statystyka



Blog > Komentarze do wpisu

Lodowy Szczyt


Trasę na Lodowy rozpoczęliśmy w tym samym miejscu, gdzie skończyliśmy poprzednią - od Lodowej Przełęczy. W tym miejscu narzuca się pytanie dlaczego babraliśmy się z tą przełęczą dwukrotnie dzień po dniu zamiast przejść całą grań od Czerwonej Ławki za pierwszym podejściem. Powiem wam, że chłopakom nawet przyszło to do głowy. Veto wyszło ode mnie (nie przepadam za nadmiarem wrażeń, jeśli mogę je przyjąć w mniejszych dawkach), ale zgodzili się bez oporów, licząc że kolejnego dnia pogoda będzie lepsza i coś zobaczymy.

Istotnie, warunki rano były niesamowite! Słowacja cała w chmurach, w Smokowcu lud zapewne rozczarowany dupą pogodową, a tu u nas w górze, jak na pokładzie samolotu. Chmury z początku zdawały się podnosić, co obserwowaliśmy dość nerwowo, ale po każdej sesji podnoszenia następowało opadanie więc sytuacja wydawała się stabilna. Wyruszyliśmy z optymizmem i trasa na przełęcz wydała nam się o wiele krótsza niż poprzedniego dnia.






Na przełęczy, tuż przed założeniem ekwipunku, ogarnęło mnie zwątpienie. Koniec zabawy, porzucamy łatwy szlak i wchodzimy w nieznany teren, cholera wie jak trudny (no niby mieliśmy przewodnik, ale...). Takie ataki cykora zawsze nachodzą mnie tuż przed potencjalnymi trudnościami. Opanowuję się w ten sposób, że przywołuję w pamięci już przeżyte tego typu sytuacje: okazuje się, że na samych trudnościach jestem zbyt skoncentrowana na panikę i działam w trybie zadaniowym (na wyjątki spuśćmy zasłonę milczenia). Czyli będzie jak zwykle, nie ma się czym przejmować.

Scrambling na Kopę okazał się ciut trudniejszy niż na Mały Lodowy, stromizna była większa, ale szło się dobrze.



Po wyjściu na grań sam Lodowy okazał się przesłonięty wierzchołkiem Kopy, ale reszta widoków dawała radę. Za Pawłem Mały Lodowy i Ostry Szczyt, a w tle grań Sławkowski - Staroleśna (szczyt zasłonięty chmurą).



Jaworowe Szczyty:



Czułam się na tej Kopie z deka nieswojo, głównie dlatego, że wszystko dookoła (z wyłączeniem Durnego i Łomnicy) wydawało się niesamowicie małe. Masyw Lodowego to nie jest popierdółka, to jest trzecia góra w Tatrach i to czuć. Dziwnie było zorientować się, że wszystkie te olbrzymy - taka Pośrednia Grań np., która spod Terinki budzi słuszny respekt, czy powyższe Jaworowe - kulą się wszystkie gdzieś tam w dole. Mimo iż póki co było łatwo, wysokość sama w sobie robiła fantastyczne wrażenie.





Kiedy wreszcie ukazał się Lodowy, zastygłam. Skurczybyk ze swej sąsiadki prezentuje się naprawdę imponująco. Grań, którą mieliśmy wchodzić, trochę nas zaniepokoiła - nie wyglądało to zbyt podobnie do wizji którą mieliśmy po lekturze naszego przewodnika. Choć oczywiście odległość nie pozwalała na wysnuwanie pochopnych wniosków.





Pośrednia Grań, Sławkowski i Mały Lodowy



Planowana droga zejściowa





Kiedy zeszliśmy na Lodową Szczerbinę, od której zaczynała się zasadnicza grań, nadszedł czas topograficznych decyzji. W przewodniku była mowa o rozpoczęciu ostrzem grani. Z przełączki trudno było ocenić jak ona dalej idzie, widać było jedynie że jest mocno lufiasta. Opis jednak zachęcał.
Ciekawe było jednak, że na prymitywnym topo w książce trasa ewidentnie trawersowała grań po stronie doliny Jaworowej. Rozbieżność informacji, które powinny się wzajemnie potwierdzać nieco zachwiała naszym zaufaniem do owego źródła. Koniec końców młodzież zgłosiła się na ochotnika na poczynienie rekonesansu.


