statystyka



Blog > Komentarze do wpisu

Ben Lomond

Nr 9, Ben Lomond:

Wymowa: ben lomond

Znaczenie nazwy: beacon hill

Wysokość: 974m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 184.

Data wejścia: 30.12.2007

Ben Lomond, położony na samym skraju Highlandu, tuż za północnymi przedmieściami Glasgow, jast najbardziej na południe wysuniętym munrosem. To, oraz bliskość przepięknego Loch Lomond, największego jeziora Szkocji, uczyniło z BL jeden z najpopularniejszych celów w tutejszych górach. Widoki są ponadto jedyne w swoim rodzaju, bo obejmują z jednej strony Highlands, z drugiej Lowlands; przy dobrej pogodzie można nawet zobaczyć Edynburg.

Ben Lomond nie powala na kolana wysokością, ale w rzeczywistości jest górą imponującą. Raz, bo chociaż leżące po sąsiedzku Arrochar Alps nie są pozbawione munros, i to nawet wyższych niż BL, on jedyny jest położony nad samym jeziorem, co nadaje mu wyjątkową malowniczość. Dwa, bo jest to konkretny kawał góry. Ben Lomonda tworzą dwa potężne wały, których graniami biegną dwie trasy - żadna z nich nie jest trudna, za to obie długie. To nie Cobbler ani nawet wyższe przecież Buachaille Etive Mor. Tu zdecydowanie trzeba się nastawić na zakwasy.

Przed wycieczką mieliśmy z Mariuszem lekką tremę - bo nie wiadomo jak z kondycją po trzech miesiącach przerwy w łażeniu, a poza tym była to nasza pierwsza w ogóle wyprawa zimowa. No i trzeba było zmieścić się w sześciu i pół godzinach jasności, co oznaczało rozpoczęcie wchodzenia najpóźniej o 9.00 rano.

Trasa popularna, przez grań Sron Aonaich, zaczyna się przy parkingu w Rowardennan.

Po lewej grań Ptarmigan, po prawej Sron Aonaich, szczyt Ben Lomonda w chmurach

Chmury z początku znajdowały się wysoko, tak że pomimo braku słońca zapowiadało się nieźle. Trasą wędrowały tłumy niewiele mniej liczne od tych z Ben Nevisa. Droga przez Sron Aonaich jest wybitnie spacerowa - pokonujemy kolejne potężne garby, teren jest średnio nachylony, momentami idziemy praktycznie po płaskim. Szczyt, widoczny gdy znajdujemy się nieco powyżej początku trasy, wkrótce się chowa. Po prawej ręce mamy za to widok na Stirling, wzgórza Ochil a nawet pagórek, na którym wznosi się wyglądający jak zapałka Wallace Monument.

Loch Lomond

Szczyt staje się ponownie widoczny dopiero, gdy po pokonaniu dwóch garbów wychodzimy na szerokie wypłaszczenie:

Wydaje się stąd, że wierzchołek jest już na wyciągnięcie ręki, ale nic bardziej błędnego. Przed nami jeszcze kawał drogi, z tym że głównie po płaskim (i bardzo dobrze, bo droga była mocno zalodzona), sama wspinaczka jest raczej krótka.

Wierzchołek BL, wyglądający jak wielkanocna baba przysypana cukrem pudrem, w kierunku z którego zmierzamy jest nachylony raczej łagodnie. Tak naprawdę stromiej robi się dopiero tuż poniżej linii śniegu.

Zza wału Ptarmigan wyłania się Cobbler

Poniżej początki stromszego terenu - ścieżka była całkiem zalodzona i wiele osób wspinało się zboczem, co było opcją dużo rozsądniejszą. Na sam wierzchołek wydeptane jest kilka wariantów, ale równie dobrze można wchodzić po swojemu, po tej stronie góry przepaści czy innych niespodzianek nie ma.

Niestety gdy byliśmy już całkiem niedaleko od szczytu, przylazły chmury i widoczność stopniowo malała, by wreszcie stać się zerowa - do końca dnia.

Śniegu była zaledwie cienka warstwa, i dzięki temu chodziło się po nim bardzo przyjemnie, bo przyczepniej niż po lodzie.

Grań szczytowa jest długa i pofałdowana - wzniesienie widoczne poniżej bynajmniej nie było jeszcze wierzchołkiem:

Grań w bezpośrednich okolicach szczytu znacznie się zwęża, i można zajrzeć na jej drugą stronę. I wtedy - no proszę! - Ben Lomond okazuje się powtarzać przypadek Ben Nevisa: góra z jednej strony obła, kopulasta, łagodna i raczej nudna, z drugiej kryje piękne przepaście i skaliste ściany.

Od przełączki, za którą po raz pierwszy odsłania się skalista strona góry, na szczyt może jeszcze z dziesięć minut oblodzoną granią. Na szczęście jest wciąż na tyle szeroka, że w razie poślizgu w żadną przepaść raczej nie spadniemy.

