statystyka



Kategorie: Wszystkie | .Munros | .Tatry | Inne miejsca | Mam na półce | Org. | Scrambling | Śmietnik
RSS
poniedziałek, 31 marca 2014
Sron a'Choire Ghairbh

Nr 127, Sron a'Choire Ghairbh

Wymowa: sron a kori garw

Znaczenie nazwy: peak of the rough corrie (za MunroMagic)

Wysokość: 937m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 239.

Data wejścia: 29.3.14


Na zeszły weekend prognozy były zupełnie na odwrót niż zwykle, bo brzydko na wschodzie i południu, północny zachód w miarę. Istna anomalia! Wobec powyższego Mariusz wybrał munrosa nad Loch Lochy, obok sąsiada na którym uskutecznialiśmy naszą niezapomnianą drogę idiotów: >>LINK<<. Loch Lochy jest piękne no i fajnie było w końcu wybrać się gdzieś dalej na Północ.

Samochód zostawiliśmy w zatoczce koło mostu na Kilfinnan Burn po czym zaczęliśmy się zastanawiać (Stirlitz zamyślił się... Tak mu się spodobało że zamyślił się jeszcze raz). Mianowicie głowiliśmy się nad wyborem drogi. Na munrosa generalnie idzie się najpierw lasem wzdłuż jeziora, potem doliną na przełęcz pomiędzy nim a Meall na Teanga. Bardzo dobry wariant kiedy chce się zdeptać oba, ale my mieliśmy w planach tylko Sron a Choire Ghairbh więc mogliśmy sobie pozwolić na forsowniejszą i ciekawszą opcję, w sensie od razu do góry na grzbiet i dalej przez kolejno trzy wzniesienia na szczyt munrosa. Zaoszczędziło by nam to dwukrotnego marszu doliną. Niby same plusy, ale niespecjalnie mieliśmy ochotę rozpocząć podchodzenie praktycznie spod samochodu. No ale zdrowy rozsądek zwyciężył i zaczęliśmy się tyleż ślimaczo co walecznie wbijać do góry.

Wzniesienie poniżej ma 689m n.p.m. i dopiero za nim znajduje się korbet a za nim munros... Jak w kawale o turyście który pytał bacy czy ta górka to już Giewont.

Szło się dobrze, wielkich stromizn nie było, nie padało. Rozczarowywała słaba widoczność - byłam już nieopodal i wiem jak tam potrafi być pięknie.

Chmur jako takich było niewiele, ale kompletnie nieprzejrzyste powietrze. Jezioro ledwo było widać, gór praktycznie wcale, oprócz potężnego masywu Meall na Teanga. Najlepsze że Teanga ma zaledwie 918m n.p.m. a Sron tylko o 19 m więcej, robią jednak wrażenie olbrzymów. To dlatego że startujemy z kilkudziesięciu metrów nad poziomem morza.

Przebyta droga aka górka z pierwszego zdjęcia z podchodzenia na korbet Sean Mheall:

Oraz Loch Lochy, milion razy piękniejsza sceneria od niedalekiego o tyle słynniejszego Loch Ness:

Dopiero z Sean Mheall (888m n.p.m.) odsłonił się nasz cel. Zaczęło się też wypogadzać i wyglądało iż definitywnie nie będziemy zdobywać szczytu w chmurze. BBC Weather znowu miało rację co do godziny (znaczy zdarzały im się już wtopy, jednak skuteczność mają imponującą)! Wierzchołek po lewej nie jest munrosem (za mała deniwelacja) a jedynie munro top.

Grań prowadząca na przedwierzchołek była najpiękniejszym odcinkiem trasy: 

Niektórym aż wyłączyło się panowanie nad mimiką i zaczęli się szczerzyć:

Właściwy wierzchołek jest, jak widać, z tych obszerniejszych:

Javi próbował strącić nawis kamieniami. Ponieważ mu się nie udało w ramach pocieszenia przygarnął jednego kamulca, ochrzcił Peterem oraz konsekwentnie przyhołubił w plecaku. Otrzymałam raport iż Peter bezpiecznie dojechał do Edynburga i powoli aklimatyzuje się w nowym domu.

Poniżej Meall na Teanga, z którym wiąże się tyle wspomnień (patrz link z początku notki). Była i walka z dżunglą amazońską, i używanie czterech kończyn na wrzosach... A w maliny wpuścił nas pan Andrew Dempster i jego dzieło "Classic mountain scrambles in Scotland".

