Tagi




statystyka



Najlepsze górskie strony
Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
środa, 16 maja 2018

 



Nr 213, Meall a'Chrasgaidh; nr 214, Sgurr nan Clach Geala; nr 215, Sgurr nan Each

Wymowa: (uzupełnić)

Znaczenie nazwy: hill of the crossing; peak of the white stones; peak of the horses (za Munromagic)

Wysokość: 934 m n.p.m.; 1093 m n.p.m.; 923 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 243.; 53.; 267.

Data wejścia: 12.5.18

 

Fannichsy nazywają sie tak od Loch Fannich. Ta piękna grupa górska liczy sobie dziewięć munrosów leżących w jednej poskręcanej jak Mississipi grani, tak że hardkorowcy mogą je trzasnąć na jeden raz. Zwykli ludzie rozbijają jednak grań na więcej wycieczek. Cztery najbardziej wschodnie munrosy przeszliśmy już parę lat temu, tym razem mieliśmy zaliczyć trzy środkowe.

Fannichsy są fantastycznie położone pomiędzy Inverness a Ullapool - to już ten rejon Szkocji że czuć Północ. Wszystkie są ponadto łatwo dostępne z dróg, nie ma nie wiadomo jak długiego podchodzenia ani konieczności nocowania w bothies. 

Trasę rozpoczyna się z parkingu leżącego po zachodniej stronie A832. Należy stamtąd przejść kilkadziesiąt metrów w kierunku na Inverness, do drogowskazu. Dalej drogą i na pierwszym rozwidleniu skręcić w lewo. Za mostem są dwie opcje - kontynuować wyraźną ścieżką (opcja krótsza ale będzie trzeba przechodzić przez rzekę) bądź w lewo błotnistym szlakiem wyjeżdżonym przez quady. Ten prowadzi do kolejnego mostku nie zaznaczonego na mapach a używanego przez quadowców. Opcja zalecana przy dużym stanie wody! Oba warianty wyprowadzają w dolinę utworzoną od lewej przez środkowe, a od prawej zachodnie Fannichsy.



Na pierwszego munrosa nie ma ścieżek i od nas tylko zależy kiedy zaczniemy się wbijać do góry. Myśmy kierowali się GPSem. Poniżej pięknie widać czym różni się typowe chodzenie po szkockich górach od chodzenia znakowanymi szlakami:



Z początku zbocze jest bardzo strome i można się tam serio umęczyć. Im bliżej kopuły szczytowej tym bardziej jednak teren się kładzie.

Zachodnie Fannichsy a konkretnie Sgurr Breac:



W panoramie rządzi An Teallach a zwłaszcza pinakle Corrag Bhuidhe oraz The Lord Berkeley's Seat pięknie widoczne poniżej. 



Strzelisty szczyt za Sgurr Breac to zaś wspaniały Fionn Bheinn z poprzedniej notki.



W panorami w kierunku południowym najładniej wygląda Cheescake, czyli Bidein a'Choire Sheasgaich. Umordowaliśmy się tam nieludzko w 2015, w kopnym śniegu.



Na Meall a'Chrasgaidh. Jest to jeden z mniej spektakularnym Fannichsów (zdjęcie z odległości będzie później) ale wchodzenie na niego jest wyjątkowo upierdliwe. Nie na podium ale w pierwszej dziesiątce.



Dalsza droga na Sgurr nan Clach Geala wiedzie po grani:



Po jej lewej stronie są piękne krzesanice. Ten munros ma najładniejszy kocioł w całych Fannichsach i uważam że również najwięcej charakteru, mimo że wysokościowo przegrywa z liderem Sgurr Morem.



Wierzchołek:



To małe to Sgurr nan Each, ładna mikra góra niestety całkowicie przytłoczona przez potężnego sąsiada.



Zapowiedziany widok na Meall a'Chrasgaidh. Totalny stóg siana. Dalej widać szczyty i szczyciki Dalekiej Północy:



Grań od drugiej strony a w lewej górnej części zdjęcia Beinn Dearg. Po prawej jeszcze przez nas nie zdeptany Am Faogahach.



Po prawej oczywiście An Teallach a jezioro obok to Loch na Sealga.



Na wierzchołku:



Podziwiając Sgurr Mora. On tylko z tej strony jest taki obły, z drugiej również posiada fajny kocioł, acz z tego co pamiętam nie robiący takiego wrażenia jak ten opadający ze Sgurr nan Clach Geala.



Sgurr Breac i a'Chailleach, a za nimi Slioch:



Sfotografowaliśmy jednego z tych dzików dla których ogarnięcie całej grani Fannaichs na raz jest wykonalne. Gość na większości odcinków biegł, nie miał żadnego plecaka, wody, totalny light & fast. 



Sgurr nan Each wydaje się tak maleńki przy swym sąsiedzie że trudno uwierzyć w jego status munro. Ich miejsca na munro-liście to odzwierciedlają: Sgurr nan Clach Geala jest pięćdziesiąty trzeci, Sgurr nan Each dwieście sześćdziesiąty siódmy. Z Fionn Bheinna wydawało się że Sgurr nan Each to nie tyle samodzielna góra ile wybrzuszenie w grani. 



