statystyka



Najlepsze górskie strony
Blog > Komentarze do wpisu

Orla Perć Glencoe: Aonach Eagach Ridge

Nr 4, Meall Dearg:

Wymowa: mil dyerek

Znaczenie nazwy: red hill, czerwone wzgórze

Wysokość: 953m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 212.

Data wejścia: 17.08.07

Nr 5, Sgorr nam Fiannaidh

Wymowa: skyr nam fijani

Znaczenie nazwy: peak of the fair haired warriors, szczyt jasnowłosych wojowników

Wysokość: 967m n.p.m.

Pozycja na liście munrosów: 188.

Data wejścia: 17.08.07

Przejście Aonach Eagach to nasza pierwsza munroistyczna wycieczka, kiedy munrosy zdecydowanie nie były główną atrakcją. Jest to też pierwszy szlak który dostaje ode mnie pięć gwiazdek, co od dziś nie będzie się tłumaczyło jako "nigdy więcej", ale jako "prawdziwe szaleństwo, i NA PEWNO tam wrócę":)))

Droga zaczyna się koło parkingu po prawej (patrząc w kierunku miejscowości Glencoe) stronie szosy, koło domku nad potokiem Allt-na-reigh, na wysokości Trzech Sióstr. Trudno mi to określić precyzyjniej - AFAIR jest to czwarty parking w dolinie. Chodnik wspina się prosto w górę, cały czas wzdłuż potoku. Ścieżka jest wyraźna i raczej nie ma możliwości by ją zgubić. Wspięcie się na obniżenie w grani zajmuje około dwóch dość nudnych godzin, praktycznie bez widoków - te odsłonią się dopiero po osiągnięciu grani. Wreszcie wychodzimy na szeroką przełęcz, skąd rozpoczyna się nasza właściwa trasa, wyglądająca póki co dość niewinnie:

Na przełęczy spotkaliśmy sympatycznego tubylca, z którym ucięliśmy pogawędkę. Wyglądał na niezłego dzika, zresztą napomknął, że 14 lat temu łaził w zimie po Tatrach Wysokich. Na nasze pytanie o szlak udzielił nam przydatnej informacji, żeby przy schodzeniu uważać na fałszywą ścieżkę prowadzącą w przepaść, dodał też, że ta grań to coś w stylu tatrzańskiej "path of the eagles". Tak więc zaczynało zapowiadać się ciekawie, chociaż  początek szlaku był bardzo łatwy:

Pierwszym wzniesieniem na trasie jest Am Bodach, 943m n.p.m. W tym rejonie napotyka się już wstępne trudności: strome i eksponowane trawersowanie skalnego zbocza, zdecydowanie podwyższające poziom adrenaliny. Kiedy przez nie przechodziliśmy, wydawało nam się dość hardkorowe. Pod koniec trasy uznaliśmy, że to była dopiero rozgrzewka.

Na tym odcinku, z wyjątkiem wspomnianego miejsca, szlak nie jest jednak szczególnie trudny, a tylko eksponowany, jak to graniówka:

Prawdziwe szaleństwo sytuuje się na odcinku grani pomiędzy Meall Dearg a Stob Coire Leith, w rejonie Crazy Pinnacles, które my, nic jeszcze nie wiedząc o tej nazwie, ochrzciliśmy Wariatami:

Do Wariatów, które już z tej odległości prezentowały się raczej niepokojąco, czekała nas jeszcze jedna ciekawa akcja.

Grupa Bideana nam Bian: Stob Coire nan Lochan, Aonach Dubh, szczyt Bideana, stob Coire nam Beith; w dole Loch Achtriochtan

Crazy Pinnacles

Atrakcją okazał się piękny 15-metrowy komin, który z punktu, z jakiego ujrzeliśmy go po raz pierwszy, prezentował się po prostu strasznie. Było to pierwsze (i po prawdzie ostatnie, acz tylko dlatego, że potem nie miałabym odwagi na wycofywanie się) miejsce, gdzie powiedziałam: pieprzę, nie idę. Na szczęście M. namówił mnie, żebym zeszła aż do samego podnóża komina i dopiero stamtąd oceniła możliwości - faktycznie, z tej perspektywy wyglądał na całkiem łatwy. Owszem, totalnie pionowy, ale tak znakomicie wyrzeźbiony, że szło się jak po drabinie, bez żadnych trudności.

W drodze wyjątku, poniższe zdjęcia z braku materiału własnego pozwoliłam sobie przekopiować ze strony www.gla.ac.uk:

My dysponujemy jedynie fotkami ze środka komina:

O ile komin wyglądał tragicznie, a okazał się łatwy, o tyle na Wariatach było inaczej. I wyglądały, i były hardkorowe. Ekspozycja cały czas, momentami bardzo poważna, ŻADNYCH ubezpieczeń, skały generalnie nieźle wyrzeźbione, ale w kilku wspinaczkowych momentach nie było łatwo o dobry chwyt. Jak to ujął autor naszej książki: (...) it also offers several heart-stopping moments if you're not used to exposure - ja bym nawet zaryzykowała stwierdzenie, że obycie z ekspozycją wcale nie miało kluczowego znaczenia, ponieważ ten szlak jest autentycznie trudny sam w sobie.