Z wierzchołka zeszliśmy na przełęcz (niektórzy nawet wesoło zjechali po trawkach na dupie i co ciekawe nie byłam to ja, ale nie będę kablować ;P). Z przełęczy schodziliśmy dolinką, tak jak przewidywały nasze przewodniki. Bardzo malownicze miejsce, zwłaszcza na odcinku leśnym ale ciągnęło się jak, że zacytuję jednego z moich ulubionych autorów, smark po ścianie. Bardzo, bardzo dobrze że podjęliśmy decyzję o wchodzeniu po swojemu.

Pętla liczy sobie pomiędzy 13 a 14 km (nie jestem pewna na ile precyzyjnie zaznaczyłam trasę) ale trzepie jak dużo dłuższa tura (przewyższenie!). Cudowna wycieczka i jeden z tych munrosów które choć zdobywane pojedynczo okupione zostały ciężką fizyczną pracą :)


poniedziałek, 03 marca 2014
Beinn a' Chochuill i Beinn Eunaich

Nr 125, Beinn a' Chochuill; nr 126, Beinn Eunaich

Wymowa: ben a czok-hul; ben ańjah

Znaczenie nazwy: hill of the shell;  fowling hill (za MunroMagic)

Wysokość: 980m n.p.m.; 989m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 172.; 156

Data wejścia: 1.3.14


Beinn a' Chochuill i Beinn Eunaich mają pecha leżeć w sąsiedztwie masywu Ben Cruachana, który ze względu na kształt i charakter jest jednym z najsłynniejszych w Highlandzie. Główny szczyt to faktycznie wyjątkowo ładna góra, zaryzykowałabym twierdzenie że najładniejsza poza Skye. Dlatego sąsiedzi, choć niczego sobie, zawsze będą jedynie tymi pagórkami obok Cruachana. A niesłusznie. 

Ponieważ nazwy tradycyjnie były dla Mariusza niewymawialne jednego munrosa ochrzcił Eunuchem, a drugiego tym czego eunuchowi brakuje. Żeby nie epatować słownictwem, przyjmijmy alternatywnie że Chochlą.

Zaparkowaliśmy za bramą wjazdową do Castles Farm. Parkingu jako takiego tam nie ma, ale jest dużo miejsca a napotkany farmer potwierdził że nie ma problemu. Od razu z terenu farmy wychodzi droga. 

Przebijanie się przez stado krów było trochę adrenalinowe. Tak jak normalnie nie zwracają na człowieka uwagi, tym razem wyglądały na niezbyt przyjaźnie nastawione, zapewne ze względu na obecność cielaków. Jedna nafukała na nas i naryczała. Wrażenia olfaktoryczne daruję, nadmienię tylko iż to w czym one stoją to tylko w niewielkiej części błoto.

Idziemy dość wysoko ponad dnem Glen Noe, z początku trawersując zbocze Eunucha. Bardzo stroma ścieżka wspinająca się na ramię góry której początek jest oznaczony kopczykiem, będzie drogą zejściową - chyba że ktoś woli pokonywanie tej trasy w przeciwnym niż my kierunku.

Kileburn Castle na jeziorze Awe:

Kiedy mijamy przełęcz pomiędzy munrosami zbocze które trawersujemy należy już do Chochli. Kiedy należy rozpocząć pięcie się do góry? Polecam przeanalizowanie mapy, widać wyraźnie że góra wysyła na południowy wschód coś w rodzaju ramienia, które wyprowadza na grań szczytową. 

Poniżej klasyczny highlandzki brązowo-zielony, zimowy widoczek: 

Pogoda była mocno zmienna, chmury cały czas, ale momentami były w nich spore dziury. Tu wschodnia flanka podkowy Cruachana czyli jej drugi munro Stob Diamh:

Grań szczytowa Chochli jest rozciągnięta a że momentami w zadymce nic nie było widać, dwa razy fałszywie sądziliśmy iż dobijamy do wierzchołka. Tu pierwszy raz:

Glen Etive z Ben Staravem (w styczniu zginął na nim pan Tiso, właściciel sieci sklepów outdoorowych tej samej nazwy):

Kolejny fałszywy wierzchołek (prawdziwy w chmurze). Jak widać po raz pierwszy w tym sezonie posmakowaliśmy normalnej zimy.

