>LINK<

Tym razem dosyć się nam śpieszyło, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na poświęcenie mu należytej uwagi.

Jak wspomniałam główne wyzwanie to wspiąć się na płaskowyż. Delikatne wybrzuszenia munrosów stanowią po prostu jego najwyższe punkty. Że znajdujemy się w górach i to jak na Szkocję całkiem wysokich, czuć dopiero kiedy jesteśmy blisko krawędzi plateau, tak jak poniżej - placek po lewej to munro Carn a'Choire Bhoidheach. Również posiada bardzo ładny kocioł, o wiele mniej znany niż sąsiedni kocioł Lochnagaru. Poszliśmy na wzniesienie na samej krawędzi kotła, The Stuic, żeby popodziwiać widoki. 

Z The Stuic na wierzchołek naszego pierwszego munrosa był moment.

Krajobraz płaskowyżu Mounth. Jakże inny od Kintail. Nie da się znaleźć w Highlandzie dwu bardziej różniących się typów krajobrazu górskiego (pomijam Cuilliny bo one są w ogóle do niczego lokalnego niepodobne).

Podejście na kolejnego munro Carn an t-Sagairt Mor jest tak łagodne że trudno sobie wyobrazić że może być jeszcze łatwiej (a będzie...). W tle numer trzy Cairn Bannoch.

Carn an t-Sagairt Mor ma dwa wierzchołki oznaczone kopcami, z których południowy jest wyższy (na zdjęciu północny). To co najciekawsze znajduje się na zboczach: szczątki wojskowego samolotu który rozbił się z nieznanych przyczyn w 1956 roku. Fragmenty są porozrzucane na dość sporym obszerze ale parę z nich leży zaledwie kilkadziesiąt metrów na wschód od północnego wierzchołka.

Na Cairn Bannoch jest spacer, dlatego tak się zagadaliśmy że z tego odcinka prawie nie ma zdjęć.

Wierzchołek tym razem jest oczywisty, bo przykryty naturalną czapą z kamieni.

Ostatni munrosowy odcinek - na Broad Cairn - to po prostu promenada. Bardzo ciężko uwierzyć że te dwa wyprztyki w plateau są na tyle prominentne żeby mieć status munrosów. Obniżenie pomiędzy nimi ma w najniższym punkcie, o ile dobrze czytam mapę, 934 m n.p.m. Ależ różnica po zdobywanych w pocie czoła czterech munrosach Loch Mullardoch, z których każdy stanowił samodzielną, potężną górę.

Wierzchołek Broad Carn jest również ubrany w kamienną czapeczkę.

Widok z Broad Carn na Loch Muick jest niewątpliwie piękny, ale mnie fascynuje głównie rzeźba terenu, a dokładnie płaskowyże z trzech stron. Nawiasem widać (choć przy tym rozmiarze zdjęcia dojrzenie ścieżek jest problematyczne) niemal całą drogę zejściową, która najpierw schodzi na płaski teren ponad jeziorem, potem niewidocznymi od tej strony zygzakami zbiega stromo nad wodę i wreszcie kontynuuje do lasku w którym znajduje się parking.

Zaoferowano nam rzadką opcję zrobienia zdjęcia grupowego, więc skorzystaliśmy:

Poniżej Broad Cairn i plateau ze ścieżki nad jeziorem. Z dołu czuć ten ogrom i trudno uwierzyć że kiedy się po tym łazi człowiek ma wrażenie zaliczania kolejnych garbków, nie czując w ogóle wysokości.

Na końcowym odcinku spotkaliśmy dwa renifery. Nie były przesadnie płochliwe ale też nie dążyły do konfrontacji. Jeden umknął w dół zbocza:

Drugi natomiast w górę, i bardzo przebiegle się zakamuflował :D 

Do Spittal of Glenmuick doszliśmy nieco obolali, ale nie było porównania z wycieczką nad Loch Mullardoch pomimo podobnej odległości i takiej samej liczby zdobytych munrosów. Jest to chyba najłatwiejsza wielomunrosówka jak dotąd, nawet sąsiednie cztery munrosy Glen Shee wspominam nieco ciężej. Jedyne co może zmęczyć to dystans bo podejść jest naprawdę niewiele. Polecam oczywiście w wersji z Lochnagarem, w sumie z perspektywy myślę że nie stanowiłoby różnicy gdybyśmy jednak na niego weszli. 

Mapka ASAP.



sobota, 11 czerwca 2016

 

Nr 183, Spidean Mialach; nr 184, Gleouraich

Wymowa: spidżyn milah; glorih

Znaczenie nazwy: peak of deer; noisy hill / roaring (za MunroMagic i Walkhighlands)

Wysokość: 996m n.p.m.; 1035 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 146.; 97.