Rzut oka na Sgurr nan Clach Geala. Przełęcz z tej strony jest bardzo głęboka ale na ostatniego munrosa już tylko kawałek. Tamtemu biegaczowi wystarczyło może z 15 min od jednego munro do drugiego :)



Dwa najbardziej dramatyczne szczyty Fannaichsów, czyli Sgurr nan Clach Geala i Sgurr Mor. Ten drugi jest o 17 metrów wyższy.



Szczytowe ze Sgurr nan Each z widokiem na Loch Fannich. Tam właśnie zdałam sobie sprawę że z żadnego dziesiejszego wierzchołka nie zdołałam wypatrzeć Ben Nevisa - doszliśmy do wniosku że musiały go zasłaniać munrosy znane jako Strathfarrar Four - to te cztery prominentne góry kawałek w lewo od mojego kolana.



Ze Sgurr nan Each zeszliśmy w dolinę pomiędzy centralną a zachodnią odnogą grani Fannaichs. Teren typowy, podmokły, w inną pogodę zapewne trudny do pokonania suchą nogą. Niżej pojawia się ścieżka - tym razem nie szliśmy przez wariant dla quadów lecz znaleźliśmy miejsce gdzie dało się przekroczyć rzekę bez większej gimnastyki. Ta opcja jest nieco - może o jakiś kilometr? - krótsza. 

Trasa liczy sobie 18 km jest więc jaki na highlandzkie warunki przeciętnej długości. Popracować trzeba głównie na pierwszym podejściu. 


wtorek, 15 maja 2018

 

Nr 212, Fionn Bheinn

Wymowa: fion-wen

Znaczenie nazwy: white hill (za Munromagic)

Wysokość: 933 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 246.

Data wejścia: 11.5.18

 

Chcąc z Inverness dojechać do Kinlochewe i Torridonu, zaraz za Garve musimy skręcić z A835 w A832. Jedną z miejscowości (mini-mikro miejscowości) na tej trasie jest Achnasheen, samo w sobie warte wzmianki jedynie o tyle, że można tam skręcić do lokalnej metropolii Lochcarron. Kiedy przejeżdżamy przez Achnasheen, połogie zbocze po północnej stronie drogi to właśnie Fionn Bheinn. 



Cameron McNeish twierdzi iż jedynym interesującym faktem odnośnie tego munro jest wymienienie go w przepowiedni Brahana Seera. Brahan Seer aka Kenneth McKenzie żył w Highlandzie w XVII wieku i był jakoby wieszczem, chociaż mnie się raczej wydaje że żarł grzyby, albowiem przepowiednia która nas interesuje brzmi :

"The day will come when a raven, attired in plait and bonnet, will drink his fill of human blood on Fionn-bheinn, three times a day, for three successive days".

Czyli: dzień nadejdzie, gdy kruk z warkoczem i w czepku będzie pił ludzką krew na Fionn-bheinnie, trzy razy dziennie przez trzy dni z rzędu. Grzyby i bad trip jak nic. 

W Achnasheen można zostawić samochód na parkingu koło opuszczonej stacji benzynowej, gdzie też spotkaliśmy miejscowych:



Należy stamtąd przejść na drugą stronę szosy, przekroczyć strumień po mostku i koło budki telefonicznej (tak mówi Walkhighlands >>LINK<< i mapa choć ja szczerze mówiąc żadnej budki nie pamiętam) kontynuować w stronę zboczy szeroką wyjeżdżoną drogą (zaraz na początku jest brama). 

Poniżej korbet Sgurr a'Mhuillin, całe 879 m n.p.m.:



Widok na zasadniczo całe Achnasheen. Może są gdzieś tam jeszcze jakieś domy, ale generalnie to taki bardziej przysiółek niż faktycznie miejscowość.



Drogą wzdłuż strumienia pniemy się łagodnymi zboczami, aż po prawej nie odsłoni się kopa szczytowa. Należy wówczas skręcić w prawo i kontynuować już wg uznania, bo ścieżki/ścieżek nie ma. Przy dobrej widoczności nie powinno to sprawiać problemów nawigayjnych bo teren jest wizualnie dość oczywisty. We mgle bez GPSa zdecydowanie nie polecam.

Dość szybko zaczynają być widoczne bliskie szczyty Torridonu, Liathach i Beinn Eighe:



An Teallach pod nieoczywistym kątem:



Niestety tym razem nie wstawiam fotki szczytowej ponieważ moje dwa zdjęcia z wierzchołka są totalnie nieostre. Jest tam w każdym razie trianguł.

Fionn Bheinn może i jest kopą, kapustą et caetera ale szczerze mówiąc to samo można powiedzieć o bardzo wielu munrosach, zwłaszcza na wschodzie. A z wielu tych wschodnich kapust widok jest jedynie na inne kapusty. Fionn Bheinn jest natomiast położony tak rewelacyjnie, że tuż obok mamy torridońskie olbrzymy, Sliocha, Fisherfield Six, piękną grupę The Fannichs, po drugiej stronie szosy Moruisg, nieco dalej Ben Wyvisa, Strathfarrar Four, oraz munrosy nad Loch Monar i Loch Mullardoch. To wspaniały punkt widokowy i naprawdę szkoda że dzień był taki szary i nie było zbyt fotogenicznie. 



