statystyka



Najlepsze górskie strony
Blog > Komentarze do wpisu

Ben Alder Munros



Nr 224, Beinn Bheoil; nr 225, Ben Alder; nr 226, Beinn Eibhinn; nr 227, Aonach Beag; nr 228, Geal-Charn; nr 229, Carn Dearg

Wymowa: ben wiaol; ben older; bin ejwin; unah beg; gal harn; karn dierek

Znaczenie nazwy: hill of the mouth; hill of rock and water; delightful hill; little ridge; white peak; red cairn like peak (za MunroMagic)

Wysokość: 1019 m n.p.m.; 1148 m n.p.m.; 1102 m n.p.m.; 1116 m m.p.m.; 1132 m n.p.m.; 1034 m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 112.; 25.; 48.; 37.; 26.; 98.

Data wejścia: 7-8.7.2018

 

Do "Alderów" zalicza się sam właściwy masyw połączonych Ben Aldera i Beinn Bheoil, oraz sąsiednią czteromunrosową grań. Jest to dość trudno dostępna grupa górska do której dojść można na trzy sposoby: dojechać pociągiem do Corrour Station i dalej z buta; z Glen Spean z buta, oraz z Dalwhinnie (niespodzianka!) z buta, w tym wypadku 15 km. Podobna odległość występuje zresztą w każdej z wymienionych opcji. Dlatego postanowiliśmy poświęcić cały weekend i zaliczyć wszystkie sześć munrosów a zmęczyć się dojściem i powrotem tylko raz. 

Wybraliśmy najbardziej popularną opcję dojścia z Dalwhinnie do Culra Bothy, przenocowanie tam, następnego dnia wejście na Beinn Bheoila i Aldera po czym wbicie się na drugą grań, zdobycie minimum jednego munrosa (acz jakby się udało więcej to super), biwak na grani, ostatniego dnia dokończenie jej i powrót. Założenie ambitne acz latem jak najbardziej wykonalne. Problematyczny był fakt iż w piątek pracowałam do 19.30. Mariusz zabrał mnie prosto z pracy, w Dalwhinnie byliśmy po ok. dwóch godzinach, trochę czasu zajęło znalezienie parkingu z którego nas nie odholują (trwają prace leśne i najbliższy początkowi trasy parking jest zarezerwowany dla ciężkiego sprzętu), do Culry doszliśmy przed północą. Zdjęcie poniżej zrobione po 23 pokazuje jak wyglądają letnie noce w Szkocji: 



Bothy jest oficjalnie nieczynne ze względu na obecność azbestu ale otwarte. Azbest jest podobno w ścianach ale że nie zamierzaliśmy ich skrobać i się sztachać bothy było nasze. Spało się cudownie a poranek okazał się obiecujący:



Fajnie było zobaczyć na żywo klasyczny widok pt. Culra z Alderem po jednej stronie a Lancet Edge po drugiej. Grań ta, kulminująca w pomniejszym szczycie Sgor Iutharn, opada z munrosa Geal-Charn, przedostatniego w grani. Do wejścia się zatem nie za bardzo tym razem nadawała ale jeśli kiedykolwiek tu wrócimy to właśnie po to żeby ją przejść.



Dolinę przecina trochę ścieżek, ale w warunkach jakie mieliśmy nawigacja była dość oczywista.



Profil Lancet Edge z każdej perspektywy wyglądał ciekawie, widać że jest tam jedno trudniejsze miejsce już całkiem wysoko:



Loch Pattack a naleśniki w tle to masyw Monadliath aka Szare Góry.



To zdjęcie jest o tyle istotne że pokazuje drogę zejściową z ostatniego munrosa - dość upiorne wrzosowe zbocze pozbawione ścieżek. 



Droga na Beinn Bheoil wygląda tak: najpierw umiarkowanie strome zbocze, potem wypłaszczenie, potem podejście na garb (Sron Dreineach) który jest długi i wznosi się jedynie nieznacznie, oraz szczytowy "final push" widoczny na zdjęciu. Nie jestem pewna czy tam wszędzie jest ścieżka bo my naszą w pewnym momencie zgubiliśmy. Przy dobrej widoczności nie miało to oczywiście większego znaczenia, poza tym od garbu nawigacja jest oczywista.