Data wejścia: 4.6.2016

Po Mullardoch potrzebowaliśmy całego dnia na regenerację po czym na pożegnanie zdecydowaliśmy że ogarniemy jeszcze te dwa munrosy nad Loch Quoich. Po poprzedniej wyrypie 12 kilometrów brzmiało to jak przebieżka.

O mały włos nie zrobilibyśmy jednak tej trasy... Tego ranka wszystko było w chmurach. Kiedy dojechaliśmy do Glen Quoich chmury te odsłaniały jedynie początkowe partie zboczy. Nie bardzo nam się chciało marnować ładne góry na taki dzień tym bardziej że i tak już mieliśmy poczucie spełnionego obowiązku. Pojeździliśmy trochę po dolinie by przed dwunastą zdecydować że się przeciera i jednak idziemy.

Jak widać na ścieżki wychodzi się prosto z szosy. Parking znajduje się trochę na lewo od butka.

Od południa Spidean Mialach i Gleouraich są dość kopiaste (charakteru nadaje im północna strona). Na Spideana wchodzi się połogim zboczem które u zarania kopuły szczytowej przechodzi w rumowisko. 

Ten etap byłby nudny gdyby nie poszerzająca się panorama w tle.

Poniżej niestety przyczyna dlaczego lato nie jest moją ulubioną porą roku w Highlandzie (tak wiem że jeszcze jest wiosna, niemniej temperatura była letnia a to o nią tu chodzi) - kiedy robi się naprawdę ciepło cała wilgoć uwięziona w mchach i wrzosach zaczyna parować i w piękny, słoneczny dzień całkowicie siada widoczność. 

Na szczycie Spidean Mialach. Oba munrosy były (wg standardów highlandzkich) dosłownie oblężone przez turystów. Najwyższy punkt w tle to Sgurr nan Conbhairean a plaskacz obok to Carn Ghluasaid.

Tu widać że północna strona odbiega charakterem od terenu którym wchodziliśmy. Na trzecim planie oba wierzchołki Gleouraicha.

Ten brudny kolor nieba pomimo rozwiania się chmur i słonecznego dnia to właśnie efekt parowania i przyczyna dla której wolę już nawet jesień:

Stoję dokładnie w tym miejscu gdzie człowiek powyżej:

Mam Sodhail i Carn Eighe w Glen Affric, najwyższe munrosy po tej stronie Great Glen, potencjalny nieziemski punkt widokowy oraz wyrypa niewiele krótsza od czwórki nad Mullardoch:

Za przełęczą pomiędzy oba munrosami jest najbardziej strome podejście na trasie. Za nim znajduje się przedwierzchołek, kolejna znacznie płytsza przełęcz oraz krótka grań na wierzchołek właściwy.

Rzut oka na Spideana:

Na szczycie Gleouraicha. Najbardziej cieszą widoki na południową grań Glen Shiel ale takiej przestrzeni nie da się zmieścić na fotografii. 

Niepokoiłam się jak będzie z zejściem tzn. czy nie zmasakruje mi kolan jako że z szczytu Gleouraicha nad brzeg jeziora jest zaledwie ok. 2,5 kilometra więc zanosiło się na strome zejście. Okazało się że absolutnie nia ma się czym stresować gdyż na dół sprowadza piękna, wyraźna, meandrująca jak szalona, myśliwska ścieżka. W stromszych miejscach - gęste zygzaki. Relaks dla nóg oraz możliwość delektowania się widokami do samego końca.

Zgodnie uznaliśmy, że powyższa wycieczka okazała się nadzwyczaj godnym zwieńczeniem wyjątkowo udanego urlopu :) 



piątek, 10 czerwca 2016

 

Nr 179, Carn nan Gobhar; nr 180, Sgurr na Lapaich; nr 181, An Riabhachan; nr 182, An Socach

Wymowa: karn nan goer; skur na lapih; an riwakan; an sokah

Znaczenie nazwy: cairn like hill of the goats; rocky peak of the bog; the streaked one; the snout (za MunroMagic)

Wysokość: 992m n.p.m.; 1150 m n.p.m.; 1129 m n.p.m.; 1069 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 152.; 24.; 29.; 67

Data wejścia: 2.6.2016

 