Rozpoznanie, na potrzeby którego przeszli ściśle granią kilkadziesiąt metrów, wypadło mało optymistycznie. Młodzież oświadczyła, że nie wiedzą czy dam tam radę i skoro topo sugeruje trawers, wypróbujmy lepiej tę opcję. Nie sprzeciwiałam się (choć oczywiście serce aż mi się wyrywało do lufy, skalnych zębów i buzującej adrenaliny... Ale sami rozumiecie, nie wypadało mi podważać ich kompetencji, jeszcze wpadli by w kompleksy ;PPPPPPP)

Trawers Sobkowego Żlebu polegał na pokonywaniu kolejnych żeber, tak jak puszcza, w miarę możliwości starając się nie wytracać wysokości. Lufy nie było, była duża stromizna. Ale w ostateczności myślę, że w razie czego dało by się zejść do Doliny Jaworowej. Oczywiście nawet nie śmiałam wypowiedzieć tej myśli na głos.



W końcu - wydawało mi się, że minęły wieki - idący przodem Mariusz zaraportował, że chyba zaraz puści nas na grań. Nadszedł zatem czas na wyjaśnienia dlaczego na zdjęciu szczytowym jestem z młodzieżą związana. Otóż decyzja zapadła właśnie w tym miejscu, a chodziło tylko i wyłącznie o moją psychikę. Vespa + grań z obustronną ekspozycją = niewiadome i chłopaki chcieli oszczędzić problemów może nawet bardziej sobie niż mnie. Wziąć owcę na postronek a przestanie beczeć i pójdzie jak, nomen omen, po sznurku.



Sobkowa Grań istotnie miała po lewej lufę, że prędzej by się umarło z głodu spadając niż zginęło od uderzenia. Że jednak było łatwo, fortel z liną powiódł się. Po przejściu dosłownie kilkunastu metrów dobiegło nas wołanie Mariusza, oznajmiającego że jest już pod szczytem. Nie znając (khem) topografii masywu (w końcu mieliśmy wchodzić konkretną trasą, nie? :P) nie mieliśmy pojęcia jak ta nieznana nam grań będzie długa i co nas na niej czeka, więc uczucie ulgi w połączeniu ze znajomą euforią zdobywcy sprawiło, że na wierzchołek prawie wbiegliśmy.



Chmury wykazały się doprawdy idealnym wyczuciem chwili, ogarniając nas dokładnie w momencie kiedy ostatni członek zespołu dotknął triangułu.

Po obowiązkowej sesji zdjęciowej oraz wpisach do puszki nadszedł czas zejścia. Schodzić mieliśmy drogą najłatwiejszą, przez Konia. Jako świeżo spełniony konsument Loda stracha przed tym ostatnim miałam ledwie umiarkowanego. Po zdjęciach i opisach spodziewałam się skalnego grzebienia, cholernie eksponowanego ale takiego, po którym wystarczy się przesuwać nie patrząc w dół, a żadne akrobacje nie będą wymagane. Schodzenie rozpoczęłam zatem może nie do końca rozluźniona, ale gotowa przyjąć to wyzwanie na klatę.


Oczywiście, miało być ok a wyszło jak zwykle.




Wejście na Konia trudności mi nie sprawiło. Podobnie jak widoczny poniżej Antek, bezproblemowo przełożyłam też nogę przez grań i naszykowałam się do okrakowania. Świadomość ekspozycji powodowała, że byłam napięta do ostatnich granic, ale był to właśnie tryb zadaniowy.
Panika, niestety, nadeszła również.





Koń nie był gładkim grzebieniem, a ciągiem bloków skalnych. Skalnych słupków. Żeby przedostać się z jednego na drugi, należało się puścić. Stojąc w szczerbinie, gdzie ledwo było miejsca na obie moje stopy, zastrajkowałam. Puścić się bałam, a na tym kawałeczku skały żadne manewry nie wchodziły w grę. Jedyne, do czego byłam zdolna, to obrócenie się. Oczywiście sensu nie miało to żadnego, ponieważ tylko utrudniło całą operację. Stałam teraz do dalszej części konia - tyłem. Nie namyślając się, zrobiłam jedyną rzecz jaka była możliwa w tej sytuacji - usiadłam na nim. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że siedziałam tyłem do kierunku jazdy i teraz naprawdę mieliśmy problem.