Slioch i Lochan Fada:

Slioch solo - góra fotogeniczna i majestatyczna z każdej strony:



Fragment The Fannichs i zarazem część trasy planowanej na kolejny dzień. Munro po prawej to najwyższy z Fannichsów, Sgurr Mor, na którym już byliśmy. Po lewej znajdują się Sgurr nan Clach Geala i mały Sgurr nan Each o których (i jeszcze jednym) będzie w kolejnej notce.



Na wierzchołku siedzieliśmy bardzo krótko ze względu na trudny do zniesienia wiatr. Zejście wypadło innym ramieniem góry i tam już ścieżka była. Początkowo szliśmy wzdłuż kotła - choć nieprzesadnie spektakularny, jest jedynym rysem Fionn Bheinna o którym można powiedzieć że ma jakiś charakter:



Dość szybko należy skręcić w prawo i kierować na zieloną plantację iglaków przez którą na przestrzał biegnie scieżka. Znów, w jasny nie mglisty dzień nie powinno być najmniejszego problemu, jako że Achnasheen leży pod nami jak na talerzu. Cała pętla to 12 km z czego ostatni idzie się już po szosie.



Kruka nie spotkaliśmy choć go wypatrywałam. Zapewne już dawno zrezygnował, gdyż Fionn Bheinn nie jest bynajmniej górą obleganą i jakkolwiek może od biedy znalazły by się trzy dni z rzędu kiedy jest odwiedzany przez baggerów - ale na pewno nie trzy razy dziennie. Kruk po prostu nie zdzierżył.

 

piątek, 04 maja 2018

 

Nr 211, Ben Wyvis

Wymowa: ben ływis

Znaczenie nazwy: terrible hill albo awesome hill (Munromagic, Walkhighlands)

Wysokość: 1046 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 85.

Data wejścia: 29.4.18

 

Ben Wyvis leży w Easter Ross, dominując nad nizinnymi rejonami Moray Firth i Black Isle. Widać to szczególnie kiedy jedzie się A9 do Inverness i jego potężna bryła zamyka horyzont. Na wschód od Ben Wyvisa nie ma już żadnych munrosów, na północy (jeśli rozumieć to jako "na północy w linii z grubsza prostej") najbliższymi munrosami będą Ben More Assysnt i Ben Klibreck. Za sąsiadów należy wobec tego uznać położone na północnym zachodzie The Fannaichs oraz Beinn Dearg munros. 

Start z parkingu przy drodze A835 niedaleko Garve. Parking jest oznaczony jako "Ben Wyvis car park" a więc idiotproof. Wybiega stamtąd fantastycznie utrzymana ścieżka, wytrasowana tak by ominąć bagna, która prowadzi na sam wierzchołek munrosa więc o ile nie ma głębokiego śniegu na tej trasie nie ma prawa być problemów nawigacyjnych.

Ben Wyvis z podejścia wygląda jak wyrzucony na brzeg wieloryb. Kopa z prawej to An Cabar i tamtędy idzie trasa.



An Cabar - można wypatrzeć ścieżkę:

Z podejścia na An Cabar doskonale widać kontynuację A835, biegnącą pomiędzy grupą The Fannaichs a grupą Beinn Dearga. Poniżej fragment The Fannaichs, w kadrze zmieściły się cztery z widocznych pięciu munrosów ( w grupie jest ich dziewięć).



Loch Glascarnoch oraz An Teallach:



Dalej na zachód widoczny był także Slioch, góry Torridonu, oraz górski bajzel pomiędzy Glen Torridon a Glen Affric, czyli to największe zaglębie munrosów i jedno z największych pustkowi w Szkocji.



Jeszcze raz Loch Glasgarnoch, tym razem z widoczną tamą oraz zajazdem Altguish Inn:



Na poniższym zdjęciu rozpoznaję Liathach, "tył" Beinn Eighe oraz Beinn Alligin. Widać też fragment Loch Maree i ośnieżony wierzchołek Sliocha.



Wspinaczka na An Cabar - wszystkiego 2 km -  jest dość żmudna, kilkakrotnie mylnie wydaje się że zaraz osiągniemy wypłaszczenie.



Poniżej punkt z którego będzie już łatwo. Za An Cabar zaczyna się Glas Leathad Mor, bardzo lekko wznoszący się grzbiet wyprowadzający na wierzchołek, długi na niecałe 3 km.



Widoczność w stronę Inverness była kiepska, miasto ledwo było widać i zdjęcia robione w tamtym kierunku wyszły słabo. Góry natomiast wyglądały wspaniale chociaż poniżej Torridonu ciężko było rozpoznać poszczególne szczyty.



Glas Leatchad Mor pokonaliśmy ekspresowo, nachylenie jest tam minimalne:



Część Highlandu o której napisałam że ciężko rozpoznać co jest co: to po prostu za duże zatrzęsienie wierzchołków, a nie są one tak charakterystyczne jak Black Cuillins, Five Sisters w Glen Shiel czy Sgurr na Ciche. Z daleka raczej obłe, choć przy bliższym poznaniu okazuje się że część z nich ma spory charakter. 



Na wierzchołku:



Poniżej można wypatrzeć sylwetki-widma Ben Hope'a, Ben Loyala oraz Ben Klibrecka.



Powrót oczywiście po własnych śladach.