Następnego dnia po Skye przyszedł czas na prawdziwy quest. Wyprawę do Mordoru. Otóż tym razem postanowiliśmy porwać się na cztery odległe od cywilizacji munrosy nad leżącym w środku chyba największego szkockiego zadupia jeziorem Mullardoch a jest to autentyczna kobyła. Raz że trzydzieści kilometrów, ale da się, na Ben Avona i Beinn a'Bhuird było dłużej. Tyle że tu mamy aż cztery wcale niemałe munrosy oraz sumę podejść 1826 metrów. Plus podobno wyjątkowo nieprzyjemny powrót. Do plecaków poszło dwa razy więcej lukozady niż zwykle, na nogi najwygodniejsze skarpety, jasno jak to w czerwcu prawie do północy, prognoza niezła - lepszych warunków nie będzie. Było już za późno żeby ogarniać kwestię motorówki którą w cenie 25 funtów od osoby można się przeprawić przez jezioro by skrócić trasę o połowę. Taka opcja jednak jest: >>LINK<< i warto ją moim zdaniem rozważyć.

Ostatnim bardziej cywilizowanym miejscem przez które przejeżdżamy jest miejscowość Cannich. Potem wjeżdżamy single track road w Glen Cannich i coraz bardziej zanurzamy w górskie pustkowie.

Samochód można zostawić przy tamie nad Loch Mullardoch. Z początku idziemy drogą (nad jeziorem aktualnie coś budują i jeździ dużo ciężkiego sprzętu), by po przekroczeniu mostku na Allt Mullardoch zacząć wspinać się na ramię pierwszego munrosa. Ten początkowy kawałek po bagnie i wrzosach był dość męczący. Polepszyło się kiedy grunt wyżej zrobił się mniej zarośnięty i bardziej suchy. Munrosy po drugiej stronie jeziora należą do Glen Affric.

Carn nan Gobhar - typowa kopa, najniższy i najmniej interesujący z czwórki - po prawej:

Klimaty jak we wschodniej Glen Shee aka Glen Pancake a przecież nie jesteśmy daleko od usianego charakternymi szczytami Kintail.

Kopiec w tle, chociaż sporo większy od szczytowego, znajduje się na przedwierzchołku.

Patrząc na północ, na Strathaffar i Loch Monar: 

Kolejny munro Sgurr na Lapaich przezntuje się dużo ładniej i bardziej charakternie. Widać już pierwszą tendencję tej trasy: przełęcze między munrosami są tu głębokie że nie ma zmiłuj. To nie casus Grey Corries i trzeba popracować. Lapaich w dodatku jest całkiem stromy w wyższych partiach.

Wchodzi się ramieniem w centrum:

Na wierzchołku wiedziałam już że ta trasa faktycznie mnie poczesze.

Przełęcz i munrosy na których w kwietniu tak dramatycznie walczyliśmy z warunkami pogodowymi, Sgurr Choinnich i Sgurr a'Chaoraichean:

Południowa strona Torridonu czyli Fuar Tholl, Sgurr Ruadh i Beinn Liath Mhor:

An Riabhachan okazał się być oddzielony od Lapaicha jeszcze głębszą przełęczą. Wobec powyższego postój gastronomiczny, który mieliśmy zrobić na Lapaichu, został przeplanowany na kolejnego munrosa. Czas gonił.

Sgurr na Lapaich z partii podszczytowych An Riabhachan:

Podejście na szczyt An Riabhachan jest wyżej bardzo ładne, po dobrze zdefiniowanej trawiastej grani. Na wierzchołku dotarło do mnie że kiedy ukończymy tę trasę do zdobycia zostanie nam okrągła stówa!

Po wspomnianym postoju gastronomicznym ruszyliśmy atakować An Socacha. Ten odcinek okazał się najbardziej urozmaiconym fragmentem trasy: wijąca się grań, trochę skałek, jedno bardzo strome zejście i świadomość że tyle już przeszliśmy, zmęczenie się pogłębia a z punktu widzenia całej trasy nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie drogi.

Niebo poszarzało ale widoczność pozostała wspaniała - nie pamiętam drugiego takiego fartownego wyjazdu pod względem pogody.

Na An Socach ulżyło mi że osiągnęliśmy najdalszy punkt na trasie i odtąd będziemy się już tylko zbliżać do samochodu. Sam szczyt bardzo mi się spodobał, tworzy go pozioma stosunkowo wąska grań z kotłami po stronie wschodniej.

Zejście z początku jest bardzo przyjemne, po trawiastym ramieniu góry.

Dolny odcinek pomiędzy ramieniem a jeziorem to już inna bajka - typowe bagno, dziury, osunięcia terenu, potok w bonusie.