Sytuację uratował Mariusz, choć lekko nie było. Udało mu się w przypływie adrenaliny przekręcić mnie na tym Koniu. Sam moment przekręcania wyrzuciłam z pamięci, ale chłopaki twierdzą, że patrząc mało co nie osiwieli.



Koń był na szczęście ostatnią i jedyną trudnością tej trasy. Walka z piargami w zejściu do doliny też sprowokowała nasz zespół do rzucenia niejednym plugawym słowem, ale był to już zupełnie inny typ hardkoru. Takich momentów jak Koń przeżywać więcej nie chcę. Albo też: nie chcę ich przeżywać na żywca.



Oczywiście rozumiem, że wszystko siedzi w głowie. Gdyby nie ekspozycja nie byłoby żadnego problemu, bo techniczne trudności tam nie występowały. Jeden ma z tym problem a inny nie. I tyle. Lęk przed lufą można ujarzmić tylko do pewnej granicy. Ja walczę z nim od zawsze i mam efekty, jednak w tym przypadku została ona najwyraźniej przekroczona.
Zejście do schroniska przez Ramię Lodowego to głównie wredne piargi więc daje w kość.
Szczegółów topograficznych nie podaję bo są zbędne, ścieżka na Lodowy Zwornik jest na większości map, w terenie także nietrudno ją wypatrzeć. Ta akurat droga nie jest skomplikowana orientacyjnie.


Trasa tak jak my ją przeszliśmy nie jest trudna technicznie, a wymaga jedynie odporności na lufę. Mogę z czystym sumieniem polecić ją każdemu sprawniejszemu turyście, z uwagą by jeśli chce iść granią zamiast polegać wyłącznie na przewodniku (być może starsze są w tej kwestii niezawodne, ale tego nie wiem)  poguglał za cudzymi opisami. Grań z Kopy podobno naprawdę nie jest trudna.
Aha - pamiętajcie - przechodzenie jej bez vodcy jest nielegalne więc grozi wam mandat.

Fotki: >>LINK<<
wtorek, 24 sierpnia 2010, connspeach

Komentarze
2010/08/24 21:09:25
Niesamowite zdjęcia :) Jestem pod dużym wrażeniem :)
-
2010/08/25 16:19:20
Lodowy fajny, proste wejscie. Polecam Łomnice - jest duzo ciekawiej.
-
2010/08/25 16:42:04
Na Łomnicy byliśmy w zeszłym roku, Jordanką. Jak na moje ówczesne umiejętności było aż za ciekawie ;D
-
2010/08/25 17:11:29
Fajne zdjęcia. Też kiedyś trafiłem na taką pogodę prawie w tym samym miejscu. Trochę się tylko dziwię, że na gazecie.pl pojawiają się materiały promujące nielegalne zachowania ;)
-
2010/08/25 17:15:43
nie widze by ktos tu cos promowal - ot zapis przezyc. Zadnego topo oraz zachety nie stwierdzono. Pogrzebiesz w necie, a znajdziesz wszystko od a do z.
-
Gość: Marcin, 105-113.echostar.pl
2010/09/16 14:01:45
Czesc, czy Wy zrobiliście tą trasę razem z uprawnionym przewodnikiem, czy tak zupełnie sami? Bo też chciałbym zrobić tą trasę tylko nie wiem, czy muszę wynajmować przewodnika, czy obędzie się bez tego.
-
2010/09/16 22:22:25
Jak się wczytasz uważnie znajdziesz odpowiedź na swoje pytanie.

Bez vodcy jest nielegal i potencjalny mandat.
-
Gość: Chudy, public106272.xdsl.centertel.pl
2013/02/16 22:01:44
witam, też planuję wyjście na lodowy, chciałbym uzyskac kilka informacji od Was jak od osób które juz tam były, m.in o przewonikii jakimi się poslugiwaliscie i o orientacji w tamtejszym nieoznakowanym terenie, podaję swój adres e-mail z myslą, ze się odezwiecie:
hdsusjkgsdgbsk@wp.pl pozdrawiam ;)
-
Gość: , 91-123-178-126.gigainternet.pl
2013/03/31 18:48:23
Niezwykła opowieść i piękne zdjęcia. Kawał pięknej przygody, chociaż wirtualnie.