Trasa liczy sobie ok. 7 km, z jedynie czego dwukilometrowy odcinek na An Cabar może zmęczyć. Ścieżka jest fantastyczna i utrzymana tak jak w bardzo niewielu miejscach w Highlandzie (przychodzi do głowy Ben Lawers no i oczywiście Pony Track). Widoki są spektakularne ze względu an wyizolowane położenie Ben Wyvisa chociaż ja osobiście preferuję być "w centrum zamieszania". Last but not least, ze względu na bliskość drogi i parking komplikacji logistycznych po prostu nie ma. Gdybym mieszkała w Inverness miałabym tę górę pozaliczaną we wszystkich porach roku. 



poniedziałek, 19 marca 2018

 

 

Nr 210, Stob Ban

Wymowa: stob ban

Znaczenie nazwy: white peak (zaWalkhighlands)

Wysokość: 977 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 178.

Data wejścia: 18.3.18

 

Stob Ban jest częścią grupy The Grey Corries acz jako jedyny z ichniejszych munrosów nie leży w głównej grani, jest też znacznie niższy niż pozostałe i przechodzenie go razem z resztą grupy może być dla baggera o przeciętnych możliwościach nieco problematyczne, gdyż znacznie wydłuża i tak już konkretną trasę. Stąd właśnie weszliśmy na niego wczoraj choć na Grey Corries byliśmy w 2016 roku: >LINK<.

W Spean Bridge należy skręcić w drogę prowadzącą do Coirechoille Farm. Za farmą można jeszcze kawałek podjechać i zostawić samochód w zatoczce za drugą z bram dla bydła. Stamtąd, ignorując ostry skręt w prawo, kontynuujemy główną odnogą drogi która będzie wkrótce wkraczać w dolinę obramowaną przez The Grey Corries od Zachodu a korbety Cruach Innse i Sgurr Insse od Wschodu. Odcinek doliną to ok 7 km, bardzo łagodnie wznoszącym się terenem (zyskujemy ok. 220 metrów wysokości). Poniżej munro Stob Choire Claurigh, którego z początku wzięliśmy za Stob Bana i perspektywa podchodzenia nieco nas zdetonowała:



Kiedy dochodzimy do Lairig Leacach bothy warto zrobić przerwę, bo od tego momentu już będzie do góry. Bothy jest maleńkie, wyposażone w piętrowe prycze gdzie mogłoby się ścisnąć myślę osiem osób. Jest też całkiem ciepłe dzięki grubym ścianom. Można wpisać się do zeszytu albo podpisać na drewnie pryczy jak większość. 

Za bothy jest już podnóże Stob Bana. To bardzo ładna mała góra. Choć w sąsiedztwie swoich braci Grey Corries oraz bliźniaczych munro The Easains po drugiej stronie wydaje się mikra, ma ładny trójkątny wierzchołek i jest szalenie fotogeniczna. Jak widać najpierw należy podejść na garb, za którym teren się wypłaszcza by wkrótce znów spiętrzyć w bryłę szczytu właściwego.



Raki założylismy wkrótce po wyjściu z bothy, śnieg był idealny - lekko zmrożony, nie przepadający.



Uwielbiam zimę w górach i zimowe zdjęcia, stąd tak duża ich liczba przy stosunkowo niedługim wpisie. Tegoroczna zima jest w Szkocji jak na lokalne warunki sroga i wyjątkowo długa, stąd udało się załapać na takie warunki - przeważnie o tej porze (pomijając Cairngormsy czy północną Ben Nevisa) jest już mocno wiosennie.



Stob Ban z garbu - eleganckie linie charakterystyczne dla The Grey Corries i sąsiednich The Mamores. W lecie wierzchołek jest (z tego co pamiętam z wycieczki w Corries) pokryty szarymi kamiennymi osypiskami.



Spotkaliśmy około 10 osób, w tym trzech szybkich Billów w kaskach którzy jako jedyni poszli gdzieś dalej, na logikę na Corries chociaż kto ich tam wie, odkąd na Walkhighalds widziałam relację gościa który jednego dnia zaliczył osiem munrosów które my przechodziliśmy na cztery razy, spodziewam się wszystkiego.



Szłoby się świetnie gdyby nie wiało. Przy co silniejszych podmuchach nie byłam w stanie iść.



Fragment The Grey Corries:



Dzięki temu że szło z nami sporo luda (jak na lokalne warunki) mamy zdjęcia takie jak lubię najbardziej, gdzie widać proporcje człowieka i góry. 



Poniżej widać dwa Pasterze Glencoe, Buachaille Etive Mor oraz Buachaille Etive Beag. Bryła pomiędzy nimi to chyba Ben Starav.



Ostatnie podejście, to na trójkąt wierzchołka, jest dość strome i daje popalić. Dlatego ukryta pod śniegiem ścieżka biegnie zygzakami.



Tu dobrze widać The Easains, munrosy graniczne: na wschód od nich kończą się charakterystyczne dla West Highlands góry o lekkich subtelnych liniach i małych wierzchołkach a zaczynają się już takie w typie bardziej naleśnikowym (choć nie znaczy to że nudne i nie trzeba ich brać serio, vide m. in. nie zdeptana jeszcze przez nas grupa Aldera):



Brawurowy atak szczytowy ;)



Rzut oka na The Mamores. Żal że w tej grupie już wszystko mamy porobione, ale to jeden z tych kilku rejonów gdzie zdecydowanie warto będzie wracać po odhaczeniu wszystkich munrosów.