Sądziliśmy że niedogodności się skończą kiedy osiągniemy brzegi jeziora... nic bardziej mylnego. Plażą iść się nie dało (miękki przepadający, bo w bardziej mokrych sezonach ukryty pod wodą, grunt). Pozostała ścieżka w zboczach, jakieś dwa, może trzy metry nad kamienistą plażą. W momentach gdy była wyraźna szło się ok, ale często ginęła i należało piąć się do góry żeby znaleźć kontynuację (na co jak na co ale na pięcie się do góry to już nie miałam ochoty). Poniżej ścieżki grunt w wielu miejscach się poobsuwał i groził dalszym obsuwaniem czy wręcz urwaniem się pod nogami i upadkiem na kamcory z tym paru metrów. Tamy nie widać niemal do samego końca jeziora bo za każdym kolejnym, na pewno ostatnim ramieniem góry znajduje się następne ramię. Do tego mieliśmy już w nogach multum kilometrów a całe to zejście jest niemożebnie długie. Mariusz straszy mnie teraz że jak nabroję przegoni mnie jeszcze raz tą trasą i brzegami Loch Mullardoch.

Kiedy w końcu ukazuje się tama, za tym naprawdę ostanim górskim ramieniem, nie ma jednakowoż powodów do euforii. Ostatnie trzy kilometry to znowu bagno i przekraczanie rzeki a mamy już w nogach naprawdę kawał. Daliśmy radę bo nie było wyjścia (chyba że się położyć i umrzeć) ale tak sobie wtedy z miłością myślałam o tej motorówce, która pozwoliłaby mi tych mąk uniknąć. 

Kolejny dzień oczywiście przeznaczyliśmy na regenerację, nie dało się inaczej. Tym bardziej że na mecie w Glenelg byliśmy grubo po północy. Sama nie wiem co było większe, satysfakcja czy zmęczenie. Myślę jednak że ból nóg tej nocy przebijał oba.

Niestety w Highlandach czeka nas jeszcze kilka podobnych wyryp ;)

 

 

 

 

środa, 08 czerwca 2016

 

 Nr 177, Sgurr a'Mhadaidh; nr 178, Sgurr a'Ghreadaidh

Wymowa: skur a wa-te; skur a grede/skur a kryty (przesłuchiwałam obie nazwy na MunroMagic i Walkhighalnds i wciąż nie jestem pewna jak je zapisać fonetycznie - o ile spółgłosek jestem mniej więcej pewna to samogłoski brzmią jak coś czego w języku polskim nie ma)

Znaczenie nazwy: rocky peak of the fox; rocky peak of the torment (za MunroMagic)

Wysokość: 918 m n.p.m.; 973 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 277.; 185.

Data wejścia: 1.6.2016

 

Kolejne wyjście udało się zrobić w Cuilinach. Najtrudniejszego - In Pinna - zostawiamy sobie na koniec, planujemy też zrobić go za jednym razem ze Sgurr Mhic Choinnich, czyli jeśli plan się powiedzie oznacza to że przed nami jeszcze tylko jedna munrosowa wycieczka na Skye.

Jak to w Cuilinach, wypad był krótki bo dużo podchodzenia tu nie ma. Te dwa munrosy drogą turystyczną atakuje się od zachodu z Coire a'Ghreadaidh. Start z hostelu w Glen Brittle.

Na tym zdjęciu widać praktycznie całą trasę. Połogie zbocza z dobrą ścieżką, potem coraz bardziej stromiejący kocioł - większość podchodzenia kotłem to piargi, skały dopiero na końcówce.

Trasa turystyczna wyprowadza na wąską przełęcz An Dorus. Wszystkie opisy podkreślały że jedyną trudnością będzie wyjście z tej przełęczy w obu kierunkach. Walkhighlands sugerowało też że może być potrzebna lina - no to ją zabraliśmy, żeby mieć gwarancję że jakiekolwiek trudności by nie wystąpiły, na 100% zrobimy te munrosy.

An Dorus

Do przełęczy jest niesamowita kruszyzna. Polecam tu założyć kask jeśli ktoś idzie przed nami, bo i telewizory i mniejsze kamienie tam latają.

Na przełęczy okazało się że z wyjściem z niej na Sguirr a'Mhadaidh problemu nie będzie, ot prosty scrambling. Druga strona wyglądała trudniej. Para, którą sfotografowaliśmy, nie miała żadnych problemów, poza momentem zastanowienia w środkowej części kominka.