A tu wreszcie prawdziwy. Nie powiem, ulżyło nam.

Wierzchołek jest na tyle nieobszerny (znaczy, nie żaden Sgurr nan Gillean, ale i nie cairngormskie plateau) że mogłam przebiec go wzdłuż i wszerz i albo kopca tam nie ma, albo był pod śniegiem. Myślę jednak że nie ma bo musiałby to być wyjątkowo mały kopczunio. Fota szczytowa:

Z Chochli zeszliśmy na przełęcz i rozpoczęliśmy ciśnięcie na częściowo skrytego w chmurze Eunucha. Warunki znacznie się pogorszyły. Wiatr dął - nie był to prawdziwy highlandzki orkan, dało się iść, ale masakrycznie zacinało śniegiem i lodem po twarzy. Widoczność po chwili zero. Dlatego nie ma zdjęć.

Z przełęczy na Eunucha jest krócej, ale i stromiej niż na Chochlę. Wszyscy szli / schodzili w rakach, nam nie chciało się zakładać, na szczęście lodu prawie nie było. To podejście, w tych warunkach dało nam obojgu popalić. Kiedy teren zaczął się nieco wypłaszczać wiedzieliśmy że znajdujemy się w rejonie szczytu ale nie było nic widać. Niebo i śnieg miały ten sam brudnoszary kolor. W pewnym momencie Mariusz stanął i krzyknął żeby się zatrzymać: okazało się że beztrosko maszerowaliśmy prosto na urwisko. Przez to że ciężko było odróżnić gdzie zaczyna się niebo zorientował się jakieś dwa metry od nawisu na krawędzi. Mapa pokazuje że choć pionów tam nie ma, jest skąd polecieć. I to właśnie był szczyt (znów wniosek na podstawie analizy mapy), choć zorientowaliśmy się dopiero po chwili (kopiec, który tam akurat na 100% jest, był zasypany). Od tamtego miejsca teren zaczął się już tylko obniżać, ale kiedy ogarnęliśmy sytuację nie było już mowy żeby wracać. W ten sposób zdjęcie szczytowe szlag trafił.

Zejść popod chmurę udało nam się bez obstrukcji ponieważ para przed nami zostawiła piękny ślad. Niżej dobiliśmy do ścieżki wspomnianej na początku, i nią stromo - do drogi nad Glen Noe.

Pomijając rozczarowanie faktem iż przegapiliśmy szczyt Eunucha (acz nie mam wątpliwości że na nim byliśmy, wystarczy zresztą spojrzeć na ukształtowanie terenu), wycieczka była znacznie lepsza niż się spodziewałam. Było i wydymanie przez naturę, i niewielki ale zawsze element przygodowy, niedużo ale trochę widoków oraz last but not least kolejne dwa munrosy zaliczone. Acz uczciwie przyznaję, post factum czułam się nie jak po 13 km, a po dwa razy tyle.


poniedziałek, 20 stycznia 2014
Beinn Chabhair

Nr 124, Beinn Chabhair

Wymowa: ben ka-war

Znaczenie nazwy: hill of the hawk (za MunroMagic)

Wysokość: 933m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 244.

Data wejścia: 11.1.14

Beinn Chabhair to kolejny z najbliższych nam geograficznie munrosów. Znajduje się w Glen Falloch przez którą przebiega A82. W kierunku południowym rzut kartoflem od Loch Lomond, w kierunku północnym też kartofel tylko większy do Crianlarich. Którędy by nie jechać z Livi wychodzi ok. półtorej godziny.

Beinn Chabhair da się połączyć z dwoma sąsiadami: już przez nas odwiedzonym An Caisteal (>>LINK<<) oraz Beinn a’Chroin. Nam pasowało deptać go samodzielnie – 14 km na wciąż krótki dzień jest ok.

Start z parkingu w Inveraran, kolo Drovers Inn. Należy się stamtąd ruszyć (miałam napisać cofnąć, ale to tylko dla tych co jadą od strony Crianlarich) poboczem w stronę niedalekiego kempingu. Przekraczamy mostek, przechodzimy przez teren kempingu, wpadamy na dead end, zatem skręcamy w prawo. Trasa właściwa rozpoczyna się wąską dość stromą ścieżką biegnącą po lewej stronie wyżłobionego przez strumień wąwozu (przy oblodzeniu gdzieniegdzie uważać!). Jest stromo, ponieważ musimy wbić się na początkowy górski wał po osiągnięciu którego teren znowu się wypłaszczy. Ten kawałek jest całkiem ładny, tak ze względu na wąwóz i rwący potok (jest nawet niewielki wodospad) jak i to że bardzo szybko zyskujemy wysokość i po drugiej stronie doliny zaczynają się wyłaniać kolejne wierzchołki.

