statystyka



Najlepsze górskie strony
Blog > Komentarze do wpisu

The life and death of St Kilda


Z tegorocznych wakacji na Północy, podczas których po raz pierwszy zahaczyliśmy o Hebrydy Zewnętrzne, przywiozłam taką oto książkę:


O St Kildzie nigdy przedtem nie słyszałam (albo nie pamiętałam, co na jedno wychodzi), ale zaintrygował mnie podtytuł. Pomyślałam, że przeczytam wstęp żeby zobaczyć o co chodzi... I wsiąkłam. 

St Kilda to maleńki archipelag położony 64 km od najbliższego lądu, to jest wyspy Uist. cztery większe i trochę mniejszych wysepek; kilkaset hektarów skały, gdzie nie rośnie ani jedno drzewo, bezbronnej wobec żywiołów, dostępu do której bronią wysokie klify. W tym skrajnie niegościnnym środowisku od wieków żyli jednak ludzie. Społeczność zawsze oscylowała pomiędzy 100 a 200 mieszkańców, których codziennym zajęciem był po prostu survival, co biorąc pod uwagę przerąbaną lokalizację nietrudno sobie wyobrazić. Miejscowi, których językiem był specyficzny ze względu na izolację dialekt gaelic, z narażeniem życia polowali na klifach archipelagu na morskie ptaki, stanowiące podstawę ich diety - to pozwalało im przeżyć, jako że na St Kildzie mało co jest w stanie wyrosnąć. Jakkolwiek nigdy nie byli całkowicie odcięci od świata, kontakty z resztą Szkocji były sporadyczne. Społeczność St Kildy żyła według całkowicie własnych zasad, np. nie posługując się w ogóle pieniędzmi, bo choć idea była im oczywiście znana, w warunkach w jakich żyli była abstrakcją. Dzielono się tu wszystkim - nie ze względu na altruizm, a pragmatyzm: tylko współpraca i wzajemne wspieranie się zapewniało przetrwanie grupie. 

Im częstsze stawały się kontakty z mainlandem, tym bardziej jasne było, że tak dalej być nie może. Świat szedł do przodu, St Kilda trwała w miejscu. Mieszkańcy mieli świadomość jak ekstremalnie twarde życie wiodą w porównaniu do współplemieńców z innych części kraju. Nadal, było to jedyne życie, jakie znali.

Zwiększająca się częstotliwość kontaktu z szerokim światem, choroby - tężec dziecięcy oraz grypa która zdziesiątkowała populację, wreszcie chęć zapewnienia dzieciom lepszego losu - słowem, cały splot okoliczności zdecydował o wysłaniu przez St Kildańczyków petycji do rządu odnośnie ewakuowania ich na mainland i zapewnieniu pomocy na starcie. Był rok 1930.

Steel szczegółowo opisuje codzienne życie wyspiarzy, a wymagało ono umiejętności których nie powstydził by się Bear Grylls. Dowiadujemy się, jak misjonarze z lądu kształtowali ich religijność, a można się domyśleć że mieszkańcy kawałka targanej wichrem skały na Atlantyku byli dość podatni na nauki o gniewie bożym. Dowiadujemy się o ewakuacji która, choć konieczna, była dla tych ludzi dramatem. Który bynajmniej nie skończył się w momencie gdy wylądowali w porcie w Oban. Dla wielu z nich on dopiero się zaczął.

Historia jest fascynująca i pięknie napisana, choć nie wszystkie rozdziały były dla mnie równie interesujące, nie winię jednak autora, a tematykę. Tym co mnie interesowało byli ludzie, ich przeżycia i historie przed i po ewakuacji, zwłaszcza po. Oraz oczywiście samo życie na wyspie -  z naszego punktu widzenia niewyobrażalne - a jednak nadal nie wiem, czy bardziej bym je pokochała czy znienawidziła, i rozumiem dlaczego dla St Kildańczyków opuszczenie domu, choć dobrowolne, było wtedy oraz pozostało tragedią.

Że lektura nie górska? Za to highlandzko - celtycka zdecydowanie. Nie znalazłam informacji o przekładzie, ale polecam - jedna z tych historii które powodują ciarki na plecach.






niedziela, 01 września 2013, connspeach
Tagi: St Kilda

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: odd, *.ikp.kfa-juelich.de
2013/09/04 16:19:08
narazie przeczytalem tylko opis wycieczek po Tatrach (ale chyba ze 3 razy juz :)) i musze przyznac ze hyper super wyjebiaszczo ci to wychodzi .. great job, keep continuing