Zdjęcie z wierzchołka. Wiało tak że ewakuwowaliśmy sie po góra trzech minutach.



Powrót rzecz jasna tą samą trasą, ze wsparciem grawitacji wypadł zaskakująco szybko ;) Bez raków można było tu dobrze pojechać, zwłaszcza pod wierzchołkiem.



Plusem tego upierdliwego wiatru była konieczność założenia gogli, dzięki której mogło powstać np. takie zdjęcie:



Schowanie raków i czekanów, krótki postój w bothy, i można było rozpocząć siedmiokilometrowy powrót, który razem z dziewięciokilometrową resztą czuję dzisiaj w całym ciele.



Ostatni widok na Stob Bana, jakże inny niż poranny:



Jak łatwo obliczyć trasa miała 18 km.

Jestem bardzo zadowolona że tego munrosa udało się zdobyć w stuprocentowo zimowych warunkach, co dodało pieprzu wycieczce która poza tym ani długa, ani specjalnie ciężka nie była. Stob Ban to maleństwo które znajduje się na piątym od końca miejscu munro-listy, a dostarczył nam bardzo przyjemnych wrażeń. Szybkobiegaczom polecam rozważyć połączenie go z resztą The Grey Corries (granią można przejść na Stob Choire Claurigh).


niedziela, 21 stycznia 2018

 

Zmiana przy klawiaturze, Vespa nie wzięła udziału w górskiej części tej wycieczki z powodów, które sprawiają, że ostatnio prawie nigdzie nie byliśmy w górach - zawodowych. Po długiej przerwie udało się nam wykroić parę dni w moim ulubionym Sutherlandzie, krainie która urzeka mnie surowością krajobrazu i klimatu, i nieodmiennie sprawia, że czuję swą małość wobec potęgi natury. 

Będąc ze znajomymi, którzy nie byli przygotowani na górskie wycieczki postanowiliśmy przespacerować się w okolicę klifów i zobaczyć ponownie spektakularnego Old Man of Stoer. Trasa rozpoczyna się niedaleko latarni morskiej Stoer Lighthouse, która obecnie jest możliwa do wynajęcia.



Dzień nie należał do najpiękniejszych, chmury wisiały nisko i zaraz po wyjściu z samochodu zaczął siąpić deszcz. Trasa którą chcieliśmy dostać się do celu była wyjątkowo podmokła i co rusz trzeba było skakać przez ociekające wodą zbocza pagórków i zamienione w trzęsawiska niecki pomiędzy nimi. Zrezygnowaliśmy więc z nadmorskich klifów i udaliśmy się do celu przez teren położony wyżej.



Co pozwoliło nam na dodanie do listy naszych osiągnięć imponującego Sithean Mor, z jego zawrotnymi 161 n.p.m. Nie zmienia to faktu, że każda wycieczka w tym miejscu robi imponujące wrażenie. Ciekawostką techniczną okazały się zaś buty naszej przyjaciółki. Kupione za niewielką kwotę w Decathlonie, okazały się znacznie bardziej wytrzymałe na wodę, niż początkowo wszyscy przypuszczaliśmy. Dzielnie zniosły brodzenie w wodzie i do domu wróciły wewnątrz suche, a to wszystko za ćwierć ceny przeciętnych butów z górnej półki. Taktyczne glany L@wyera wesoło pluskały chyba już w połowie drogi. Podobno używa ich Grom, chyba jednak nie bywają w Szkocji.



Dlaczego ciągaliśmy przyjaciół po tym grzęsawisku okazało się dopiero, gdy dotarliśmy na klify.



Widok stalowego i szalejącego Atlantyku zawsze przypomina mi tych, którzy walczyli o panowanie na nim podczas ostatniej wojny i nieodmiennie mam przed oczami film Das Boot.



„Kiedy wjechali na wyniosłość drogi, oczom ich ukazał się las”, a właściwie nie las a On - The Old Man of Stoer, którego nie należy mylić z Old Man of Storr, znajdującym się na wyspie Skye. Poprzednim razem gdy tu byliśmy, mieliśmy ogromne szczęście. Para wspinaczy była już w połowie drogi do szczytu i usiedliśmy blisko krawędzi, obserwując ich progres i uwieczniając ich drogę na zdjęciach.  



Wiatr próbował nam urwać głowy, deszcz siąpił horyzontalnie, kurtki dawno już zaczęły puszczać wodę. Nawet hełmofon stał się już ciężki. Czas było wracać.



Mimo to wycieczka była dokładnie taka, jak jej idea: nie za długa i z widokami - w sam raz na Sylwestrowy dzień i nisko wiszące chmury.



Nas czekał wynajęty Chalet, z widokiem na spokojną zatoczkę. W nocy zaś idealna czerń z paroma światłami okien po prawej stronie. Zero fajerwerków i cywilizacji. Piękne miejsce by uciec od zgiełku. Przez cały Nowy Rok po drodze przed okniem przejechały ze trzy auta. Okolice Lochinver to moje wymarzone miejsce do życia.