Kiedy osiągamy górną część walu teren się kładzie. Znajdujemy się w poniekąd dolince obramowanej z jednej (lewej) strony przez długi grzbiet Beinn Chabhair, po drugiej przez szatańską kopę (666m n.p.m.) Parlan Hill.  

Teraz macie wybór. Można ścieżkami dnem dolinki, z grubsza wzdłuż Beinn Glas Burn. Teren jest tam jednak niemożebnie bagnisty. Wiosną czy jesienią, podejrzewam można się wyświnić po pachwiny. Gdybym miała iść na tego munrosa jeszcze raz myślę że zaraz po osiągnięciu wypłaszczenia starała bym się odbić w lewo, na początek grzbietu – wariant zapewne sporo żmudniejszy ale mniej syfiasty. Tym razem jednak poszliśmy “podręcznikowo”, tj. dolinką aż do Lochan Beinn Chabhair. 

To jeszcze nie wierzchołek, a jedna z licznych kop po drodze:

W stronę stawu opadał szeroki żleb z charakterystyczną formacją skalną po lewej stronie:

Tamtędy idzie ścieżka. Ponieważ przylazła śniegowa chmura i piękne światło oraz widoczność szlag trafił staraliśmy się jej w miarę trzymać na tyle na ile nie była zasypana. Ta wędrówka na grzbiet a potem grzbietem to bardzo fajny odcinek z ciekawą rzeźbą terenu charakterystyczną dla wzgórz w tym rejonie: raz w górę, raz w dół, pomiędzy urozmaiconymi formacjami skalnymi, taki trochę labirynt. Mimo zerowej widoczności i śniegowych "showersów" nie mieliśmy problemu z trafieniem na wierzchołek. Na dwóch ciut stromszych fragmentach gdzie śnieg był zmrożony na kamień trochę się zasapałam, jako że raków wyciągać nikomu się nie chciało. Gdzie indziej zapadałam się po kolana. Tęskniłam za zimą :) Trochę nam tylko było szkoda widoków na Loch Katrine i jego dzikie otoczenie.

Na wierzchołku nie zatrzymaliśmy się nawet na pięć minut, tak było zimno. Powrót z początku po własnych śladach, potem chmura zaczęła się przesuwać ukazując ponownie piękne niebieskie niebo. Szczyt odsłonił się w pełni przed 15, kiedy zaczynaliśmy schodzenie z walu. 

Znów piękne światło:

W prawym górnym rogu Beinn a'Chleibh, Ben Lui i Ben Oss:

Trasa jak wspomniałam liczy sobie 14 km ale wytrzepało nas nieźle. Ogólnie wycieczka oraz miejscówka okazały się bardzo przyjemne, a widoki pooglądałam sobie w relacjach na Walkinhighhlands. Fajnie bo jakoś nigdy wcześniej Glen Falloch nie zdołała sobie zaskarbić mojego serca. Cieszę się że jeszcze jeden munros nam tu został.

Nawiasem, ilość osób spotkanych na trasie: 1 :D


niedziela, 01 grudnia 2013
Meall Buidhe

Nr 123, Meall Buidhe

Wymowa: myl bui

Znaczenie nazwy: yellow hill (za MunroMagic)

Wysokość: 932m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 248.

Data wejścia: 30.11.13


Meall Buidhe mieliśmy już deptać razem z sąsiadem: >>LINK<<, ale że nie wyszło, zachowaliśmy go na jakąś krótką wycieczkę-rozgrzewkę. Na wczoraj (ciemno po 16, my nierozchodzeni) jak znalazł. Zaparkowaliśmy tuż przed dziewiątą, z powrotem przy wozie dwunasta z minutami :D A munros jest ;P

Start z Glen Lyon, którą bardzo lubię. Leży w niesamowitym rejonie. Ten teren - z grubsza pomiędzy Crieff na południu i Rannoch Moor na północy - to miejscami prawdziwe highlandzkie zadupie, unikalne w tej części Szkocji, w sąsiedztwie Pasa Centralnego. Kiedy jedziemy przez Glen Lyon na odcinku za Meall nan Tarmachanem przez chwilę można się poczuć jak na najdalszej północy. Gdzieś w tej okolicy podziwialiśmy wschód słońca. W ogóle niebo wyczyniało wczoraj cuda.