Za Wariatem Stob Coire Leith i najwyższy na trasie Sgorr nam Fiannaidh

Z zdjęciami o tyle jest problem, że 1) nie w każdym miejscu da się wyjąć aparat; 2) nie są w stanie w pełni oddać głębi i perspektywy. Z pierwszego powodu tak mało tu tych "heart-stopping" akcji, z drugiego - nawet te miejsca, które uwieczniliśmy, wyglądają na fotkach dużo niewinniej niż w rzeczywistości. Potencjalni czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, do jakiego stopnia zwariowany jest ten szlak. Nie umiem ocenić, na ile jego trudność jest spowodowana brakiem ubezpieczeń, nie wiem, czy ołańcuchowany stałby się banalny. W każdym razie w takiej postaci, w jakiej jest teraz, spokojnie wytrzymuje porównanie z zejściem z Koziej Przełęczy do Pięciu Stawów, a na pewno jest dużo gorszy niż np. Granaty.

Poniżej kolejny komin, których trochę tam jest. Same w sobie do przejścia, są groźne z powodu ekspozycji: upadek niesie bardzo duże ryzyko zatrzymania się dopiero na dole.

Łatwiejsze partie pozwalają ponacieszać się trochę widokami. Od strony Glencoe zdecydowanie dominuje masyw Bideana.

Aonach Eagach oznacza notched ridge, pokarbowaną grań. Trudno o nazwę mniej pretensjonalną w swej trafności:

Na szlaku co kilkanście / dziesiąt metrów pojawiają się kilkumetrowe ścianki, niebezpieczne z tego samego powodu co kominy: ekspozycji. Nie można sobie tutaj pozwolić na zlekceważenie zasady trzech punktów oparcia, trzeba szukać chwytu aż do skutku. Nieodzowne okazuje się schodzenie przodem, które jak większość kobiet odbieram jako nienaturalne.

Przed nami ostatnie i najgorsze momenty, najwyższy z Wariatów:

To zdjęcie jest klasycznym przykładem wypaczania rzeczywistości przez obiektyw. Fragment grani, na którym siedzę, musieliśmy pokonywać okrakiem. Z obu stron opadają mocno nachylone żleby, które na fotce zlały się z planem pierwszym, zwłaszcza prawy - za szarym kamieniem jest spad, i to taki, że gdyby polecieć, zatrzymało by się pewnie dopiero na blacie szosy A82. 

A tu najlepsze miejsce trasy, zaiste heart-stopping. Uwaga: szlak biegnie trawersem przez trawki aż do widocznego w dole komina zawieszonego nad przepaścią. Nie jestem w stanie określić dokładnego przebiegu drogi, ponieważ mnie samą zastanawia, jak właściwie myśmy tamtędy zeszli:

Zbliżenie na komin. Z tym miejscem naprawdę były jaja: nie dość, że wąski, nachylony i trudny, to jeszcze sprowadzał na wąską eksponowaną półeczkę, a dalej wcale nie było lepiej....

W kominie:

Kiedy już udało się nam przedostać na półkę, czekała nas wspinaczka kilkunastometrową ścianą, która z dołu wyglądała na świetnie wyrzeźbioną (zasada: myśl nie o przepaści za tobą, a o faktycznych trudnościach zadziałała bez pudła, wspinaczkę zaczęłam bez strachu), ale okazała się raczej przesrana, ponieważ uformowana była z grubsza w bardzo wysokie schody, tak wysokie że ani nogi zadrzeć, ani się złapać (krawędź schodów to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chciałabym widzieć jako uchwyt). Jakoś się udało, ale nie bez trudu i stresu. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że prędzej zadzwonię po 911 niż zawrócę, gdyby była taka konieczność. Za nic nie chciałam schodzić tą ścianką.

Na szczęście nic gorszego już na nas nie czekało. Przy czym nie był to bynajmniej koniec trudności. Tu akurat fragment "relaksacyjny":

Po kilku kolejnych ściankach przyszła kolej na ostatni już komin na trasie. Szlak, wyraźnie widoczny za M., doprowadza do miejsca, którego w żaden sposób nie da się ominąć:

Jedyny sposób to przejście tym właśnie kominkiem (po lewej), starając się wystawać z jego rynny najmniej, jak to możliwe:

Na szczęście zejście od drugiej strony okazało się dużo mniej ryzykowne:

Od Crazy Pinnacles aż do Stob Coire Leith, i dalej do najwyższego punktu na trasie, Sgorr nam Fiannaidh, grań nie sprawia już żadnych kłopotów. 