Następnego dnia trzeba było odwieźć znajomych na lotnisko, Vespa zaś musiała wrócić do pracy chwilę potem. Chatka wynajęta była na tydzień, więc pomimo wielogodzinnej jazdy w każdą stronę, wróciłem tam raz jeszcze. Tym razem towarzyszył mi Janek, z którym chodzimy ostatnio w góry regularnie. Dla niego była to pierwsza wizyta na dalekiej północy Szkocji. W planach mieliśmy górską wycieczkę. Cel miała określić pogoda i panujące warunki śnieżne. Od razu jednak zakładałem powrót na Quinag, na którym byliśmy już razem z Vespą



Niestety, udało mi się popełnić spory błąd i na wycieczkę zabrałem aparat bez baterii. Trzeba było się więc posiłkować telefonem i aparatem Janka, którego część fotek pojawi się w tej relacji.



Dzień był mroczny, słońce które na tych szerokościach geograficznych wspina się nisko ponad widnokrąg i oświetla okolicę mniej niż osiem godzin, pozostawało skryte w chmurach. Mimo to liczyliśmy na jakiś cud pogodowy. Postanowiliśmy wejść jedynie na jeden z trzech szczytów tego Corbetta, ten który zapamiętałem jako najbardziej charakterny, Spidean Coinich. Z przełęczy, która stanowi łącznik pomiędzy wszystkimi trzema, wiedzie bowiem dość stroma droga w górę, dająca poczucie górskiej eskapady, szczególnie w śniegu. 



Droga na przełęcz jest bardzo przyjemna, ścieżka zadbana i względnie sucha, łagodnie pokonuje wzniesienia, pozwalając się dobrze rozgrzać bez utraty energii.



Widoki pozostawały mroczne, chmury dawały majestatyczny spektakl, przewalając się nad głowami, co raz dotykając nas swą podstawą, zasłaniając i ukazując nam fragmenty krajobrazu. Telefon dość często opuszczał więc ciepłą kieszeń. Szybko okazało się jednak, że bez większego zoomu urozmaicenie fotografii nie będzie zbyt duże.



Droga z przełęczy do pierwszego szczytu jest krótka, lecz jak wspomniałem - stroma. W paru miejscach redukuje się do wąskiego grzbietu, a brak widoczności podkreślał stromiznę niewiadomych głębi dookoła. Całość dawała wrażenie niezłej przygody, choć tak naprawdę dreptaliśmy zaledwie 600 metrów nad poziomem morza.



Mimo to wrażenia były fantastyczne, a brak widoków - nie przeszkadzał. Byłem uprzywilejowany spośród naszej dwójki, gdyż poprzednim razem mieliśmy tu piękną pogodę, więc widoki rozpościerającego się krajobrazu bez problemu zamieniłem na mroczną czeluść. 



Klimat udzielił się też Jankowi. 



Pogoda, a w szczególności wiatr, nie zachęciły nas do długiego pozostania na szczycie i rozpoczęliśmy dość szybki odwrót. Poniżej podstawy chmur również raki nie były już potrzebne.



Widoki urzekały swą surowością. Łatwo jest mi zrozumieć dlaczego ten teren jest tak mało zaludniony, dlaczego Bear Grylls wybrał te tereny na miejsce jednego z odcinków. Za każdym razem gdy jestem w tej okolicy pamiętam o szacunku dla jej unikalnego ukształtowania terenu i srogiego klimatu, a kraina ta przypomina mi jak wąska jest rozpiętość warunków, podtrzymująca nasze życie.



Następny dzień wypełnił nam powrót na południe, który wypadł jednak jedną z najpiękniejszych dróg Północy - A838. Obowiązkowy przystanek w Durness i odwiedzenie Sango Beach, tym razem zaskoczył mnie sztormowym przypływem, w takiej krasie jeszcze nie widziałem tego miejsca. 



Skałki, na które obowiązkowo wspinam się za każdym razem odcięte były lodowatą wodą Atlantyku. Piękny i groźny widok potęgi oceanu. Tak to miejsce potrafi wyglądać w zupełnie innych warunkach.



Z Durness wyruszyliśmy w kierunku John O'Groats, malowniczej miejscowości na północno-wschodnim skraju brytyjskiej wyspy.



W styczniowe popołudnie docierają tu zaledwie nieliczni turyści, co tylko potęguje wrażenie, że dotarłeś właśnie do końca świata...



Wyłaniające się zza chmur Orkady, a także leżące znacznie dalej na północ Szetlandy, to ciągle odkładane na później cele naszych wycieczek. Przyjdzie jednak czas, że staniemy i na nich. Tak jak na Wyspach Owczych, Islandii i Grenlandii - nie wiedzieć czemu te północne klimaty, choć surowe są dla mnie jak magnes. I choć z wielką radością chłonąłem uroki Chorwacji czy Krety, to jednak tu dopiero czuję, że żyję naprawdę. Chciałbym tu jeszcze wracać wielokrotnie.



Z wioski zaledwie pięć minut jazdy samochodem wiedzie do Duncasby Head - miejsca, które bez wątpienia należy odwiedzić będąc w okolicy.



Miliony wypstrykanych zdjęć w tym miejscu nie są w stanie oddać surowości wrażenia tych klifów.



Mewy zaś mają tu turystów zupełnie w nosie i preferują naturalny tryb życia od filmowego "daj, daj, daj". Tu jestem w stanie nawet je polubić.