Image Hosted by ImageShack.us

A to robione już nieopodal punktu startowego:

Image Hosted by ImageShack.us

Znajome z poprzedniej wycieczki Loch an Daimh to jeden z wielu w Szkocji sztucznych zbiorników. Startujemy z maleńkiego parkingu koło zapory. Z początku idziemy drogą wzdłuż jeziora, by zacząć wbijać się na zbocza jedną z licznych ścieżek. Warto trzymać się takiej która biegnie po wypukłych formacjach bo teren jest tam mocno bagnisty i można wpaść w błotną dziurę.

Image Hosted by ImageShack.us

Wchodzi się mocno połogim zboczem, momentami niemal poziomym, jedyną "atrakcją" są bagna. Zdecydowanie jeden z lżejszych munrosów.

Image Hosted by ImageShack.us

Widoki bez szału, bo znajome - vis a vis Stuchd an Lochain, dalej potężny trójkąt Meall Ghaordaidh, grupa Lawersa, w oddali niepowtarzalne sylwetki Ben Vorlicha i Stuc a'Chroina. Poczucie odludności, dzikości jednak jest.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy pokazują się dwa "wierzchołki" kierujemy się na lewy. Dopiero po jego osiągnięciu okazuje się że do prawdziwego szczytu jeszcze spory kawałek, ale już relaks po niemal płaskim terenie. Taki spacer że dzisiaj miałam tylko minimalne zakwasy, po pracy miewam większe.

Niebo jak wspomniałam wariowało.

Image Hosted by ImageShack.us

Wierzchołek jest po lewej stronie:

Image Hosted by ImageShack.us

Niestety pogoda zaczęła się psuć i widoków na drugą stronę, na Loch Rannoch, za bardzo nie popodziwialiśmy. Wymroziło nas i wywiało też nieźle. Najlepszy sposób na spędzanie sobotniego poranka ;D

To nie loch Rannoch tylko znowu Loch an Daimh, ze Stuchd an Lochain po lewej:

Image Hosted by ImageShack.us

Summit fever!!! ;)

Image Hosted by ImageShack.us

Oraz klasyka szczytowa (zaczęło tak wiać że ciężko było wstać... nie czuję jak rymuję...):

Image Hosted by ImageShack.us

Powrót tą samą drogą. Razem - niecałe 9 km. No hardkor to to zdecydowanie nie był! I pomyśleć że taki Sgurr nan Gillean jest tylko o 32 metry wyższy...

Image Hosted by ImageShack.us

Meall Buidhe to typowy cel dla baggerów, miłośnicy przygód nie mają tu czego szukać. Ja jednak lubię czasem spokojny spacer, a jeśli do tego w atmosferze cudownego wygwizdowa i z możliwością dopisania munrosa do listy, to więcej niż chętnie.

Image Hosted by ImageShack.us


środa, 13 listopada 2013
Weekend w Highlandzie

W góry zupełnie nie udaje nam się ostatnio wyskoczyć, ale w ostatni weekend zrobiliśmy sobie objazdówkę po Skye i zachodnim Highlandzie. Złota jesień plus okno pogodowe zaowocowały fantastycznymi wrażeniami. Szkoda że nie jestem w stanie wrzucić wszystkich zdjęć.

W sobotę na Skye jeszcze nie było rewelacyjnie, trochę co chwila popadywało, ale dało się coś zobaczyć. 

Storr stał w chmurach, za to Qiraing nie rozczarował:

Image Hosted by ImageShack.us

Hebrydy Zewnętrzne wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Za krową widać góry na Harris.

Image Hosted by ImageShack.us



Czarne Cuilliny odsłoniły się dopiero wieczorem, ale jak już to już. Sgurr nan Gillian wygląda od tej strony tak, że słowackie Tatry Wysokie by się nie powstydziły:

Image Hosted by ImageShack.us

Zachód słońca był spektakularny.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us



W niedzielę - masakra. Od rana pogoda taka że trudno było uwierzyć. Śniadanie z widokiem na przyśnieżone, skąpane w słońcu Cuilliny, bezcenne.