Na przełęczy pomiędzy Stob Coire Leith i Sgorrem spotkaliśmy dwoje turystów, faceta z młodziutką dziewczyną. Po udzieleniu nam informacji co do drogi zejścia wyjawili, że planują przejść całą grań. Zdziwiliśmy się, bo było już po 18, ostrzegliśmy ich uczciwie o trudnościach jak i o tym, że my robiliśmy odcinek od pierwszej przełęczy trzy godziny. Podziękowali, ale nie wyglądało że informacje te wywarły na nich szczególne wrażenie. Rozeszliśmy się każda para w swoją stronę.

Widok ze Sgorra nam Fiannaidh jest piękny i rozległy, ale prawdę mówiąc marzyliśmy już tylko o tym, by jak najszybciej zejść i zdobyć coś do picia, ponieważ tuż po Wariatach skończył nam się niemały przecież zapas.

 Sgorr nam Fiannaidh

Za szczytem należy bardzo uważać: przed oczkiem wodnym zbiega w dół fałszywa ścieżka, która sprowadza do przepaści. Należy ją ominąć, a za chwilę trafi się na właściwą, oznaczoną kopczykami z kamieni.

Zejście jest męczące, długie, upierdliwe i nie do końca bezpieczne. Bardzo strome piargi albo (momentami lekko eksponowane) skałki. Oczywiście do Wariatów nie ma porównania, ale na pewno należy uważać, zwłaszcza że człowiek zmęczony traci pewność ruchów. Droga w dół zajęła nam dwie godziny. Do parkingu szliśmy jeszcze około czterdziestu minut, podziwiając naszą grań:

Ściemniało się już, siąpił rzadki deszczyk. Zastanawialiśmy się, gdzie są teraz napotkani przez nas turyści, czy jeszcze w górze, czy też udało im się zejść bezpiecznie. Odpowiedź przyszła do nas sama. Zaczepiły nas kolejno dwie ekipy ratowników, wypytując, czy to my jesteśmy Andrew i jego towarzyszka, którzy zadzwonili z grani, że utknęli i proszą o pomoc. Udzieliliśmy możliwie jak najobszerniejszych informacji co do miejsca i godziny, kiedy to widzieliśmy ich na trasie, życzyliśmy ratownikom powodzenia i poszliśmy w swoją stronę. Nie sądzę, żeby akcja miała się zakończyć źle - jeśli tylko nasi turyści byli na tyle inteligentni, by nie posuwać się dalej tylko zabiwakować w osłoniętym miejscu, nic nie powinno im się stać. Później w samochodzie zastanawialiśmy się jeszcze, czy nie mogliśmy ostrzec ich jakoś skuteczniej, bardziej przestraszyć, ale z drugiej strony - skąd mieliśmy wiedzieć, czy nie mamy do czynienia z dzikami takimi jak ten pierwszy facet? Mam w każdym razie nadzieję, że wszystko zakończyło się szczęśliwie.

Trasa dostaje ode mnie *****. Szlak tylko dla osób obytych z ekspozycją, które są pewne, że nie sparaliżuje ich lęk wysokości. Sporo podciągania na rękach. Koniecznie należy pamiętać o zasadzie trzech punktów oparcia, ścieżki szukać ostrożnie (momentami wariantów przejścia jest więcej, nie warto ryzykować trudniejszego). Brak możliwości wcześniejszego zejścia z ponad trzykilometrowej grani. Przy złej pogodzie, śliskiej skale lepiej się wycofać póki jeszcze można. Schodząc z ostatniego szczytu na trasie uważać na ścieżkę.

My wybieramy się tam znowu za rok, potrenować przed Orlą Percią. Miłośnikom tego typu przejść grań Aonach Eagach z pewnością się spodoba.

środa, 22 sierpnia 2007, connspeach

Polecane wpisy

Komentarze
2008/11/14 21:55:14
Fiannaidh oznacza bardziej wojowników Fian, czyli dawną, celtycką armię.
-
2008/11/16 22:47:01
Tak, też słyszałam taką wersję. Co źródło, to inne tłumaczenie. Generalnie podaję nazwy za moim przewodnikiem (The munros, Cameron McNeish) i mam świadomość, że są po prostu pewną opcją, jedną z wielu.
-
2009/06/11 01:22:43
...Tutaj Macie swoją grań w pełnej okazałości...
www.digart.pl/zoom/3841816/Szkockie_Highlandy.html
...pozdrawiam...
-
Gość: Gosia, *.range81-153.btcentralplus.com
2009/06/17 16:05:16
news.bbc.co.uk/1/hi/scotland/highlands_and_islands/8099274.stm

news.bbc.co.uk/1/hi/scotland/highlands_and_islands/5374108.stm

Kocham gory, ale po przeczytaniu takich wiadomosci obawiam sie, ze niektore z munros sa poza moim zasiegiem.
-
Gość: Krakus, 91.196.215.*
2009/07/31 15:47:57
Rewelacja! O tych gor emanuje dzikosc serc ;-)