Pogoda niby nie dopisała, ale jej zmienność i surowość są piękną oprawą dla szkockiej turystyki. Okutany w różne texy i puchy, zaróżowiony od wiatru i mrozu, chłoniesz te widoki, często z otwartą gebą, by w końcu wrócić gdzieś do zacisza czterech ścian lokalnej knajpy i ukoronować go świetnym posiłkiem i pintą ale. Czego więcej można chcieć od życia?



"Zielonej trawy" odparła na to samotna owca na horyzoncie. Czas było wracać do domu...



11:25, 21 Stycznia

by Mazio Maziomir

12:39, connspeach
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 października 2017

 

Ostatni urlop spędziliśmy na chorwackim półwyspie Pelješac którego kulminację stanowi tytułowy masyw. Sveti Ilija, czyli Św. Ejliasz - dawniej Perun - liczy sobie 961m n.p.m. i wyrasta prosto z morza, czyli to taki munro honoris causa. Najbardziej spektakularną cechą masywu są południowe urwiska, momentami pionowe, opadające prosto do Orebicia, gdzie się zatrzymaliśmy. Dosłownie po otwarciu drzwi (okno niestety było na inną stronę) ukazywała się przepiękna biała ściana:



Mariusz wyczytał że na górę wiedzie kilka znakowanych szlaków. Pierwszy zaczynał się tuż koło naszego hotelu więc jako droga wejściowa "wybrał się sam". Drugim ewentualnie mieliśmy zejść acz tylko jeśli go zlokalizujemy ponieważ nie posiadaliśmy żadnej mapy (mapy to w ogóle osobna historia o czym dalej). Na zdjęciu masyw Sv. Iliji z morza:



Ten pierwszy szlak prowadzi z Orebicia w kierunku miejscowości Bilopolje, przechodząc koło malowniczego xv-wiecznego klasztoru Naszej Pani od Aniołów. W razie gdyby były wątpliwości względem trasy drogę do klasztoru każdy miejscowy wskaże (zamiast szosą można iść też  znakowanym skrótem przez las). Za klasztorem jeszcze około kilometra asfaltem aż do szlaku właściwego (jest drogowskaz i tablica).



Był bodajże trzeci października a temperatura w słońcu przekraczała 30 stopni. Zabraliśmy z sobą sześć litrów wody (te góry są suche jak pieprz), z czego pozostało nam niecałe pół litra, oraz obowiązkowe osłony na głowy. Bez tego odwodnienie i udar gwarantowane. Jeśli ktoś łazi tu w sierpniu to naprawdę podziwiam. Śnieg i lód jednakowoż zdarzać się czasem muszą o czym świadczyły ślady raków na kamieniach.



Szlak jest znakowany na czerwono i zgubić się nie sposób, znaki i strzałki są namalowane bardzo gęsto. Ta strona masywu jest połoga, urwiska zostawiamy w tyle. Bez ścieżki nie dałoby rady przedrzeć się przez typowo sródziemnomorskie kolczaste krzaczory. Wytrasowano ją niezwykle łagodnie, stromych odcinków jest tylko parę. Można na relaksie podziwiać Kanał Pelješki i wyspę Korčulę.



Słońce chciało nas zabić ale przeżyliśmy dzięki wodzie i licznym zalesionym odcinkom.



Szlak opuszcza wreszcie południowe zbocza by skręcić na północny wschód, w serce masywu. Ten odcinek jest niemal cały porośnięty lasem, wbrew temu jak na ogół układają się w górach piętra roślinne. Kiedy dochodzimy do domku myśliwskiego drogowskaz informuje, że do szczytu jeszcze 20 minut i moim zdaniem to ocena trafna. Powyżej domku las się kończy, zaczynają się odsłaniać szczyty mainlandu na północy i zachodzie, i wchodzimy po kamiennym białym podłożu na kopułę szczytową.



Na wierzchołek wychodzi się nagle i niespodzianka jest porównywalna ze stanięciem na Krzyżnem. Partie szczytowe od strony wejścia są bardzo łagodne, tymczasem okazuje się że ze wszystkich innych stron szczyt jest fajnie powietrzny. Widoki zapierają dech a klimatu dodaje krzyż fotogenicznie udekorowany kolorowymi gałgankami.  



Grań z tyłu, z której opadają piękne klify, wyglądała na ciekawą alternatywę do zejścia ale jednak nie na dziko i bez mapy. Dalej piętrzą się peljeszackie "vinogorje", całe porośnięte winoroślą gdzie wino-sklep goni wino-sklep. Po lewej widać mainland.



Ściana która góruje na Orebiciem opada z nieco niższego wschodniego wierzchołka na który warto podejść. Wydaje się iż można by stamtąd zeskoczyć do miasta, trochę tak jak z Giewontu do Zakopanego.



Kiedy w końcu słońce spędziło nas ze szczytu, po dojściu do domku myśliwskiego mieliśmy do wyboru wrócić drogą wejścia albo trasą odchodzącą w przeciwnym kierunku, również znakowaną. Z braku mapy nie dało rady sprawdzić jak przebiega ale wychodziło nam że nie ma bata, zbiegając na wschód musi przechodzić przez tamtejsze urwiska, czego technicznie nie umieliśmy sobie wyobrazić. W końcu machnęliśmy ręką i zeszliśmy po własnych śladach, mało nie padając po drodze trupem od upału. Klimat miał tę dobrą stronę iż po zejściu do Orebicia już jedno zimne Karlowaczko z kija wystarczyło żebym osiągnęła momen zen.