Image Hosted by ImageShack.us



Nie chciało nam się tak od razu wracać więc najpierw pojechaliśmy na półwysep Sleat, gdzie nas jeszcze nie było. Roztaczają się stamtąd widoki na dziki półwysep Knoydart z piękną górą Ladhar Bheinn (najwyższa na zdjęciu) na którą od dawna się szykujemy (wycieczka niestety dość skomplikowana logistycznie).

Image Hosted by ImageShack.us



Image Hosted by ImageShack.us

Loch Alsh:

Image Hosted by ImageShack.us

To natomiast niewątpliwie dwie najwyższe z Five Sisters of Kintail >>LINK<<.

Image Hosted by ImageShack.us

Na cmentarzu u wylotu Glen Affric było tak pięknie, że zrobiliśmy tam dłuższy postój.



Image Hosted by ImageShack.us

Kolejne dwa wypadły nad Loch Garry, pierwszy na znanym punkcie widokowym:

Image Hosted by ImageShack.us

I drugi, bo nie dało się przejechać mimo wobec tych kolorów.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Jako że wypadał Remembrance Day, pod Commando Memorial koło Spean Bridge był niezły tłum. Było na co popatrzeć.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Postanowiliśmy podskoczyć jeszcze do Glenfinnam i po drodze ustrzeliliśmy Benka który był jak zwykle bezbłędny.

Image Hosted by ImageShack.us

Glenfinnan Monument i wiadukt załapały się na zdjęcia w ostatnich chwilach przed zachodem słońca:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Glencoe i reszty już się uwiecznić nie dało. Ale co ogarnęliśmy to nasze. Niezapomniany dzień.

Śniegu jest już całkiem sporo i nie mogę się doczekać kiedy w końcu pójdziemy w góry!!!

poniedziałek, 16 września 2013
A'Chralaig i Mullach Fraoch-choire

Nr 121, A'Chralaig i nr 122, Mullach Fraoch-choire

Wymowa: a kralah; mulah fruah kori

Znaczenie nazwy: the basket;  summit of the heathery corrie (za MunroMagic)

Wysokość: 1120m n.p.m.; 1102m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 33.; 49.

Data wejścia: 14.09.13


Te dwa munrosy zdobywa się z Glen Shiel, choć Mullach leży już właściwie w Glen Affric. Parkujemy trochę przed Cluanie Inn. Góry są wysokie ale przynajmniej nie startujemy z poziomu morza, a z ok. 250m n.p.m. 

To zachodnie wybrzeże - góry mają tu znacznie więcej charakteru niż ich naleśnikowate rodzeństwo z centrum kraju, może nie ma tu wiele skały ale wierzchołki są kształtne i strzeliste, granie gdzieniegdzie wąskie, płaskowyżów brak. Ponadto szczyty Glen Shiel są łatwo dostępne gdyż doliną biegnie A87. Z Glen Affric jest pod tym względem ciężej.

Na A'Chralaig Walkinhighlands zaleca wchodzić ramieniem opadającym na parking. My weszliśmy kawałek w dolinę licząc że po zboczach będzie biegła na szczyt jakaś ścieżka, ale że żadnej nie znaleźliśmy, zaczęliśmy wchodzić tak jak było nam najwygodniej z uwagi na rzeźbę terenu. Podchodzenie było średnio przyjemne: mokra wysoka trawa oraz zbocze które nie chciało się skończyć.






Wszystkim nam ulżyło kiedy w końcu osiągnęliśmy grań. Z miejsca na które wyszliśmy na szczyt było jedynie krótkie podejście. Mogliśmy też po raz pierwszy obejrzeć sobie nasz cel nr. 2, Mullacha Fraoch-choire:



Wreszcie mieliśmy widoki na drugą stronę, na Gleann na Ciche oraz Glen Affric z jej jeziorem. Praktycznie ostatnia tegoroczna szansa żeby obejrzeć sobie ten krajobraz w zieleni. Trawy zaczynają już rudzieć.



Jako że miałam jeszcze sporo energii, musiałam zdobyć szczyt pierwsza :D



A także wejść na najwyższy punkt ;D



Jak widać na Mullacha nie jest daleko, choć po drodze będziemy przechodzić przez jeszcze jedną górę, Stob Coire na Craileig (to ten szczycik w słońcu). Choć ma 1008m n.p.m. nie jest munrosem ze względu na zbyt małą wybitność.



