statystyka



Najlepsze górskie strony
Blog > Komentarze do wpisu

Pierwsza wycieczka na Lewis i Harris


Górsko nam ten czas na Północy nie wyszedł, ale przynajmniej zobaczyliśmy nowy zakątek Highlandu.

Z Ullapool popłynęliśmy na Hebrydy Zewnętrzne, a konkretnie na Lewis. Lewis i Harris to jedna wyspa. Patrząc na mapę może się wydawać (tak na logikę) że Harris to ta dolna, mniejsza część poniżej przesmyku, ale nie jest tak. Mniej więcej połowa zielonego na północ od przesmyku to też Harris, tyle że North. Podział jest historyczny i w terenie widać że nie do końca bez sensu, ponieważ upraszczając nieco Harris jest górzysta a Lewis płaskawa.

Image Hosted by ImageShack.us

Tak wygląda część północna na której - w Stornoway - wylądowaliśmy:

Image Hosted by ImageShack.us

O L&H wiedzieliśmy niewiele - głównie to iż język gaelic jest tu wciąż żywy i przez część mieszkańców używany jako pierwszy, choć wszyscy znają angielski. Przejrzałam też pobieżnie jakiś przewodnik żeby zorientować się czego na pewno nie powinniśmy przegapić. Generalnie jednak byliśmy zdecydowani iść na żywioł, bo na wyspie mieliśmy spędzić tylko jedną dobę i bardziej chodziło o to żeby liznąć klimatu i zobaczyć czy warto tu wrócić na dłużej.

Sam rejs promem był świetną atrakcją, choć pogoda dopisała średnio. Najważniejsze jednak że kiedy wypływaliśmy, trochę było widać góry: szczyty Sutherlandu i An Teallacha. 

Poniżej Stac Pollaidh z wystającym mu zza pleców Cul Mor oraz wychylającym się nieśmiało Cul Beag:

Image Hosted by ImageShack.us

Płynęliśmy 2h 45min. Pierwszy widok Stornoway:

Image Hosted by ImageShack.us

Miasto okazało się większe niż się spodziewaliśmy, sporo rozleglejsze niż Portree na Skye. Tak na pierwszy rzut oka mieszkańcom nie brakuje niczego poza porządnym sklepem outdoorowym. Turystów znacznie mniej niż w Portree, ale czuć że jest tu życie.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

I jak to w UK: nieważne że jesteś na totalnej, surowej, posępnej Północy, na relatywnym zadupiu, w enklawie kultury gaelic. Bez palmy się nie liczy! Trudno o lepszą ilustrację określenia "kwiatek do kożucha".

Image Hosted by ImageShack.us

Zamek sobie odpuściliśmy ponieważ znacznie bardziej pociągał nas interior wyspy. 
Za początkowy cel obraliśmy Calanais Standing Stones, chyba największą atrakcję. Calanais zaznaczyłam na mapie czerwonym krzyżykiem. 
Sama podróż była przeżyciem - pierwszy raz na Hebrydach Zewnętrznych! Jak tylko wyjechaliśmy ze Stornoway zaczął się inny świat: płaskie, bezdrzewne pustkowie. Klasyka :D Na południu majaczyły wzgórza North Harris.

Image Hosted by ImageShack.us

Do kamieni wstęp jest wolny oraz nieograniczony czasowo. W pobliskim visitor centre można niedrogo zjeść oraz zaopatrzyć się w, jak określa to Mariusz, "śmieci dla turystów". To tam kupiłam książkę sprzed dwóch notek.
O samych kamieniach wiem tyle, iż zaczęto jest ustawiać circa 3000 lat przed Chrystusem i że pełniły rolę kalendarza księżycowego. W sumie tak naprawdę wiadomo o nich niewiele więcej.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Chciałabym tam jeszcze raz pojechać ale tak wycyrklować żeby nie było ludzi (czyli pewnie w środku nocy). Miejsce jest potencjalnie klimatyczne tylko trzeba się mocno postarać żeby ten klimat poczuć będąc w stadzie. 