An Dorus

An Dorus

An Dorus

Póki co mieliśmy jednak wejść na Sgurr a'Mhadaidh. Z bliska kopuła szczytowa wyglądała jak... kupa kamieni. Większość ludzi trawersowała na różne sposoby od strony Coire a'Ghreadaidh. 

Wejście na szczyt z przełęczy to może kwadrans. Po Sgurr na Banachdich jest to chyba najłatwiejszy munros na Skye.

Najlepsze zdjęcie wierzchołka jakie mamy (co prawda dopiero się na niego gramolę):

Tak prezentuje się za to Sgurr a'Ghreadaidh. Widać że faktycznie wyjście z An Dorusa będzie chyba jedynym problematycznym miejscem:

Poniżej munro który jak dotąd dał mi popalić najbardziej, czyli Sgurr Dubh Mor. Na żadnym innym szczycie Cuillinów nie umęczyłam się tak fizycznie i psychicznie.

Zeszliśmy na przełęcz i zdecydowałam że jednak chcę być zaasekurowana liną. To że jestem tchórzem i już dawno rozwiały się moje iluzje o rozwinięciu się do poziomu jeśli nie wspinacza to przynajmniej kompetentnego scramblera, to jedno. Jestem z tym pogodzona. Czytelnikowi należy się jednak słowo wyjaśnienia.

Wyjście z przełęczy prezentowanym wcześniej kominkiem naprawdę nie jest trudne technicznie. W połowie wysokości jest jeden niezręczny moment (problematyczny raczej w zejściu) ale dla doświadczonego tatrzańskiego turysty nie powinien to być wielki problem (choć w Tatrach wisiał by tam sobie zapewne łańcuch i załatwieł sprawę). Wchodziłam i schodziłam na żywca trudniejszymi wariantami. Natomiast typowy scenariusz byłby w tym momencie taki: Mariusz wchodzi przede mną, zapewne podaje mi rękę, ja zapewne mam problem z psychą na tym trudniejszym momencie, prawdopodobnie irytujemy się na siebie, możliwe że któreś podnosi głos. W zejściu on ustawia mi nogi a reszta jak wyżej. Słaba atmosfera i widowisko dla turystów na grani Sgurr a'Mhadaidh. Powiem szczerze, to już łatwiej było wyjąć tę linę, poświęcić 10 minut na założenie stanowiska i pozwolić mi po prostu wejść i zejść. Bo przyasekurowana problemu z żadną z tych czynności nie miałam. 

Sgurr a'Mhadaidh, który trochę niesprawiedliwie nazwałam kupą kamieni, a który z każdej innej strony wcale nie jest taki łatwey do zdobycia:

Szczelina Eag Dubh. Opada z grani nieco powyżej An Dorusa i po inspekcji stwierdziliśmy że mogłaby stanowić niezłą alternatywę do zejścia jeśli ktoś chce go ominąć, ponieważ jej wylot znajduje się już na piargach w kotle. Niżej będzie zdjęcie od drugiej strony.

Eag Dubh

Eag Dubh

Przez Eag Dubh nie trzeba skakać, omija się ją bez problemu. 

Grań na Sgurr a'Ghreadaidh jest do samych partii szczytowych szeroka, połoga i nigdzie nie ma lufy. Są momenty scramblingu ale prostego, oczywiście zależnie od tego jak kto pójdzie.

The Wart czyli Brodawkę omija się bezproblemowo po prawej stronie.

Za Brodawką otwiera się wreszcie grań szczytowa.

Kawałek za wierzchołkiem znajduje się najwęższy kawałek grani na całych Wyspach (okazało się że nie mamy niestety żadnego zdjęcia) - rodzaj atrakcji która zupełnie ale to zupełnie mnie nie kusi. Wejście na szczyt mnie usatysfakcjonowało dostatecznie ;)

Ten po lewej to Sgurr Mhic Choinnich, jedyny obok In Pinna który nam pozostał na Skye.

Sgurr Mhic Choinnich i Sgurr Alasdair

Hostel w Glen Brittle i gdzieś tam nasz samochód:

Zeszliśmy tą samą drogą gdyż alternatywą było ciśnięcie granią na Sgurr na Banachdich.

Eag Dubh z zejścia, żeby pokazać iż faktycznie dałoby się nią i wejść i zejść. Nie mówię że polecam ale dobrze wiedzieć jakie są alternatywy.

Oraz tradycyjna kąpiel w potoku. Tym razem chętnych było więcej choć nie zmieścili się w kadrze.

Trasa liczy sobie 7,5 kilometra w obie strony chociaż łażenie po piargach, zwłaszcza schodzenie, daje w kość niewspółmiernie do jej długości.

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32