Z A'Chralaig schodzimy miejscami kamienistą granią - przyjemny odcinek, idzie ekspresowo, a widoki powalają. Najciekawiej wyglądał fragment przed szczytem Mullacha, wąska grańka z licznymi turniczkami:



Pogoda była w kratkę, chmury przychodziły i odchodziły, pokapywał deszcz. W niczym nie odbierało to jednak uroku krajobrazowi, powiedziałabym wręcz że wprost przeciwnie:



Schodzić mieliśmy ścieżką opadającą z przełęczy pomiędzy Stob Coire na Craileig a Mullachem, co oznaczało że grańkę będziemy przechodzić dwukrotnie. Zaczęła się niewinnie:





Niestety jak to bywa przyszedł moment który mi się nie spodobał. Chodzi o powyższego pinakla. Na górze trzeba wykonać jeden średnio trudny eksponowany manewr i cofnęłam się, pokonana obustronną ekspozycją. Trochę jak krótszy Rohacki Koń. W jakimś stopniu usprawiedliwia mnie fakt że moje wysłużone braschery mocno się na tej skale ślizgały. Ale w gruncie rzeczy nie przeszłam tego bo nie musiałam, taka prawda :( Chłopaki nie mieli problemów.

Tak to miejsce wyglądało - zdjęcie robione w dół - niby tylko kilka ruchów, ale...



Dalej podobno było już bezproblemowo:



Ja natomiast po cofnięciu się wpadłam na genialny pomysł schodzenia z grani prosto na omijankę, po bardzo stromych mokrych trawach. Po kilku metrach kiedy tylko złapanie się kamienia uratowało mnie przed pojechaniem na dupie pacnęłam się w głowę i (nie bez pewnych akrobacji) zdjęłam spodnie przeciwdeszczowe, które działały jak folia albo jabłuszko pod tyłkiem. Gdybym faktycznie na nich pojechała, zatrzymałabym się pewnie dopiero w Gleann na Ciche. Już bez większych problemów zsunęłam się na ścieżkę - poniżej widać jak wracam nią na grań:



Po drodze był jeszcze jeden grzebień skalny. Mariusz wspiął się na niego po czym kazał nam go ominąć ze względu na eksponowany i wymagający podciągnięcia się kawałek na górze.



Za grzebieniem pozostał już tylko króciutki odcinek na szczyt.





Para która szła za nami na zdjęciu przymierza się do przejścia feralnego pinakla. Oni jednak także się wycofali.



Pogoda z biegiem dnia robiła się coraz lepsza i kiedy wyszliśmy na szczyt zdążyła się już ustalić. Pięknie było. Cudny, dziki, tajemniczy rejon, jeden z ciekawszych w Szkocji. Fajnie że mamy tu jeszcze tyle munrosów do zdeptania.





Na ten kopiec nie weszłam, bo był luźny :P Ale dotknęłam, więc się liczy ;P



Zejście z przełęczy było... mokre. Trzeba było się trochę nagimnastykować żeby nie przemoczyć butów (mnie się to nie do końca udało). Na dole to samo: klasyczne highlandzkie całoroczne pół-bagno. Nie mogliśmy się doczekać kiedy wątła ścieżka przejdzie w utwardzaną drogę i nie będzie trzeba skakać z kępy na kępę żeby ocalić buty.



Trasa liczy ok. 14 km i nie jest bardzo męcząca z wyjątkiem tego pierwszego podejścia. Ponieważ scrambling jest w pełni opcjonalny wycieczka nadaje się polecenia każdemu. Bardzo mi się podobało i mam nadzieję na w miarę szybki powrót w ten rejon. Korci mnie też żeby coś tu zdeptać zimą - cóż to musi być za widok, te wszystkie piękne góry w śniegu.
 
No i w porównaniu z Walią jaki niesamowity spokój: spotkaliśmy tylko dwie osoby, z daleka widzieliśmy kolejne dwie. Rozumiem że te akurat dwa munrosy nie są aż tak oczywistym celem jak Ben Nevis, ale pamiętam wycieczkę sprzed lat na najsłynniejsze w tym rejonie The Saddle: również dwie czy trzy osoby. Rok temu na Pięciu Siostrach nieco więcej (lampa!) ale nadal żaden tłum. Można odetchnąć od ludzi, co zwłaszcza w takiej scenerii jest bezcenne.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25