Na Sv. Iliję wybraliśmy się jeszcze raz, z braku innych górskich celów w okolicy. Lokalne vinogorje są przez miejscowych traktowane czysto utylitarnie i nikt się tu nie bawi w szlaki a bez szlaków potrzebna by była maczeta. Zresztą nawet na Ilję map hikingowych nie było, w trzech sklepach w Dubrovniku usłyszeliśmy że tu nikt nie łazi po górach, mapy to są drogowe i o co nam w ogóle chodzi. Tymczasem z sieci wiadomo że na górę tę jest sporo tras, część znakowana. A i nieznakowane można przecież ogarnąć tylko potrzebna jest mapa w odpowiedniej skali, żeby chociażby po układzie poziomic zorientować się w ukształtowaniu terenu. W końcu najbardziej pomocna okazała się uliczna tablica z planem Orebicia, której zrobiliśmy zdjęcie. Ukazywała ona ładnie przebieg obu znakowanych tras (naszej poprzedniej i tej którą zdecydowaliśmy się nie schodzić). Wynikało z niej iż ta druga trasa faktycznie wbija się od strony urwisk ale ewidentnie jest to do wejscia więc tę też zaplanowaliśmy na kolejny raz.

Punkt startowy na samym końcu ulicy krajla Tomislava w Orebiciu (dobrze oznaczony: drogowskaz i napis na kamieniu). Tym razem pogoda była dużo bardziej odpowiednia na łażenie. 

 



Kiedy z Orebicia podziwia się masyw Sv. Ilji, po prawej stronie od głównego szczytu znajdują się pomniejsze wzniesienia, beczkowaty Kabal i piramidkowa mała Vižanjica. Szlak po strawersowaniu Kabala wchodzi pomiędzy nie by potem skręcić ostro na zachód, przeciąć urwisko po połogiej półce ponad klifami, osiągnąć płaskowyż którym obniża się do domku myśliwskiego, a na szczyt wchodzi już tak samo jak poprzednia trasa.

Zdjęcie poglądowe z wody, Kabal i Vižanjica po prawej:



Ten wariant jest krótszy, prowadzi w większości lasem (przepięknym!) co w upale może mieć kluczowe znaczenie, jest też o wiele bardziej malowniczy. Pierwotnie drogi tej używali pątnicy pielgrzymujący do kaplicy św Eljasza na szczycie, a pielgrzymi to niekoniecznie najmłodsza i najbardziej fit część populacji. Dlatego trasę wytyczono tak żeby nawej największa pierdoła nie dostała zawału po drodze: same komfortowe zygzaki, nawet przy zejściu relaks dla kolan. Cudowna ścieżka. Nawiasem kaplicy już nie ma albowiem pieprznął w nią piorun. Może dlatego nie spotkaliśmy też żadnych pielgrzymów.

Po prawej Vižanjica:



Trasa przechodzi pod urwiskami opadająymi z grani która nas zainteresowała kiedy oglądaliśmy ją ze szczytu.



Po chorwacku "kozice" to krewetki, co odkryłam w pizzerii. Gdyby na wycieczce był z nami jakiś miejsowy słysząc nasze komentarze odnośnie biegających krewetek na piargach mógłby trochę osłupieć.



Najpiękniejszą częścią szlaku jest ta gdy przecina on opadające do Orebicia ściany. To, co z dołu wydaje się niezdobytym klifem, w rzeczywistości ma słabe punkty. Już bardzo wysoko pod wierzchołkiem ściana się kładzie i po powstałej w ten sposób póle można przejść niemal bez świadomości że kilkanaście kroków dalej jest podcięta.



Z tego odcinka można sobie ze szczegółami podziwiać Orebić który prezentuje się jak na dłoni. A później, z dołu, można analogicznie odtwarzać sobie przebieg trasy.



Z póły wejście bezpośrednio na szczyt byłoby dość karkołomne, szlak trawersuje więc kopułę do osiągnięcia płaskowyżu gdzie na fragmencie dość mocno się obniża po to, by koniecznie zahaczyć o domek myśliwski. 



Ten odcinek był nam już znany.

Tym razem pizgało tak że bałam się podchodzić do krawędzi, a huczało jak helikopter. 



Zeszliśmy znów po własnych śladach czując się już niemal jak eksperci w temacie Sv. Ijili. Choć tak naprawdę można by na nią wejść pewnie jeszcze na wiele sposobów. 

Z naszych szlaków zdecydowanie ciekawszy i fajniejszy był ten drugi, choć najlepiej byłoby chyba zrobić pętlę.

Należy pamiętać że tu nigdzie nie ma wody!!!

Czasy wejścia wg drogowskazów to 2.30h pierwszym szlakiem i 2h drugim. W upalny dzień tak szybko raczej nie pójdzie. Oba szlaki znakowane są w ten sam sposób, na czerwono, a znaki są rozsiane bardzo gęsto i myślę że nawet we mgle ciężko było by się zgubić.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35