Po kamulcach ruszyliśmy do Carloway aka Carlabhagh, obejrzeć Blackhouse Village. Już w tej okolicy uderzyło nas - a potem było tylko lepiej - jak niesamowicie zaludniona jest ta wyspa. Wg wiki żyje tam ok. 21 k mieszkańców (dane sprzed dwóch lat), oczywiście większość w stolicy ale wybrzeże jest również całkiem gęsto oblepione osadami.

Ach i faktycznie słyszeliśmy ludzi rozmawiających między sobą w gaelic! Ba, niektórzy mówili po angielsku z dziwacznym akcentem, jakby nie byli przyzwyczajeni do komunikowania się w tym języku.

Blackhouse Village to zrekonstruowana osada z domami urządzonymi tak, jak ludzie żyli na Hebrydach jeszcze do niedawna (egzemplarz "Stornoway Gazette" wyeksponowany w jednym z domów ma datę 1955).

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Z tymi łóżkami był jeden problem: były niesamowicie krótkie. Ja mogłabym na takim spać wyłącznie w pozycji embrionalnej a mierzę nie jakoś ekstremalnie dużo, bo 173 cm. Czyli taki przeciętny hebrydzki chłop w dawniejszych czasach musiał mieć metr sześćdziesiąt w kapeluszu, nie ma przebacz. W sumie nic dziwnego patrząc jak ograniczoną musieli mieć dietę.

Image Hosted by ImageShack.us

Z Carloway ruszyliśmy na północ do Port Nis. Tu na wybrzeżu jest miejscowość za miejscowością. Osada docelowa wyróżnia się spośród reszty wyspy  ilością posługujących się gaelic - ponad 90% - oraz malowniczym malutkim portem:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Kolor wody przy brzegu jest niesamowity:

Image Hosted by ImageShack.us

Ponieważ robiło się późnawo a my nie mieliśmy koncepcji gdzie dzisiaj śpimy zakończyliśmy aktywne zwiedzanie i po szybkich zakupach w Stornoway pomknęliśmy na południe, planując rozbić namiot gdzieś w górach. Tu już plener miał więcej pazura:

Image Hosted by ImageShack.us

Ostatecznie przejechaliśmy przez Tarbert (mała acz i tak druga co do wielkości miejscowość, z której następnego dnia mieliśmy odpływać) i już na Harris zaczęliśmy się rozglądać za dobrym miejscem. Krajobraz do złudzenia przypomina tu Sutherland, okolice Lochinver: teren pofałdowany w same maleńkie górki. Od razu poczuliśmy się jeszcze bardziej swojsko.  

Niestety próba rozłożenia namiotu zakończyła się złamaniem jednego z kijków dlatego zmuszeni byliśmy poszukać jednak hostelu. I znaleźliśmy - w miejscowości Drinisiadar. Wieczór mogłam więc sfiniszować na wygodnej kanapie delektując się nową książką o St Kildzie. Szkoda że nie mieliśmy więcej czasu by poeksplorować Harris, bo to przez co przejeżdżaliśmy ogromnie nam się podobało. 

Rano wypłynęliśmy zgodnie z planem. Udało nam się nawet załatwić kwestię złamanego kijka - Mariusz znalazł (tak po prawdzie to nie musiał jakoś intensywnie szukać) w Tarbert sklepo-warsztat jakby żywcem przeniesiony z połowy ubiegłego wieku, gdzie pan z wykręconym akcentem sprzedał mu za grosze metalową tulejkę. Fajny klimat :)

Na pewno jeszcze wrócimy na tę wyspę, tym razem na dłużej i bardziej koncentrując się na dzikiej Harris. Okazało się że owszem, warto - i już nie mogę się doczekać tego następnego razu. Może jeszcze w tym roku?

Na deser fotka z Portree do którego zawinęliśmy z nadzieją urobienia czegoś na Skye (płonną albowiem pogoda załamała się totalnie i trzeba było machnąć ręką):

Image Hosted by ImageShack.us

Mimo to urlop nie był górsko zupełnie stracony, ale o tym w kolejnych notkach.

poniedziałek, 09 września 2013, connspeach

Polecane wpisy