To również nie wierzchołek, ale kolejny "ząb" na grani, która przypomina grzebień.

Pod samym szczytem

Wierzchołek przy braku widoczności nie był godny uwagi. Dość rozległy, acz bynajmniej nie takie obszary, jak na Ben Nevisie; standardowo z tablicą opisującą panoramę na wszystkie strony, teraz całkowicie bezużyteczną. Za to kilkanaście metrów od najwyższego punktu zauważyliśmy całkiem interesujące skały, przez które prowadziła w dół stroma ścieżka. Domyśliliśmy się, że jest to początek trasy przez Ptarmigan, i postanowiliśmy nią schodzić, żeby uniknąć powtórnego przechodzenia monotonnej drogi przez Sron Aonaich. Z początku mieliśmy spore wątpliwości, bo skały na znacznej powierzchni pokrywał lód, a na tym pierwszym podszczytowym odcinku byłoby gdzie zlecieć. Ale bez ryzyka nie ma przygody, więc zaczęliśmy schodzić, używając do tego czterech a nawet pięciu kończyn (w sytuacjach takich jak ta udzielam bowiem moim pośladkom awansu do roli kończyny).

Skały tworzące tę lodową stromiznę w warunkach letnich byłyby banalne, są bardzo ładnie wyrzeźbione. Natomiast zimą należy tu bardzo uważać i zastanawiać się nad każdym krokiem.

Sople

Teren ze skalistego przechodzi wkrótce w bardziej trawiasty. Po zejściu na pierwszą przełęcz zaczyna się wypłaszczać - szlak skręca tu z grubsza w lewo, opuszczamy rejon kopuły szczytowej by zacząć wędrować obniżającą się ku jezioru granią Ptarmigan.

Trasa przez Ptarmigan jest długa i dużo ciekawsza niż nasza dojściowa. Tu nie idziemy monotonnym zboczem, lecz granią szeroką i mocno pofałdowaną, szlak jest bardziej kręty. Na końcowym odcinku pięknie widać Loch Lomond z pomostem w Rowardennan. Droga chyba lepsza do wchodzenia - przede wszystkim dlatego, że przy oblodzeniu w końcowej partii znacznie bezpieczniej jest posuwać się w górę, a także, bo ścieżka z drugiej strony jest wręcz spacerowa a chyba lepiej wybrać forsowniejszą trasę na początek, kiedy człowiek ma jeszcze energię, i mieć miłą świadomość, że przy schodzeniu czeka nas relaks (choć droga zejściowa też nie jest krótka). Żałuję, że ominęły nas widoki, ale z pogodą i tak mieliśmy szczęście, było praktycznie zero wiatru i względnie ciepło, co dość znacznie odbiegało in plus od moich wyobrażeń o wędrowaniu zimą. Ten wariant kończy się nieopodal budynku Rowardennan Lodge, skąd do parkingu jest nie więcej niż dziesięć minut po płaskiej drodze (będącej zresztą częścią West Highland Way).

Odcinek przez Sron Aonaich dostaje ode mnie *, przez Ptarmigan również *, jedynie podszczytowym skałom daję *** (ale tylko w warunkach takich jak opisałam, latem to nie może być więcej niż jedna gwiazdka). Ten drugi fragment nie jest wprawdzie trudniejszy, ale ciekawszy i - tak przypuszczam - bardziej widokowy. Jest też znacznie mniej popularny, spotkaliśmy na nim zaledwie kilkanaście osób, podczas gdy z drugiej strony walą tłumy.

Ben Lomonda polecam jako zimową wycieczkę szczególnie osobom mieszkającym w szkockim Pasie Centralnym, tj. pomiędzy Edynburgiem a Glasgow. Że z Glasgow, to wiadomo, ale nawet z Edynu bez problemu i wstawania o 4.00 rano zdążycie dojechać na tyle wcześnie, żeby nie schodzić po ciemku. My wyszliśmy z domu o 7.00, wchodzenie zaczęliśmy o 9.00, o 15.30 byliśmy z powrotem w samochodzie. Byłoby oczywiście szybciej, gdyby nie lód, ale i tak udało się przed zachodem słońca.

Na mapie Ordance Survey (Loch Lomond North: Tyndrum, Crianlarich & Arrochar, nr mapki 364) precyzyjnie zaznaczone są oba warianty dojścia. Poniżej mapka z ich strony, na której uzupełniłam na czerwono szlak przez Ptarmigan:

poniedziałek, 31 grudnia 2007, connspeach

Komentarze
Gość: Nemi, host85_14_85_126.kat.3s.pl
2008/01/09 00:59:54
Uwielbiam tego bloga. Wspaniałe opisy tras, wspaniałe zdjecia :) Udanych i bezpicznych wyjsc w góry zycze i pozdrawiam. :)
-
2008/01/09 14:33:58
Nareszcie jakaś informacja zwrotna, i to pozytywna:)) Dzięki i pzdr również.