Widok z wierzchołka Beinn Bheoil na trzy popularne scramblingowe granie: Short Leachas (Alder), Long Leachas (Alder) i Lancet Edge. Ta ostatnia wygląda na najbardziej eksponowaną.



Loch Ericht, zaś na tle nieba widać kolejno Ben Lawersa z satelitami, czterowierzchołkowy Meall nan Tarmachan oraz trójkątny Meall Ghaordaidh. "Aldery" są położone w centralnym highlandzie, stąd widać z nich także Glencoe, Nevis Range, The Mamores, i dalej aż do Glen Shiel. Zaraz za Loch Ericht naleśnikują zaś Drumochtery. Nie wrzuciłam zbyt wiele zdjęć szerokich planów bo to z racji ilości munrosów wyjątkowo długa notka i wyjątkowo dużo zdjęć, a nie chcę żeby strona ładowała się godzinę.



Kolejny szczyt w masywie Beinn Bheoil, mający status munro top Sron Coire na h-lolaire (też uwielbiam te nazwy). Bardzo ładny szczyt ale z bólem zdecydowaliśmy się go strawersować żeby zaoszczędzić trochę energii.



Zeszliśmy na przełęcz o wysokości 833 m n.p.m. skąd na zbocza Aldera wchodzi się wolną amerykanką, ta strona góry jest stosunkowo połoga, klify są tylko od północy i wschodu. Na zdjęciu wierzchołek po prawej stronie.



Loch a' Bhealaich Bheithe oraz Beinn Bheoil. Dobry moment żeby przypomnieć że zbitkę "bh" w gaelic czyta się jak polskie "w" ;)



Na wierzchołku. Alder to taka typowo "cairngormska" góra: wielkie to, plaskate, acz rehabilituje się kotłami oraz opadającymi do nich graniami. Mimo tego Beinn Bheoil, choć znacznie niższy, jakoś bardziej przypadł mi do gustu.



Pierwszy widok na kolejne do zdobycia dwa munrosy, Beinn Eibhinn i Aonach Beag:

 

Z Aldera zeszliśmy w dolinę oddzielającą nas od kolejnej grani (momentami stromawo ale pamiętam dużo bardziej męczące zejścia) i ukazał nam się w całej okazałości kolejny etap, to jest podejście na przełęcz pomiędzy munrosami. Jak widać na Beinn Eibhinn trzeba się kawałek cofnąć. Byliśmy już zmęczeni (słońce czasem chowało się za chmurami ale kiedy grzało to na full) ale na grań trzeba było się wspiąć, ponieważ kolejny dzień miał być wystarczająco ciężki i bez tego podejścia. W dolinie uzupełniliśmy też wodę która w tym upale zdążyła się skończyć.



Ten kawałek mnie trochę dobił, przyznaję.



W okolicach przełęczy zdecydowaliśmy że na ten dzień wejście na Beinn Eibhinn wystarczy. Z przełęczy w górę wyprowadza dobrze zdefiniowana grańka na której poziomej części postanowiliśmy zabiwakować. 



Poniżej można wypatrzeć nasz namiocik. Widać też jak gwałtownie zaczęła się zmieniać pogoda. Zostawiliśmy plecaki w namiocie i w dziesięć minut byliśmy na wierzchołku Beinn Eibhinn (wierzchołki są dwa, ten dalszy jest właściwy) - każde stanęło tam dosłownie na kilka sekund i zaczęliśmy wiać z powrotem żeby zdążyć się schować przed deszczem.



Nasz namiot to kropka na grani w miejscu gdzie kończą się jasne piargi. W tle Aonach Beag oraz Geal-Charn.



Kiedy już byliśmy w namiocie zerwało się takie wietrzysko że dotarło do nas iż rozbicie się na grani nie było najmądrzejszym pomysłem. Klnąc zwinęliśmy namiot na pół, z matami i śpiworami w środku, i znieśliśmy go poniżej przełęczy (mieliśmy szczęście że go nam wiatr nie porwał). Potem musieliśmy się jeszcze wspiąć po plecaki. Naprawdę mieliśmy już dość jak na jeden dzień. 

Spało nam się słabo, wiatr tak dął że baliśmy się że połamie nam namiot. Rano wszędzie były kotłujące się chmury, jak widać coś tam się odsłaniało ale jedynie na krótkie momenty. Jakoś udało się zwinąć majdan i wyruszyć - dzień zapowiadał się średnio ale nie mieliśmy już wyjścia, powrót i tak wypadał przez kolejne trzy munrosy.



Ze względu na warunki nie bardzo było czemu robić zdjęcia. Na Aonach Beag wyprowadza również nieźle zdefiniowana grań, a podejście z przełęczy jest nieco tylko dłuższe niż na Beinn Eibhinn. 



Przełęcz pomiędzy Aonach Beag i Geal-Charn jest położona wyżej niż poprzednia. Na tym etapie wiatr zmalał i do szczęścia zaczęło brakować tylko widoków. Zdjęć szczytowych nie wrzucam bo pokazują tylko mnie, kopczyki i szarość. Warto natomiast spojrzeć na plateau w rejonie szczytowym Geal-Charn - bez GPSa pewnie błąkali byśmy się tam 40 lat jak Żydzi po pustyni. Z tego rejonu można kontynuować na nieodległy Sgor Iutharn i zejść sobie Lancet Edge acz nie wiem czy to byłby najlepszy pomysł.



Z północno-wschodniej strony Geal-Charn opadają klify i jedyną opcją do zejścia jest grańka Aisre Ghobhainn. Tpo ładny kawałek trasy po którego obu stronach mieszczą się kotły a w każdym jest jezioro. Kocioł wschodni jest głębszy i bardziej efektowny, głównie dlatego że zamyka go Lancet Edge:



Ten przyjemny fragment szybko się jednak kończy, za pzrełęczą grań zaczyna się rozlewać w zbocze i dość łagodnie wznosi się na ostatniego munro Carn Dearg, oddalonego o ok. 2 km. Ponownie, munros ten ma dwa wierzchołki, i wrzucam zdjęcie z niższego ponieważ jest bardziej efektowne. Z drugiej strony gdyby ten dzień był tak piękny jak poprzedni, musiałabym tę notkę rozbić na dwie części z powodu ilości zdjęć. 



Z Carn Dearg ponownie sprowadził nas GPS. Ścieżek jako takich nie ma, ale proponowana trasa z Walkhighlands, na rympał zboczem, sprowadza prosto do bothy. To zejście do przyjemnych nie należy, bo raz że strome a dwa że porośnięte wrzosami i jagodami wśród których zieją poukrywane dziury i można wpaść po udo. Poniżej Beinn Bheoil i Alder w chmurach:



Końcówka zbocza, widać prywatne Culra Lodge (to większe) i bothy (to mniejsze):



Po dojściu do bothy zrobiliśmy jedynie krótki postój gastronomiczny, starając się za bardzo nie ekscytować ukończoną misją a raczej kontynuować w trybie zadaniowym, jako że byliśmy już dobrze wytrzepani a do samochodu zostało ok. 16 km. Klasyczny alderowy widok po raz drugi, w jakże innych warunkach:



Powrót, jak można było przewidzieć, przypominał odwrót spod Moskwy aczkolwiek ja osobiście umordowałam się nieco mniej niż po Loch Mullardoch - jednak co szutrowa droga to szutrowa droga. Kiedy dobrnęliśmy do parkingu miałam jednakowoż ochotę ucałować samochód. 

Podczas tego weekendu zrobiliśmy ok. 60 km, ale zdecydowanie było warto ogarnąć wszystkie te sześć munrosów od jednego strzału. Jeśli jednak będziemy kiedykolwiek wracali do Culry, chociażby na Lancet Edge, to tylko na rowerach. Większość ludzi tak właśnie robi a my nie skorzystaliśmy z tej opcji ponieważ mój niemiłosiernie eksploatowany pojazd już ledwo zipie, a potrzebuję go na jeżdżenie do pracy. Uskutecznianie Alderów z buta, choć jak widać możliwe, to jednak trochę hardcore. 

Linki do map i tras na Walkhighlands wrzucę później.


czwartek, 12 lipca 2018, connspeach

Polecane wpisy